O skutkach pewnego braku

Po tylu latach emocjonalnego dawania chciałoby się w końcu móc zacząć brać. Chociażby od czasu do czasu. A trzeba zakasać rękawy i jeszcze mocniej harować.

Zatrzymałam się ostatnio na wpisie o Dianie Ross, która obchodzi w tym miesiącu urodziny. „Mogę przenosić góry, gdy mam obok kogoś, kto we mnie wierzy” – mówiła. Przez cały wieczór męczyły mnie te słowa. Kilka dni temu próbowałam przekonywać koleżankę, że ulokowanie sensu życia w jednej osobie – nieważne, czy to członek rodziny, czy ukochany – jest najgorszym z możliwych sposobów na pójście do przodu. Trochę wcześniej, ale też nie tak dawno, podobny temat wypłynął w jednej z rozmów z moim ówczesnym partnerem. Żyć należy dla siebie i robić te wszystkie wspaniałe rzeczy również przede wszystkim z uwagi na siebie. Bo ludzie przychodzą i odchodzą, zmieniają się twarze, ramiona, uśmiechy. A ty zostajesz i musisz iść dalej. Więc nie należy, wręcz nie można, szukać źródła siły i inspiracji w kimś innym, niż ty sam.

Siedzę dziś przy moim oknie z widokiem na port. Nocą jarzy się setkami małych światełek, w dzień jest gęstym lasem dźwigów, suwnic, kontenerów, słupów elektrycznych. Bardzo lubię ten widok i często do niego się uśmiecham. Ale dzisiaj jest mi smutno. Bo już wiem na pewno, że oko i szkiełko zawsze u mnie przegra z sercem. Bo widzę, że sedno większości moich ostatnich mniejszych i większych niepowodzeń leży właśnie w braku wiary – wiary we mnie przez bratnią duszę. Trochę się wstydzę przyznać przed samą sobą, ale okazuje się, że moja własna studnia pozytywnych emocji i wiary nie jest bez dna. I chciałoby się po tylu latach dawania w tych słabszych momentach móc też brać.

Pozostawię te moje przemyślenia bez dalszych wniosków czy morału. Chce tylko wam życzyć pięknej wiosny – za oknem i w sercach. I wiary w wasze poczynania.

Kosmetyczne ochy i achy

Jak (chyba) każda baba uwielbiam błyskotki, szmatki i mazidła. W tych pierwszych całkiem dobrze się orientuję, gorzej z kosmetykami. Rzadko eksperymentuję, kupuję tylko sprawdzone, nie ufam nowościom. Ale tym razem, gdy ze spotkania blogerek przytachałam do domu worek prezentów, postanowiłam dać szansę firmom, z którymi wcześniej moja skóra nie miała styczności.

Darowanemu koniowi się nie zagląda, ale bloger to przekorne zwierzę. Dlatego przetestowałam i wybrałam wśród #DarówLosu te, które się sprawdziły w mojej łazience.

Ochy i achy przyznaję następującym kosmetykom:

Masło do ciała z serii Green Pharmacy z miodem i roiboos. Ochy za fajną konsystencję kremu, który szybko się wchłania i zamiast tłustych plam pozostawia bardzo delikatny, przyjemny świeży zapach.

Krem pod oczy z serii Noni Care. Kremów pod oczy to ja wysmarowałam całą kupę i większość rzeczywiście od kupy niewiele odbiegały. Nie wiem, co ten ma w sobie, ale odczuwam ogromną przyjemność przy używaniu (może to przez tubkę – bardzo wygodna), do tego czuję, że skóra pod oczami jakby… odpoczywa. Możesz się śmiać, ale ja wiem swoje. Zdecydowane achy.

Antybakteryjny żel do mycia ciała od Laboratorium Barwa. Jest po prostu fajny (i tani!). Człowiek się umyje i czuję się czysty. Dasz wiarę?

Maska napinająca biust – push up formuła od Esotiq. Jak to mówią chłopaki z Abstrachuje.tv – szanel zawsze milej na ryj (tu: na cycki) nałożyć. Poza tym, informacja na opakowaniu głosi, że specyfik nie był testowany na zwierzętach, tylko na Joannie Krupie. Szacun! Ta maska to naprawdę bajerancki zabieg.

Polecane kosmetyki pielęgnacyjne

Manifesto – szminka w płynie od Paese. Mam kolor 907 i jest śliczny. Poza tym, wygodnie się nakłada, łatwo zbiera nadmiar, nie wysusza i długo trzyma kolor. Nie zostawia brzydkich obwódek (zmora w przypadku wielu szminek). Zasłużone ochy.

