Wrocław. Dużo zdjęć i ani jednego krasnala

Kolejka w tym miejscu kończy się dopiero po 20, kiedy ostatnie pączki zostają wydane przez okienko. Pracownicy w białych fartuchach zmywają gary, stoły, białe kafelki i ruch wokół Świdnickiej 24 zamiera. Ale tylko na kilka godzin, bo od samego rana po świeże pączki znowu ustawi się kilkanaście osób. Ja też, zamiast śniadania, biorę kilka na wynos i ruszam w miasto.

wro4

Continue reading

Flashback: Trzy Siostry

Soczystą zieleń szkockich wzgórz przecinają nitki ścieżek i potoków. Na zboczach owce, jak piegi na wystawionej na słońce twarzy. Zatrzymujemy się na chwilę i wdychamy naszymi miejskimi płucami chłodne powietrze. Czuć wilgoć, na horyzoncie niebo ciemnieje i zapowiada kolejną zmianę pogody. Tu, w Szkocji, pogoda jest jak rozkapryszona nastolatka.

szkocja1

Continue reading

O kobietach, które wiedzą, czego chcą

Najfajniejsze uczucie? Kiedy sala na kilkaset osób powoli się zapełnia i motyle w brzuchu, które czujesz od dłuższego czasu, wariują tak, że musisz na chwilę usiąść.  Agata, Kasia i Mateusz witają gości rozdając identyfikatory, na zapleczu pełna mobilizacja, ostatnie ustalenia. Wchodzimy.

Kiedy jakieś pół roku temu napisałam do Anity z popozycją, że pomogę jej z trzecią edycją Spotkań Podróżujących Kobiet TRAMPki nie do końca wiedziałam, na co się piszę. Wiedziałam natomiast, że na pewno chcę być częścią tej inicjatywy. Przyglądałam się jej od pierwszego roku, kiedy kilkadziesiąt osób musiało się pomieścić w małej bibliotece na Mariackiej. W następnym roku zdalnie organizowałam warsztaty o wolontariacie. Zdalnie, bo siedziałam w Grecji, ale temat jest na tyle istotny, że bardzo mi zależało na jego obecności na TRAMPkach.

Pomogę ci – napisałam do Anity. Ja, ciągle naiwna, myślałam wtedy, że dołączam do większego zespołu, a okazało się, że wszystko robimy we dwie i najbardziej kluczową okazuje się być pomoc znajomych i przyjaciół. Każde niepowodzenie starałyśmy się przekuć w sukces, jeżeli ktoś mówił „nie”, motywował nas do poszukiwania innego, jeszcze lepszego rozwiązania.

I tu chyba tkwi źródło całej tej pozytywnej atmosfery, o której mówią i piszą nam uczestnicy Spotkań – są one rezultatem fantastycznego teamworkingu. Posiadając bardzo ograniczone możliwości finansowe, próbowałyśmy zaangażować jak najwięcej ludzi. Z różnym skutkiem, w przypadku niektórych skończyło się na chęciach i deklaracjach. Jednak ci, co z nami zostali, wnosili w projekt swój power, a my przekuwałyśmy go na realne działania.

Z czego jestem najbardziej dumna? 

… z uczestniczek TRAMPek. Są to kobiety, które wiedzą, czego chcą. Pełne pasji do życia, odwagi i chęci. Na Spotkania przychodzą same, z koleżankami, zabierają dzieci, mężów, partnerów. I rozmawiają – z nami, ze sobą, dzielą się wrażeniami, opowiadają o swoich podróżach. To zaangażowanie i otwartość widziałam chociażby na warsztatach z Wiolą Starczewską, gdzie uczyły się swoje podróżnicze doświadczenia przekuć w atut zawodowy. Nie wstydzą się zabrać głosu, podejść przedstawić się, odpowiedzieć uśmiechem na uśmiech.

trampki_fot_kociumbas

  Continue reading

Rion – Antirion, duma współczesnej Grecji

Pierwszego dnia po otwarciu przebiegła nim sztafeta ognia olimpijskiego, zmierzająca do Aten. Dziś dziennie pokonuje go ponad dziesięć tysięcy samochodów. Oddany do użytku przed planowanym terminem (!), połączył zachodnią część Peloponezu z kontynentem. Most Rion – Antirion, duma współczesnej Grecji, najdłuższy most wantowy w Europie.

rioantirio3

Continue reading

Opowieść o miłości i mroku. I trochę o mnie

Wróciłam do domu wzruszona, przejęta, zamyślona. A potem przeczytałam w internecie opinie i pytania: „o czym właściwie jest ten film?”.  

Natalie Portman zrobiła film na podstawie książki Amosa Oza, którą czytam od miesiąca. Brnę przez strony powoli, sczytując słowo po słowie, bo jest to książka, której szybko przeczytać się nie da. Czasami jest ciężko, trzeba przywołać w pamięci niemodne już dziś nazwiska lub zapomniane wydarzenia. Innym razem opowieść wciąga od pierwszej linijki rozdziału i puszcza daleko po północy. Muszę przyznać, że Opowieść mnie fascynuje i jestem bardzo ciekawa, w jaką całość ułożą się rozsypane na ponad sześciuset stronach wątki.

A film? Film jest niemal idealny. Bardzo poetycki, fotogeniczny, piękny. I przejmująco smutny nawet w momentach radosnych. Opowiada o… Continue reading

Flashback: tak kwitną morele

Przełom marca i kwietnia na północy Peloponezu jest kapryśny. Ciepłe dni przeplatają się z chłodnymi ulewami, w czasie gdy nad morzem można już cieszyć się słońcem, kilkanaście kilometrów wgłąb osiada ciężka mgła, w górach powoli zaczyna topnieć śnieg.

Kiedy trochę deszczowego ranka wyjeżdżaliśmy z Xylokastro na krótką wycieczkę do Nemei, nie mieliśmy pojęcia, że powrót górskimi drogami wypadnie nam we mgle z widocznością na długość wyciągniętej ręki. Na zdjęciu – kwitnący morelowy sad, ostatnie chwile przed naszym zanurzeniem się w rozlane po górach mleko.

morelowy sad Continue reading

O skutkach pewnego braku

Po tylu latach emocjonalnego dawania chciałoby się w końcu móc zacząć brać. Chociażby od czasu do czasu. A trzeba zakasać rękawy i jeszcze mocniej harować.

Zatrzymałam się ostatnio na wpisie o Dianie Ross, która obchodzi w tym miesiącu urodziny. „Mogę przenosić góry, gdy mam obok kogoś, kto we mnie wierzy” – mówiła. Przez cały wieczór męczyły mnie te słowa. Kilka dni temu próbowałam przekonywać koleżankę, że ulokowanie sensu życia w jednej osobie – nieważne, czy to członek rodziny, czy ukochany – jest najgorszym z możliwych sposobów na pójście do przodu. Trochę wcześniej, ale też nie tak dawno, podobny temat wypłynął w jednej z rozmów z moim ówczesnym partnerem. Żyć należy dla siebie i robić te wszystkie wspaniałe rzeczy również przede wszystkim z uwagi na siebie. Bo ludzie przychodzą i odchodzą, zmieniają się twarze, ramiona, uśmiechy. A ty zostajesz i musisz iść dalej. Więc nie należy, wręcz nie można, szukać źródła siły i inspiracji w kimś innym, niż ty sam.

