Opowieść o miłości i mroku. I trochę o mnie

Wróciłam do domu wzruszona, przejęta, zamyślona. A potem przeczytałam w internecie opinie i pytania: „o czym właściwie jest ten film?”.  

Natalie Portman zrobiła film na podstawie książki Amosa Oza, którą czytam od miesiąca. Brnę przez strony powoli, sczytując słowo po słowie, bo jest to książka, której szybko przeczytać się nie da. Czasami jest ciężko, trzeba przywołać w pamięci niemodne już dziś nazwiska lub zapomniane wydarzenia. Innym razem opowieść wciąga od pierwszej linijki rozdziału i puszcza daleko po północy. Muszę przyznać, że Opowieść mnie fascynuje i jestem bardzo ciekawa, w jaką całość ułożą się rozsypane na ponad sześciuset stronach wątki.

A film? Film jest niemal idealny. Bardzo poetycki, fotogeniczny, piękny. I przejmująco smutny nawet w momentach radosnych. Opowiada o… Continue reading

Bravo, monsieur Tarantino!

Kto zliczy, ile razy pada słowo „nigger” w nowym filmie Quentina Tarantino? Podejrzewam, że z tego powodu (i z powodu fruwających tu i ówdzie sztucznych flaków) w Stanach film leci ze śmiesznie wysoką kategorią wiekową. A szkoda, bo na tym, co serwuje Tarantino, można wychowywać zbuntowaną młodzież. Uczyć dobrych manier, uwrażliwić na piękno i uczulić na przejawy rasizmu.  

[youtube width=”900″ height=”28″ video_id=”KB1zIQfqREk”]

„Django Unchained” nie jest filmem na jeden raz. Reżyser bawi się z widzem w ciuciubabkę. Zarzuca przynętę i czeka, aż ten chwyci. Sceny, które na pierwszy rzut oka nie mają nic wspólnego z fabułą, są wyrafinowaną grą z widzem, sprawdzianem, jak głęboko siedzi w popkulturze, czy potrafi kojarzyć fakty i czytać między wersami. Osobnej pochwały zasługuje język, który w przekładzie, niestety, wiele traci. Dzieci, uczcie się języków, usłyszycie więcej.

django-character-posters

Dla mnie nowe „Django” jest piekielnie inteligentną zabawą popkulturą, wybitnym intertekstualnym dziełem. Kiedy idziesz do kina na film, który z konwencji i gatunku raczej nie powinien ci się podobać, a mimo wszystko wychodzisz zachwycony – to już nie przelewki. Bravo, monsieur Tarantino!