Kaszmir trio – cienie do oczu od Paese. Nie cierpię matowych cieni – nigdy nie umiałam ich nakładać. Tych też nie umiem, ale nawet przy moich umiejętnościach świetnie się spisują jako cienie „dodatkowe”. Trio kolorystyczne 684 fajnie uzupełniają moje perłowe szarości i brązy.

Lakier do paznokci od Mary Kay. Trafił mi się totalnie oczojebny kolor blue lotus. Czuję się z nim jak szesnastolatka. Kocham go!

Polecane kosmetyki kolorowe

Dziękuję wspomnianym firmom za udane prezenty i frajdę, jaką sprawiło mi wypróbowywanie tego wszystkiego. Polecam się do dalszych testów ;)

P.S. Zestaw Paese (szminka i cienie) można wygrać u Moniki i Martyny.

Bravo, monsieur Tarantino!

Kto zliczy, ile razy pada słowo „nigger” w nowym filmie Quentina Tarantino? Podejrzewam, że z tego powodu (i z powodu fruwających tu i ówdzie sztucznych flaków) w Stanach film leci ze śmiesznie wysoką kategorią wiekową. A szkoda, bo na tym, co serwuje Tarantino, można wychowywać zbuntowaną młodzież. Uczyć dobrych manier, uwrażliwić na piękno i uczulić na przejawy rasizmu.  

[youtube width=”900″ height=”28″ video_id=”KB1zIQfqREk”]

„Django Unchained” nie jest filmem na jeden raz. Reżyser bawi się z widzem w ciuciubabkę. Zarzuca przynętę i czeka, aż ten chwyci. Sceny, które na pierwszy rzut oka nie mają nic wspólnego z fabułą, są wyrafinowaną grą z widzem, sprawdzianem, jak głęboko siedzi w popkulturze, czy potrafi kojarzyć fakty i czytać między wersami. Osobnej pochwały zasługuje język, który w przekładzie, niestety, wiele traci. Dzieci, uczcie się języków, usłyszycie więcej.

django-character-posters

Dla mnie nowe „Django” jest piekielnie inteligentną zabawą popkulturą, wybitnym intertekstualnym dziełem. Kiedy idziesz do kina na film, który z konwencji i gatunku raczej nie powinien ci się podobać, a mimo wszystko wychodzisz zachwycony – to już nie przelewki. Bravo, monsieur Tarantino!

Największa ściema świata

Lubię mądrości ludowe. Szczególnie te traktujące o pracy. Bądź pracowity, nie będziesz bity. Kto pracować się nie leni, znajdzie zawsze grosz w kieszeni. Robota nie zając, wróć, bez pracy nie ma kołaczy. Piękne. Mówią też ” rób to, co lubisz, a nie będziesz musiał pracować”. No więc ja o tym chciałam.

Cudownie jest wstać skoro świt (zimą to nawet do 7.30 można pospać), zrobić kawę i nie czekając na innych zacząć nie pracować. W moim przypadku to niepracowanie poranne trwa do obiadu, mała, wymuszona przerwa na lunch, i znowu można do wieczora porobić nic. Nieraz po kolacji odbieram maile z pomysłami od kreatywnych zleceniodawców na dalsze niepracowanie. Z racji tego, iż swoje biuro urządziłam w domu, z ogromną przyjemnością przedłużam swoje lenistwo do 1-2 w nocy. Mogę sobie pozwolić, bo jutro od rana znowu nie czeka na mnie żadna praca.

A w weekend to już w ogóle, niezwykle rzadko muszę popracować, czasami nawet w weekendy bardziej nie pracuję, niż w dni robocze. W moim przypadku – dni nierobocze. Tak, kochani, to są uroki „rób to, co lubisz” i pracy, pardon, nie-pracy na własny rachunek.

karier

Myślisz, że żartuję? Może trochę. Tylko odrobinę. W sumie, to jeżeli robisz to, co lubisz, masz zupełnie przes*ane. Jeśli swojej pracy nienawidzisz, zostawiasz ją w biurze. Zamykasz drzwi, zjeżdżasz windą i zapominasz. Nie mówisz o niej, nie chcesz robić nadgodzin, robota poza godzinami pracy nie istnieje. Ale wystarczy, że zajmiesz się tym, co lubisz i przepadłeś. Myślisz o tym, usprawniasz, bierzesz dodatkowe zlecenia, przed snem myślisz o tym, co zrobisz jutro. Twoi znajomi zaczynają ciebie unikać, bo opowiadasz tylko o swojej robocie. Filmy cię nudzą, przy piwie wpadasz na najlepsze pomysły, poniedziałek, środa, sobota, niedziela – wszystkie dni wyglądają tak samo.