Siedzę dziś przy moim oknie z widokiem na port. Nocą jarzy się setkami małych światełek, w dzień jest gęstym lasem dźwigów, suwnic, kontenerów, słupów elektrycznych. Bardzo lubię ten widok i często do niego się uśmiecham. Ale dzisiaj jest mi smutno. Bo już wiem na pewno, że oko i szkiełko zawsze u mnie przegra z sercem. Bo widzę, że sedno większości moich ostatnich mniejszych i większych niepowodzeń leży właśnie w braku wiary – wiary we mnie przez bratnią duszę. Trochę się wstydzę przyznać przed samą sobą, ale okazuje się, że moja własna studnia pozytywnych emocji i wiary nie jest bez dna. I chciałoby się po tylu latach dawania w tych słabszych momentach móc też brać.

Pozostawię te moje przemyślenia bez dalszych wniosków czy morału. Chce tylko wam życzyć pięknej wiosny – za oknem i w sercach. I wiary w wasze poczynania.

Miasta umarłych. Analogowo

W moich albumach z podróży do Anglii najwięcej jest chyba zdjęć cmentarzy. Przykościelnych, takich, które stały się już parkami, płyt nagrobkowych z niedającymi się odczytać imionami, z napisami pełnymi miłości i tęsknoty. Uważam angielskie cmentarze za miejsca o niezwykłym uroku.

Porośnięte bluszczem, rozpadające się od starości pomniki na pierwszy rzut oka wyglądają jak z kinowych horrorów, z drugiej strony, przychodzą tu ludzie na spacer, na jogging, nawet na piknik. J. K. Rowling pisząc pierwsze części Harry’ego Pottera wykorzystała imiona i nazwiska znalezione na edynburskim cmentarzu Greyfriars – dzisiaj jego ścieżkami błądzą tysiące fanów z całego świata.

Poniższe zdjęcia pochodzą z Londynu. Nie pamiętam nazwy dzielnicy, ale w pamięć zapadł mi spacer alejkami tego cmentarza. Nie byłam sama. Przede mną z typowym dla małych dzieci hałasem, w odblaskowych kamizelkach, spacerowały przedszkolaki. Oburzyć się czy uśmiechnąć?

12620016 Continue reading

Dżem dobry na wszystko. Przepis w 4 krokach

Kiedy już zjedliśmy wszystkie pomarańcze z podwórka, a obrodziło tego roku nad wyraz obficie, zaczęliśmy zakradać się do cytrusowych gajów ciągnących się kilometrami wzdłuź dróg północno-wschodniego Peloponezu. Objadaliśmy się, a potem, trochę dla uspokojenia sumienia, a trochę z lenistwa, kupowaliśmy siatkę 10kg pomarańczy u sprzedawcy z pobocza. Pewnie też zbierane na dziko. 

DSC_9010-1sm Continue reading

Flamborough Head. W zetknięciu z żywiołem

Są na Ziemi miejsca, które swoje istnienie zawdzięczają ścieraniu się żywiołów. Walka jest ich stwórcą i jednocześnie sensem istnienia. Nie mogłam wymarzyć gorszej lepszej pogody dla odwiedzenia klifów nad Morzem Północnym – ze sztormem im do twarzy. 

_flamborough

flamborough_england_anamatusevic5

flamborough_england_anamatusevic1

flamborough_england_anamatusevic4

flamborough_england_anamatusevic3

flamborough_england_anamatusevic9

flamborough_england_anamatusevic7

flamborough_england_anamatusevic6

flamborough_england_anamatusevic2

flamborough_lighthouse_anamatusevic1

flamborough_england_anamatusevic8

flamborough_england_anamatusevic13

flamborough_england_anamatusevic12

flamborough_england_anamatusevic14

flamborough_england_anamatusevic15

flamborough_england_anamatusevic16

Jak podróżować po Gruzji?

Jednym z najczęściej zadawanych mi pytań o Gruzję jest… jak podróżować po tym kraju? Sama też szukałam podobnej informacji przed wyjazdem. Martwiłam się, że trudno będzie znaleźć odpowiedni transport, że ktoś będzie chciał nas oszukać itd. W rzeczywistości okazało się, że podróżowanie po Gruzji jest bardzo łatwe i tanie.

Loty do Gruzji

Zacznijmy jednak od początku. Jak do Gruzji dotrzeć najtaniej? Najpopularniejsze połączenia z Polski to loty WizzAir i LOTu. WizzAir oferuje bezpośrednie loty z Warszawy do Kutaisi, natomiast Polskie Linie Lotnicze – do Tbilisi. Z Warszawy do Tbilisi polecimy też Ukraińskimi Liniami z przesiadką w Kijowie i jest to najtańsza opcja, jeżeli bierzemy pod uwagę opcję z bagażem rejestrowanym (choć ta cena jest zależna od kursu dolara).

lot_ukrainskie_linie

[grey_box]Polskie Linie Lotnicze LOT, Warszawa – Tbilisi: 370 zł.

Wizz Air, Warszawa – Kutaisi: 359 zł.

Ukraińskie Linie Lotnicze, Warszawa – Kijów – Tbilisi: 87 USD [/grey_box]

Powyższe ceny dotyczą podróży w jedną stronę, wyszukane na stronach wspomnianych linii lotniczych (styczeń 2016).

Transport miejski w Tbilisi

Transport publiczny w stolicy Gruzji, Tbilisi, jest rozbudowany. Są tu autobusy, mikrobusy (tzw. marszrutki), metro i kolejka linowa. Nie jestem pewna, czy funkcjonują bilety papierowe (podobno w autobusach tak), bo posługiwałam się kartą miejską prepaid (na zdjęciu: biała). Kartę taką można kupić (koszt w 2015 r. – 2 lari, czyli ok. 3,50zł) na dowolnej stacji metro i kolejki linowej, doładować dowolną kwotą i potem odbijać w specjalnym urządzeniu po wejściu do pojazdu lub przed wejściem do metra.

gruzja_trANSPORT

Metro ma dwie linie i jest to najwygodniejszy transport do dworca kolejowego oraz autobusowego (Didube). Pierwszym moim wrażeniem po wejściu na stację metra przy ulicy Rustaveli w centrum było „wow, ale głęboko!”. Tym bardziej zaskakująca jest część trasy przebiegająca na powierzchni ziemi. Na każdej stacji przy wejściu do metra jest pracownik, który pilnuje porządku i (jeżeli pytany po rosyjsku) może pomóc znaleźć drogę lub kierunek.

metro-tbilisi

metro-gruzja

Po Tbilisi poruszaliśmy się pieszo (i metrem), dlatego nie miałam okazji skorzystać z autobusów i marszrutek, ale jeździ ich po mieście bardzo dużo. Marszrutka staje na żądanie (można wsiąść/wysiąść nie tylko na przystankach), autobusy zatrzymują się, rzecz jasna, na przystankach.

autobusy_tbilisi

Do sieci transportu publicznego w Tbilisi zalicza się też kolejkę linową na wzgórze z pomnikiem Matki Gruzji. Jest to miejsce warte odwiedzenia ze względu na piękny widok. Kolejka linowa startuje z drugiej strony rzeki i unosi pasażerów nad dachami miasta. Przejażdżka funikularem, który kursuje do parku rozrywki na wzgórzu po drugiej stronie miasta, wymaga zakupu na miejscu innej karty prepaid, ale jest ona również niedroga (na zdjęciu: zielona karta).

kolejki_linowe

Transport międzymiastowy

W Gruzji mieliśmy okazję pojechać w góry, do Kazbegi (oficjalna obecna nazwa to Stepancminda) oraz nad morze do Batumi. I, przy okazji, przetestowaliśmy różne formy transportu międzymiastowego: samochód prywatny, rozklekotaną marszrutkę oraz pociąg (1 i 2 klasę).

gruzja_krowa

Na dworcu Didube można złapać autobus/marszrutkę w zasadzie do dowolnego miasta Gruzji. Są też „taksówkarze”, którzy oferują przejazd samochodem prywatnym. Tak poznaliśmy m.in. Beso z Kazbegi. Cena za przejazd była niewiele wyższa od ceny biletu na marszrutkę na tej trasie, a mogliśmy się zatrzymać na obiad i w kilku najbardziej malowniczych miejscach po drodze. Z gór do Tbilisi wracaliśmy marszrutką i była to przejażdżka w stylu rajdowym.

Z Tbilisi do Batumi pojechaliśmy pociągiem w drugiej klasie, natomiast z Batumi do Tbilisi w pierwszej klasie, która była niewiele droższa od drugiej. Różnica komfortu również nie była znacząca. Bilety sprawdzane są przy wejściu, a w pociągu są dostępne automaty ze słodyczami i kawą oraz bezpłatny internet.

dworzec_batumi

pociag_batumi_tbilisi

W górach są miejsca, gdzie nic zmotoryzowanego poza samochodami terenowymi z napędem na 4 koła nie dojedzie, dlatego planując wynajem auta warto wybrać właśnie takie. Na przykład w Tuszetii drogi w ogóle są rzadkością, przez co jest to idealny kierunek dla miłośników pieszych, konnych i off roadowych wędrówek.

Spakować się i… w drogę! 

[grey_box]Podobne tematy: O czym warto pamiętać, wyruszając w podróż samochodem? >> || Droga jest celem >>[/grey_box]

Rozsmakuj się w grzańcu z białego wina

Hu-hu-ha! Nasza zima zła! Ale my się zimy nie boimy – w długie wieczory otulamy się ciepłym pledem i z grzanym winem siadamy przy kominku. Taką zimę można nawet polubić, prawda? 

Wyczarować grzańca, proszę państwa, można z wielu rodzajów alkoholu: wina, piwa, nawet cydru. W Polsce najbardziej popularny jest grzaniec z wina czerwonego – często już gotowy do odgrzania, nie wymagający żadnych dodatków. Jednak dla wielu czerwone wino jest zbyt ciężkie, a smak takiego grzańca zbyt intensywny.

Grzane wino białe odkryłam kilka lat temu w Strasburgu. Brak śniegu i mżawkę najsłynniejszy jarmark świąteczny Europy nadrabia właśnie winem! Zaczęłam więc drążyć temat i śpieszę przedstawić prosty przepis na pysznego grzańca innego, niż wszystkie.

grzane-wino-biale

Proporcje wina i soku jabłkowego powinny wynosić mniej więcej 2:1 (np. 1l wina i 0,5l soku). Mocne głowy mogą dodać też kieliszek wódki lub białego rumu. Przyprawy dodaję „na oko”: ze 2 laski cynamonu, pół garści goździków, łyżka cukru i trochę więcej miodu (miłośnicy słodkich grzańców mogą dodać trochę więcej cukru).

Sposób przygotowania: do garnka wlewamy sok jabłkowy i wrzucamy wszystkie przyprawy. Mieszamy, aż miód i cukier się rozpuszczą. Wtedy dolewamy alkohol i podgrzewamy. Pamiętajmy, że wino nie może się zagotować! Voilà!

Grzaniec cieszy się dużym uznaniem wśród moich znajomych. Jestem pewna, że i wam zasmakuje!

3 książki, które mają znaczenie

To podsumowanie zostawiłam na nowy rok, bo jest jednocześnie początkiem kolejnej czytelniczej rundy tzw. 52 Book Challenge. Idea zabawy jest taka, żeby czytać średnio jedną książkę tygodniowo i wielu udaje się utrzymać to tempo. Moja lista nie jest aż tak imponująca, liczy 23 tytuły, ale w większości przypadków czytane z ogromną przyjemnością. 

Zanim ruszę z listą 2016, a otworzę ją zbiorem reportaży Pawła Smoleńskiego z Izraela, muszę odnotować historyczne zjawisko – po raz pierwszy większość przeczytanych w roku książek przypadło na format elektroniczny (15 z 23). Wiąże się to pewnie z moimi licznymi wyjazdami, jednak e-booki polubiłam też za dostępność wartościowych tytułów w atrakcyjnych cenach (często nawet za dyszkę) i możliwość zacząć czytać niemal od razu po zakupie.

Statystycznie, aż 15 pozycji z tej listy to literatura faktu i wydaje mi się, że te proporcje utrzymują się już od lat. 3 książki zostały w tym roku moimi przewodnikami – w Grecji były to Gorzkie pomarańcze Dionisiosa Sturisa, w Sarajewie W oblężeniu Barbary Demick, po Kaukazie Dobre miejsce do umierania Wojciecha Jagielskiego.  Z myślą o wyjeździe do Gruzji sięgnęłam też po Klątwę gruzińskiego tortu Macieja Jastrzębskiego, ale okazała się być strasznym rozczarowaniem. Fajnym dopełnieniem mojej greckiej półrocznej przygody okazała się być lekka i zabawna powieść (oparta na faktach) Błękitne niebo i czarne oliwki – prawdziwa komedia pomyłek, ale przemycająca wiele prawdy o Grekach i ich zwyczajach.

Książki, które mają znaczenie. O tym rozmawialiśmy podczas Festiwalu Opowiadania we Wrocławiu – czy istnieją książki, które mają wpływ na rzeczywistość? Zgodziliśmy się, że o ile trudno jest być zgodnym co do istnienia książek, które zmieniły świat globalnie, o tyle w przypadku „światów małych”, tych indywidualnych, to jak najbardziej, i każdy może wymienić autora lub tytuł, który wywarł na niego znaczący wpływ.

W tym roku chcę wyróżnić 3 tytuły.