A nie daj Boże pracujesz na własny rachunek! Wtedy nie ma dla ciebie ratunku. Uwierz mi. Robota staje się całym twoim życiem. Tylko popieprzeni masochiści w to wchodzą, ludzie nadpobudliwi. Rezygnują z bezpiecznej korpo dla nieprzewidywalnego. Zastanów się, czy tego właśnie chcesz?

Jesteś darczyńcą?

Darczyńcy – tak mówią o tych, co wspierają charytatywnie różne organizacje i zbiórki dla potrzebujących. Jedni dają kasę, inni ciepłe koce, ubrania, paczki żywnościowe, sprzedają „cegiełki”, cokolwiek tam jeszcze. Darczyńcy – brzmi dumnie. Ale czy ciebie też można tak nazwać?

Jeszcze niedawno czytałam gdzieś artykuł o tym, że ludzie w miejscach zbiórki dla ubogich czy potrzebujących często oddają śmieci, podarte lub poplamione ubrania, zniszczone buty – słowem, nic, co by rzeczywiście mogło być przydatne lub jakkolwiek pomóc. Trudno mi było w to uwierzyć, ale oto WOŚPowy finał na nosie, coraz głośniej i więcej się dzieje, orkiestrowych aukcji również przybywa. Setki, tysiące aukcji od zwykłych ludzi, takich jak ja i ty. Darczyńców, jakby nie patrzeć.

Jednak przeglądając aukcje strona za stroną zaczynam wątpić. W to, że umiemy być darczyńcami. No bo proszę, na przykład aukcje „Moda i Uroda”. Mody tam ze świecą szukać, a urodą to nawet nie pachnie. Takie wrażenie, że ktoś sobie zrobił porządki w szafie, ale zapomniał, że to, co wystawia, z zasady też powinno się przydać potencjalnemu nabywcy.

No i ten dopisek: „licytujmy, bo to w szczytnym celu!”. Cholera bierze, słowo daję. Jeśli szczytny, to może rusz swoje cztery litery, i trochę się postaraj. Zrób lepsze zdjęcie tych spodni w prążki, wymień zdarte fleki w tych kozaczkach z nosem w szpic i może, podkreślam, MOŻE, ktoś to zalicytuje. Dorzuci grosza do wośpowej sakwy, a ty pójdziesz spać z [fałszywym] poczuciem spełnienia.

No bo, tak naprawdę, dwa złocisze można wrzucić i do tej puszki, co ją dzieciaki noszą. Albo, jak nie ufasz za bardzo, kup piksela na e-sercu. A aukcje są po to, żeby popaść w szał licytacji. Czuć, że się walczy o coś wyjątkowego, nie żałować stu, dwustu, tysiąca złotych – bo to, co dostaniesz, będzie ci przypominało ten rok, ten finał WOŚP, tych ludzi, którzy stworzyli lub przygotowali coś wyjątkowego.

Nie będę daleko szukać, przykład z mojego ogródka.

531333_465914663465941_385434371_n

fot. Red Room

Biżuteryjki dla WOŚP. Przygotowały na aukcje coś, co wspólnie tworzyły przez wiele miesięcy. Biżuterię, której poszczególne elementy zostały wykonane przez kobiet z różnych miejsc Polski, ba, nawet Europy. Kobiet, które często nawet się nie znają osobiście. Które poświęciły swój czas na stworzenie coś specjalnego. Ale nie ograniczyły się tylko do pracy rąk własnych. Do stworzenia ładnych i zachęcających do licytacji zdjęć zaangażowały fotografów i modelki. Nagłośniły projekt w lokalnych mediach. Na każdym kroku zarażają niesamowitą energią i pasją.

58202_289124034543245_890671165_n

fot. Agnieszka Rzymek

Te dziewczyny są takie jak ty i ja, mają rodziny, dzieci, pracę, swoje własne problemy. Ale nie wystawiły na aukcji zdezelowanych butów, tylko podarowały kawałek siebie, odrobinę swojego talentu.  Więc jeżeli naprawdę chcesz coś zrobić w szczytnym celu, to rusz głową. Zostań darczyńcą.