1945-grzebalkowska1945. Wojna i pokój Magdaleny Grzebałkowskiej

Książka ważna, potrzebna i bardzo ciekawa. 12 reportaży przybliżających realia końca wojny. Wędrówka ludów, przesiedlenia, ucieczki i wypędzenia, walka o przetrwanie w gruzach zburzonych miast. Historie piękne i wstrząsające, spotkania i rozstania, śmierć, narodziny, łzy i radość. Autorka zebrała też ogłoszenia drobne z gazet 1945 roku, które w sposób najbardziej bezpośredni mówią, czym ludzie żyją, czego pragną i szukają, co ich boli, jak sobie próbują radzić w nowym, tużpowojennym świecie.

Z 1945. Wojna i pokój najbardziej zapadł mi fragment, w którym autorka (a może jedna z bohaterek reportażów) rozważa: jeżeli dziś coś jest poniemieckie, to któregoś dnia to wszystko może się stać popolskie. Ten brak pewności jutrzejszego dnia stał się dużym obciążeniem dla całych pokoleń, mieszkających na tzw. ziemiach odzyskanych. W książce Grzebałkowskiej wielu Polaków odnajdzie obrazy z przeszłości swoich rodzin. Warto nad nimi się pochylić i próbować zrozumieć.

silva_rerumSilva Rerum Kristiny Sabaliauskaitė

Tę powieść postawiłabym na półce miedzy Grą o Tron G.R.R. Martina a Podróżą Ludzi Księgi Olgi Tokarczuk. Świat realny łączy się tu ze światem mocy nadprzyrodzonych, ale w sposób tak subtelny, że to, w co trudno byłoby uwierzyć, wydaje się być zupełnie naturalnym.

Książka jest pierwszą częścią trylogii o polskim szlacheckim rodzie z terenów dzisiejszej Litwy, natomiast znaczna część fabuły rozgrywa się w XVII-wiecznym Wilnie. Wierne odzwierciedlenie realiów, topografii miasta, nieprzesadnie stylizowany język dają razem niesamowity efekt. Natomiast rezygnacja z dialogów daje wrażenie ciągłego potoku myśli, jakby się słuchało nieprzerwanej opowieści. Krótko: książka magiczna. Tytuł Książki Roku 2009 oraz zaliczenie do dziesiątki najlepszych książek dekady na Litwie jak najbardziej zasłużone. Chylę też czoła przed tłumaczką, Izabelą Korybut – Daszkiewicz, za umiejętność przemycenia wielu kresowych smaczków językowych, lituanizmów i rusycyzmów.

Choć myślałam, że to niemożliwe, ale po tej książce moje Wilno stało się dla mnie jeszcze bardziej wyjątkowym miejscem.

Kapuściński. Non-fiction Artura Domosławskiego 

Wydana w 2010 roku, ale kurz po zamieszaniu, jakie wywołała, nie opadł jeszcze do dziś. Długo zwlekałam, bo biografie nie należą do moich ulubionych tematów, ale jak już zaczęłam czytać, to tę solidnych rozmiarów cegłę pochłonęłam w kilka dni.

kapuścinski-non-fictionOdnoszę wrażenie, że Kapuściński w Polsce jest takim papieżem reportażu – ikona, otoczona jasnością, a sam reporter, gdy jeszcze żył, pewnie unosił się lekko nad ziemią od tej całej otaczającej go czołobitnej aury. I przyszedł taki Domosławski, wygrzebał z zakamarków małe tajemnice, liczne niedomówienia, i najzwyczajniej w świecie Kapuścińskiego uczłowieczył. Ta świetnie napisana biografia jest niczym fascynująca powieść. Kapuściński, zresztą, jest bohaterem idealnym, jego życiorysu nie da się pomalować tylko czarną i białą kredką.

Pisanie o książce Domosławskiego tylko przez pryzmat życiorysu Kapuścińskiego byłoby jednak sporym uproszczeniem. Autor zabiera nas w podróż śladami reportera – do Indii, Afryki, Ameryki Południowej, kreśli realia PRL, relacje wśród dziennikarzy oraz na najwyższym szczeblu ówczesnej władzy.

Kapuściński. Non fiction jest wielowymiarowym portretem reporterskiej Polski drugiej połowy XX wieku. Zdecydowanie jedna z najlepszych książek, jakie czytałam.

W nowym roku życzę wrażliwości i poszerzających horyzonty lektur!

Cała lista przeczytanych w 2015 roku książek z moimi ocenami na LubimyCzytac.pl >>

10 rzeczy, dzięki którym następny rok będzie jeszcze ciekawszy

Życie można skomplikować na milion sposobów. Wyznać miłość, wyruszyć w podróż dokoła świata, powiedzieć szefowi, że nie ma racji… Nie znaczy to jednak, że zawsze i wszędzie należy robić tylko mądre i odpowiedzialne rzeczy. Kilka dni temu pisałam o tym, w jaki sposób warto zakończyć rok. Dzisiaj podsuwam kilka pomysłów, co zrobić, żeby ten następny był ciekawszy, być może bardziej intensywny, ale… i całkiem rozsądny.  

okladka_tekstu

Pojedź gdzieś sam/a

Spróbowałam raz i… nie mogę przestać. Podróżowanie z kimś lub w większej grupie ma wiele plusów (np. taniej i raźniej), ale wyprawa w pojedynkę ma w sobie mnóstwo uroku i zalet. Poznawanie ludzi, języków, kultury, smaków jest jakby bardziej intensywne. Fakt, często brakuje kogoś, z kim można wymienić się wrażeniami, ale do czego są serwisy społecznościowe i internet?

Upij się z  barmanem na wesoło

Na smutno każdy potrafi. W końcu barman nie pyta, barman rozumie. Ale gdy siadasz przy barze w imprezowym nastroju, spod lady zaczynają się pojawiać drinki spoza karty, często nawet za free, a każda twoja alkozachcianka jest możliwa do spełnienia.  Tylko zostaw auto pod domem!

Daj komuś drugą szansę

[grey_box]Fool me once, shame on you; fool me twice, shame on me.[/grey_box]

Tak mówią. Czasami jednak bardzo chcesz wierzyć, że druga szansa ma sens, choć potem okazuje się klapą. I odwrotnie. Gdy zupełnie tego się nie spodziewasz, wychodzą rzeczy piękne. Moje statystyki z tego roku wypadają 50%/50%. Chyba warto.

Wyznacz granice

Trudna, ale cenna umiejętność. Najpierw wyznacz linię, której przekroczenie przez kogoś będzie dla ciebie niekomfortowe. A gdy ta osoba się do niej zbliży lub ją przekroczy, daj znać, że nie jest to coś, czego sobie życzysz. Mi się udaje połowicznie, ale cieszę się, że zaczęłam.

Posłuchaj rady mamy

Konflikt pokoleń stary jak świat. Ile razy mówiłam rodzicom, że dziś jest inaczej? Że pewne rzeczy nie mają już żadnego znaczenia? Wiele jednak ma – tak jak kiedyś. I tak samo jak dzisiejsza-ja dałabym kilka bezcennych życiowych rad dziesięć-lat-młodszej-mnie, tak samo warto wysłuchać, co ma do powiedzenia twoja rodzicielka. Wysłuchaj, przemyśl, wybierz jedną radę i wciel w życie.

Kochaj się w nietypowych miejscach

Pozostawię bez szerszego komentarza. Just do it!

Poproś o pomoc

Nasza samodzielność zaczyna ocierać się o granice absurdu. Wszystko sama, sama, sama! Pomaganie sobie leży w naturze człowieka, pomaga (!) w nawiązywaniu bliższych relacji, a Cialdini (znany psycholog, badający zjawisko wpływu na innych) twierdzi, że bardziej lubimy tych, komu pomagamy. Jest też jeszcze jeden argument – czasami tej pomocy zwyczajnie potrzebujemy i warto potrafić o nią poprosić.

Dziel się!

Dzielenie się z innymi uskrzydla. Wątpię, czy gdzieś tam w niebie ktoś stawia lukrowane kreski za każdy dobry uczynek, ale wierzę, że dobra energia nie ginie, a jest przekazywana dalej. Przekaż 1% na organizację pozarzadową, dorzuć się do Szlachetnej Paczki lub do Banku Żywności, wylicytuj coś na aukcji WOŚP, kup proszącemu obiad w barze mlecznym, wesprzyj fajny projekt w serwisie crowdfundingowym. Dzielić się możesz też swoim czasem, umiejętnościami (np. zostając wolontariuszem) i dobrymi wiadomościami. Uwierz, sprawi ci to wiele radości.

Poznaj sąsiada/sąsiadkę

Znamy się z widzenia, mówimy sobie dzień dobry, ale nic poza tym. Dopiero w sytuacjach kryzysowych przypominam sobie, że ani nie znam nazwisk najbliższych sąsiadów, ani nie wiem, które auto jest czyje, ani tym bardziej nie mam do nich kontaktu… Bardzo się przydaje, a czasami nawet owocuje fajnymi znajomościami.

Zacznij teraz

Najtrudniejsze do wykonania, ale cokolwiek sobie postanowisz, zacznij właśnie od tego punktu!

JakMalowany rok w drodze

To już jest koniec – pisałam równo rok temu. Napiszę i dziś. Za mną kolejny rok pełen sprzecznych uczuć, ale i cudownych momentów. Więcej świadomych wyborów i świadomego podróżowania. I fajnych wspomnień. Na pewno będę wspominać, że…

Mkijow-ukrainaróz zamieszkał w Ukrainie

Dziadek Mróz ma jeszcze trochę ognia! Szczypał w oczy, nos, dłonie, wszystko, co choć tylko na chwilę wpadło w jego szpony. Szok po deszczowej Gdyni, niemal hipotermia po wietrznym, ale dość ciepłym nadmorskim Peloponezie. Mimo, że obiecałam bliskim być w Kijowie tylko przelotem, musiałam choć przez chwilę rzucić okiem na słynny Plac Niepodległości, popytać, co tu, na miejscu, myślą o sytuacji w kraju. A mróz? Mróz dodał autentyczności. Bo gdzie, jak nie nad skutym lodem Dnieprem poczuć, że ciepła czapka to jednak skarb.

rzym-2015(Nie) wszystkie drogi prowadzą na Zatybrze

Trastevere przyszło mi odkrywać w Walentynki. Z moją grecką przyjaciółką błądziłyśmy wąskimi zaniedbanymi uliczkami tej bardzo starej dzielnicy Rzymu, z dala od hord turystów, smakując kolejne makarony, kolejne pizze, kolejne wina. Zaglądałyśmy do ciemnych zaułków i wracałyśmy następnego dnia, choć znałyśmy tylko dwie drogi – pieszo przez całe miasto. Gubiłyśmy się i odnajdywałyśmy się, choć zdawać by się mogło, że w tak dużym mieście trudno trafić na znajomego. Chciałam wyryć serce na jednej ze ścian starych kamienic, ale pieniążek w fontannie chyba wystarczy. Jeszcze wrócę!

mani-2015Wiosna zaczyna się na Mani

Udając się w połowie marca na południowy cypel Peloponezu nie byłam gotowa na to, co zobaczyłam. Po przejechaniu gór Tajgetu pobocza drogi nagle rozkwitły, a na końcu półwyspu Mani nie mogłyśmy uwierzyć naszemu szczęściu. Wiosna pełną parą! Mani słynie swoimi kamiennymi warowniami i oryginalną tradycyjną dla tego miejsca zabudową miasteczek. Słynie też bohaterską i waleczną przeszłością swoich mieszkańców, a także… wołowiną. Takiej nie dostanie się nigdzie więcej w Grecji.

2015-ydraOsiołek to dobre towarzystwo do porannej kawy

Na tej wyspie, a można ją obejść w kilka godzin, zakazane są wszelkie pojazdy kołowe (wyjątek stanowi kilka śmieciarek miejskich). Dla najciekawszego widoku należy wstać nieco wcześniej, niż zazwyczaj, i udać się do portowej kawiarni na śniadanie. O tej porze to tutaj wrze prawdziwe wyspiarskie życie – wąskimi kamiennymi uliczkami niesie się stukot kopyt, przypływają dostawcze kutry i wodoloty, towar jest przeładowywany na grzbiety osłów, koni i mułów. Cierpliwie stojące w kolejce zwierzęta, nawoływania ogorzałych Greków, chlupot wody i mnóstwo słońca.

2015-dubrovnikKing’s Landing istnieje naprawdę

Cudownie postrzępione chorwackie wybrzeże, z równie cudownymi zachodami słońca nad jeszcze cudowniejszą błękitną wodą i prawdziwą perłą – Dubrownikiem. Wystawiamy twarze ku słońcu, spacerujemy wąskimi uliczkami prosto z planu filmowego Gry o Tron, jemy najlepszą pod słońcem zupę z owoców morza. I żałujemy, że to tylko krótki przystanek na naszej drodze.

2015-sarajewoSą jeszcze miejsca autentyczne

… a zaliczę do nich Bośnię i Hercegowinę, w szczególności Sarajewo. Może z powodu złej sławy, jaką przyniosła temu miejscu wojna lat 90., a może po prostu jeszcze nieodkryte przez biura podróży, nie jest zadeptywane wycieczkami. Mozaika kulturowa i religijna, tętniące życiem knajpy, sympatyczni ludzie, pyszne jedzenie i dużo fascynującej historii do poznania. Do Sarajewa prowadzi malownicza droga wśród szczytów górskich i nawet w połowie kwietnia panuje tu jeszcze zima.

2015-latarnie-morskieWarto podążać za pasją

Czasami o tym zapominam. Dwudniowy wypad wzdłuż zachodniego wybrzeża szlakiem polskich latarni morskich jest jednym z najjaśniejszych momentów tego roku. Mapa, z grubsza nakreślony plan i ja za kółkiem. I, co najważniejsze, paszport do zbierania pieczątek z latarni. Z dokończeniem szlaku zwlekałam dobrych kilka lat, szczególnie, że nikt z bliskich znajomych nie podziela mojej fascynacji tego typu obiektami. A mi się marzy teraz powtórka – z całej linii brzegowej. Najlepiej za jednym zamachem!

2015-kaukazGóry są jednak piękne

Mój pierwszy raz z górami miał miejsce dawno temu, w czasach błogiego harcowania w szarym mundurze. Ale wejście na Śnieżkę z pełnym, okropnie ciężkim, plecakiem skutecznie zraziło mnie do trekkingu. Od tego czasu góry odwiedzałam tylko przejazdem, aż Gruzin Beso zawiózł mnie na Kaukaz. Tu bym mogła zostać na dłużej, pójść w kilkudniową wędrówkę, spać w owczej wełnie i pić z lodowatych strumyków! Wyjazd do Gruzji był realizacją małego marzenia i planów, spisanych na początku tego roku. Fajnie móc tak odhaczyć kilka ważnych rzeczy z tej listy.

2015-flamboroughAngole to jednak twarde chłopaki

Gdyby tak nie było, całe wschodnie wybrzeże Anglii wyludniłoby się w mgnieniu oka. Urodzinowy wyjazd na klify Flamborough to kilka dni przejmującego zimna i pierwszego śniegu. Ale też moich ulubionych widoków angielskiej prowincji, pastwisk i rybackich miasteczek. fish&chips, „Last Christmas” w połowie listopada i… pierwszej jazdy ruchem lewostronnym. Wypożyczone auto zwróciłam całe i zdrowe, z czego jestem dumna najbardziej!

2015-wilnoCoraz bardziej lubię wracać do Wilna

Moje rodzinne miasto, do którego uwielbiam wracać i, co tu dużo mówić, odkrywać na nowo, ma coraz więcej ciekawych pomysłów. Zaczęło wychodzić do ludzi, tworzyć taką przestrzeń publiczną, w której każdy by chciał być. W ubiegłym roku pisałam o sadach sakury, w tym roku miałam czas tylko na krótki spacer. Życzę, żeby tegoroczny mały, ale bajkowy jarmark świąteczny z czasem się rozrósł do świątecznego miasteczka, a serca przechodniów rozgrzewało nie tylko grzane wino, lecz i uśmiechy ludzi.

2015-jaWspomnień a.d. 2015 mam tyle, że mogłabym obdzielić kilka osób. Czy był to rok udany? Zdecydowanie tak. Pod niemal każdym względem, bo potknięcia w jednej sferze kompensowały radości w innej.

Życzę wszystkim spełnienia kolejnych pomysłów, szczególnie tych szalonych, i spoglądania w przyszłość z ciekawością, a nie niepokojem. Niech pogoda ducha będzie z Wami!

Zostaw śmieci w starym roku

W Nowy Rok nie wchodzimy z zupełnie czystą kartą. Choć fajnie by było, prawda? Zamknąć za sobą stare problemy i nieporozumienia, zacząć wszystko od nowa. Odkąd pamiętam, koniec roku był dla mnie czasem podsumowań i snucia marzeń. Zanim jednak zawiesisz nowy kalendarz na ścianie…

new_beginning

… oddaj wszystkie długi

Brzmi jak zabobon, ale w Nowy Rok wchodzimy bez długów! Nie zalegaj z opłatami i ratami, zwróć znajomym pożyczone książki. A może uda ci się zejść do inbox 0 w pracy i na mailu prywatnym? Lepszy początek roku trudno wymarzyć.

… kup kalendarz lub terminarz

Już na początku grudnia zaczął mi doskwierać brak terminarza na kolejny rok. Kalendarz w widocznym miejscu i (lub) teminarz w torebce pomaga trzymać rękę na pulsie, nie pomylić dni, zaplanować urlop, pamiętać o urodzinach najbliższych i o umówionej wizycie. Wersje papierowe kalendarzy z powodzeniem zastąpią aplikacje-planery i kalendarz google.

… zadzwoń do 3 osób, z którymi nie miałeś/łaś kontaktu w tym roku

Bo jakoś ciągle brakowało czasu, sił, to nie był dobry moment, a potem było za późno itd. Jak tego nie zrobisz teraz, prawdopodobnie nie zrobisz tego już nigdy.

… zrób podsumowanie roku

Na kartce papieru zapisz listę 5 rzeczy, z których się cieszysz w tym roku. Zmiana pracy? Zrealizowane marzenie o dalekiej podróży? Pomyśl, jakie kroki prowadziły do sukcesu.

Teraz pora na 5 najbardziej zapadających w pamięć momentów tego roku. Niesamowity widok w górach. Uczucie bezpieczeństwa u boku bliskiej osoby. Przypomnij sobie to wszystko, niech miłe wspomnienia wracają częściej.

Na koniec, zastanów się, co chciał(a)byś kontynuować w następnym roku. Nauka języka? Bieganie? Spróbuj wyłuskać co najmniej 3 takie rzeczy.

Warto też konstruktywnie pomyśleć o tym, czego nie udało się zrealizować. Ale, i tu podejdź do tego uczciwie, bez irytacji i haseł „tego należało się spodziewać”. Jeżeli bierzesz pod lupę potknięcia, przeanalizuj je na chłodno. Dlaczego się nie udało? Co następnym razem można zrobić inaczej?

… zapisz postanowienia i marzenia

Słowo zapisane ma moc sprawczą. Dlatego wszelkie postanowienia i marzenia warto – chociażby hasłowo – zapisywać. Wiem, że to działa! A więc, żeby nie przeciągać: 3 postanowienia i 2 marzenia. I pod każdym z tych haseł w punktach rozpisz, jak je krok po kroku można zrealizować. Rozłożyć na czynniki pierwsze można nawet najbardziej odległe i abstrakcyjne marzenie, a wtedy nie wydaje się już tak nieosiągalne.

Na przykład: w tym roku otrzymam prawo jazdy. Żeby to się stało, muszę: – zebrać 1500zł (500 od rodziców, 1000 odłożę sama, po 200zł co miesiąc), – zapisać się do szkoły jazdy (popytać znajomych o opinie, zadzwonić, umówić się), – odbyć kurs i jazdy, – zdać egzamin. I już wiem, od czego zacząć.

Do Sylwestra zostało kilka dni, akurat tyle, żeby zdążyć z całą piątką powyżej. I jeszcze jedno. Zanim wybije północ… wynieś śmieci. Teraz już zaczniesz prawie „na czysto”!

Zimowe wieczory z kulturalną herbatą

ANM_3414-1

Instytut Kultury Miejskiej przygotował w tym roku bardzo smakowitą niespodziankę dla partnerów i przyjaciół – zestawy herbat, inspirowanych realizowanymi przez instytucję projektami. Każdy ma swój niepowtarzalny klimat, dlatego w zdjęciach, które przygotowałyśmy wspólnie z Moniką, starałyśmy się subtelnie przemycić jakiś charakterystyczny danemu wydarzeniu motyw. Myślę, że się udało!

smak_poezji_3

Europejski Poeta Wolności jest festiwalem, z którym mam przyjemność mieć również zawodowo. Poświęcony jest poezji europejskiej, w Polsce mniej znanych, często w ogóle jeszcze nie wydanych poetów. Najbliższa edycja festiwalu odbędzie się w marcu 2016 roku.

monumental_art_3

Galeria murali na gdańskiej Zaspie jest jednym z moich ulubionych miejsc w Trójmieście. Od wielu lat powstają tutaj murale malowane przez artystów z całego świata. Miejsce wyjątkowe, kumulujące dobrą twórczą energię zupełnie zmieniającą klimat osiedla.

dzielnica_stolica_3

Spacery z lokalnymi przewodnikami to jeden ze sposobów na poznawanie Gdańska. Spacery odbywają się w różnych dzielnicach miasta (m.in. w Nowym Porcie), a przewodnikami są mieszkańcy, którzy nie tylko dobrze znają historię swojego miejsca, ale pokazują najciekawsze zakątki, serwują informacje, jakich nie przeczytamy w żadnej książce.

miejskie_narracje_3

Na Narracje organizatorzy wyciągają gdańszczan w momencie, gdy ci okutani ciepłymi kocami po raz pierwszy rozpalają w kominku – w listopadzie. Na odpornych na zimno i słotę czeka wizualno-muzyczna przygoda w jednej z dzielnic Gdańska. W tym roku wspólnie odkrywaliśmy Nowy Port, natomiast w następnym ruszymy na Biskupią Górkę.

herbata_pani_ani_3

Okazją do poznania sąsiadów jest promowana przez IKM idea Dni Sąsiadów. W tym roku uczestnicy sąsiedzkich imprez stworzyli książkę z przepisami najlepszych specjałów. Wśród nich znajdzie się też jeden mój przepis… ale o nim opowiem może przy innej okazji!

W Gruzji trzeba być twardzielem | In Georgia, you need to be tough

(for english see below)

Jedziemy drogą, której prawie nie ma. Czuję każdy kamień, każdą wyrwę w ubitej ziemi, przez którą powoli, metr za metrem, Beso prowadzi samochód do przodu. To, że trzęsie, nie jest niczym nowym. Ostatnie kilkanaście kilometrów droga również pozostawiała wiele do życzenia.

gruzja_beso_car

Czy to jakiś skrót? – spytał John, gdy zjechaliśmy na polną drogę kilka minut temu. Z samochodu widzieliśmy już cel naszej podróży, wieś, wciśniętą między górami. Przynajmniej tak piszą w przewodniku, bo mgła i szare chmury przetaczają się kłębami tak nisko nad ziemią, że zbyt wiele nie widać.

Pytanie Johna pozostaje bez odpowiedzi, bo właśnie wjeżdżamy do kałuży rozmiarów solidnego oczka wodnego. Oczyma wyobraźni widzę, jak w wodzie po kolana próbujemy pchać Hondę naszego kierowcy. Wiekowy Anglik cierpliwie znosił wszystkie wyprzedzania i jazdę po górskich serpentynach, ale perspektywa utknięcia w środku niczego też chyba mu się nie podoba.

gruzja_beso_free_borjomi

Free Borjomi! – macha do nas Beso. Zatrzymaliśmy się na błotnistym polu. Gruzin pochyla się ostrożnie, żeby nie stanąć w strudze wody, lecącej z metalowej beczki, i napełnia dwie plastikowe butelki. Wyciąga z kieszeni papierowy kubek po kawie, płucze go i podstawia pod strumień. Wypija łyk, podaje mi. Uśmiecha się tak, że nie mogę odmówić.

Wyczuwam lekką nutę kawy, ale rzeczywiście smakuje jak mniej gazowane Borjomi ze sklepu. Woda mineralna prosto z kaukaskiego źródła.

W Gruzji trzeba być twardzielem. Nie okazywać wahania. Zadawać konkretne pytania. Nie narzekać, mówić wprost. To, co dla mnie, paniusi z tzw. Zachodu, z dużego miasta, wydaje się być dziwne, niebezpieczne, obrzydliwe czy śmierdzące krowim łajnem, tu może być zwyczajne, codzienne, naturalne i zupełnie oczywiste. Piękno nie istnieje bez brzydoty i ten kontrast przyciąga jak magnes. 

georgia_beso_car

We were driving on the road, which practically didn’t exist. I could feel every stone, every hole in a ground, but the car was slowly moving forward.

Is this a shortcut? – asked John, when we left main road few minutes ago. We could see our destination – small village in a valley. Clouds were so low, we actually couldn’t see the mountains.

Beso, the driver, didn’t answer the question. His attention was fully dedicated to a huge puddle he was trying to cross. I was petrified from the idea of pushing the car out of this mud. John and I holded our breaths, but Gerogian stayed calm, it seemed he new what he was doing.

Free Borjomi! Beso was calling us to get out from the car. We stopped on a muddy field by the spring. Our driver filled with water two plastic bottles, took the paper coffee cup out of his pocket and filled it with water too. Here, he said to me, try it! His smile was honest and I just couldn’t say no. I could feel the smell of coffee, but water really tasted like famous Georgian Borjomi.

In Georgia, you need to be tough. You can’t show hesitation. You need to ask right questions. Do not complain, say what you really want or need to say. Things, which for me, a girl from the big european city, can look weird or dangeous, can be disgusting or stink, in Georgia can be completely ordinary, natural or obvious. Beauty doesn’t exist without ugliness and this is the most amazing thing. 

6 rzeczy, których nigdy nie mów na pocieszenie

Zacznę naukowo. Czy wiesz, że… złamane serce to nie tylko metafora, ale dobrze lekarzom znany syndrom chorobowy? Groźny dla zdrowia, gdy pacjent potrzebuje nawet hospitalizacji. Złamane Serce to nie żart. Żartem nie jest też niniejszy tekst, w którym razem z przyjaciółką zebrałyśmy najmniej pomocne, a często wręcz szkodliwe, próby pocieszenia. Mimo najlepszych chęci, po tych słowach Złamane Serce czeka jeszcze większy dół i jeszcze więcej łez. Trust me.

okladka_zlamane_serce

…byliście taką ładną parą!

No shit, Sherlock. Gdyby ładną parą nie byli, to pewnie nie byliby parą w ogóle. I przeżywając załamanie po rozpadzie związku naprawdę nie chciał(a)byś słyszeć, jak to fajnie było, ale się skończyło. Ten fakt Złamane Serce i tak roztrząsa od świtu do nocy wspominając najfajniejsze chwile, zastanawiając się nad popełnionymi błędami, szukając wytłumaczenia. Równie miłą alternatywą jest usłyszeć …a myślałam, że wy to już na zawsze! 

…i co teraz zrobisz?

Szczególnie niepomocne po długich związkach i trudnych rozstaniach. Wyobraź sobie Złamane Serce stojące na rozdrożu, zastanawiające się, co powinno teraz zrobić, żeby przeżyć najbliższy czas i wyjść na prostą. Czy to pytanie wciąż jeszcze wydaje ci się odpowiednie do sytuacji?

…nie płacz, nie jest wart(a) twoich łez!

Nie wiem, jak w przypadku facetów, ale kobiece Złamane Serca najczęściej potrzebują tych łez. Żeby wyrzucić z siebie żal teraz, natychmiast. Przeboleć, wykrzyczeć złość i zawód, zrobić miejsce na dobre emocje, które na pewno przecież przyjdą. Kumulując negatywne uczucia szkodzimy sobie, swemu zdrowiu, a później również relacjom z innymi ludźmi.

…ale ona brzydka / co ona w nim widzi / nie umywa się do ciebie!

Jeżeli partner(ka) odchodzi do kogoś innego, nie da się uniknąć pułapki porównań. Jednak Złamane Serce potrzebuje odbudowania poczucia własnej wartości nie poprzez porównywanie się, szczególnie z kimś, kogo w danym momencie nienawidzi z całego swojego Złamanego Serca. Spuśćmy więc zasłonę milczenia na życiowe wybory ex, w danym momencie nie są warte ani odrobiny naszej uwagi.

…są gorsze tragedie

Złe rzeczy dzieją się dobrym ludziom na całym świecie. Świat pustoszą huragany, choroby, wojny. Żeby jednak ten świat choć w jakimś stopniu czynić lepszym, nie możemy ignorować własnych potrzeb. Tylko szczęśliwi ludzie mogą uszczęśliwiać innych. Nie ma więc większej tragedii niż brak szczęścia, więc… nie, twój argument jest chybiony.

…co cię nie zabije to cię wzmocni

Marcin Szczygielski napisał kiedyś fajne porównanie: Zawsze kiedy słyszałam te słowa, przychodziło mi na myśl drzewo, w które uderza piorun, odzierając je z gałęzi i liści. Pozostaje tylko osmolony, chropowaty pień. Pień jest mocny i niezłomny, ale czy nadal jest drzewem, nawet jeśli krążą w nim jeszcze soki? Z człowiekiem jest tak samo. Każde złe doświadczenie odziera go z wierzchniej, miękkiej, delikatnej, wrażliwej tkanki. Następne podobne doświadczenie spływa po kościach. Ale dalsze, jeszcze gorsze i gorsze, odbierają kolejne uczucia. Człowiek nie uodparnia się na nie, traci tylko wrażliwość.

Lepiej nie mów tego Złamanemu Sercu, bo nie wiesz, jak głęboka jest jego rana. Może to tylko lekki zawód miłosny, z którego wyjdzie bez szwanku. Może to doświadczenie, które burzy cały jego dotychczasowy świat. W traumach nie ma nic wzmacniającego.

Czy o czymś zapomniałam?

Jeżeli naprawdę chcesz być oparciem Złamanemu Sercu, po prostu spytaj, jak możesz pomóc. Zaproś na obiad, wspólny wypad za miasto, zadzwoń wieczorem porozmawiać o najnowszym filmie, daj się namówić na coś głupiego, odezwij się bez powodu, zachęć do realizacji któregoś z marzeń. I nie oceniaj.

Gdańsk: co słychać na budowie Muzeum II Wojny Światowej?

Ogromna inwestycja powstaje w miejscu, gdzie do Motławy wpada Kanał Raduni. Decyzję o jej rozpoczęciu ogłoszono przy okazji uroczystości 70. rocznicy wybuchu II wojny światowej na Westerplatte, niedługo potem ruszyły pierwsze prace. Dzisiaj budowa Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku idzie pełną parą, a otwarcie jest planowane na jesień 2016.

Będzie to kolejne, po Europejskim Centrum Solidarności i Muzeum Emigracji, miejsce w Trójmieście, które w innowacyjny sposób ma przybliżać najważniejsze momenty współczesnej historii Polski i Europy. Przy okazji obchodów 1 września postanowiłam zajrzeć na plac budowy i sprawdzić postępy.

budowa_muzeum_2wojnyswiatowej

Przyszłe Muzeum największym basenem w Polsce

To nie Stadion Narodowy był największym basenem w naszym kraju, tylko wykop pod budowę Muzeum. Po wykonaniu odpowiedniego wykopu i obudowaniu go żelbetonową konstrukcją, wykop stale pogłębiano, a naturalny dopływ wód gruntowych utworzył rozległe jezioro. Nie był to jednak wypadek przy pracy, ale zaplanowane działanie. Ze względu na podmokły charakter okolicznych gruntów, należało przygotować taką konstrukcję, która stanowiłaby zabezpieczenie przed napływem wody. Po pogłębieniu wykopu (już zalanego wodą) do 18m poniżej planowanego poziomu 0, przeprowadzono największe podwodne betonowanie, jakie miało miejsce w Polsce. Betonowanie trwało ok. 10 dni 24h na dobę i użyto blisko 26 tys. m3 betonu.

Dzisiaj wody na budowie już nie ma, ale film z tej niezwykłej operacji można obejrzeć na youtube, zachęcam >>

budowa_muzeum_2wojnyswiatowej

Archeologiczne znaleziska z okresu Wolnego Miasta Gdańsk

W Gdańsku jak w Rzymie, gdziekolwiek wbije się łopatę, trafia na historię dawnego Gdańska. W przypadku prac archeologicznych, poprzedzających budowę, nie było inaczej. Archeolodzy odkryli m.in. brukowaną, dobrze zachowaną Kleine Gasse z zachowaną pierzeją reliktów kamienic z czasów Wolnego Miasta Gdańska oraz ulicę Grosse Gasse. Znaleziono też kilka ciekawych przedmiotów, które trafią do odpowiednich instytucji.

budowa_muzeum_2wojnyswiatowej

budowa_muzeum_2wojnyswiatowej

Symboliczny projekt łączy przeszłość i przyszłość

Bryła nowego muzeum ma stać się nowym symbolem Gdańska. Autorzy projektu tłumaczą, że siedziba Muzeum będzie symbolicznym wyrazem związków przeszłości – czyli wojny – z teraźniejszością i przyszłością. Dlatego budynek został podzielony na trzy części, z czego jedna znajduje się głęboko pod ziemią (przeszłość pełna bólu i terroru), druga jest placem wokół Muzeum z ławkami i przestrzenią otwartą dla wszystkich (teraźniejszość), a trzecią stanowi wieża z punktem widokowym (przyszłość i perspektywy).

muzeum_2ww

Wizualizacja projektu, źródło >>

budowa_muzeum_2wojnyswiatowej

budowa_muzeum_2wojnyswiatowej

Warto też pamiętać, że kilkaset metrów od placu budowy znajduje się budynek Poczty Polskiej, drugi po Westerplatte szaniec obrony Polaków z 1 września 1939 r.

5 tys. m2, czołgi i Enigma

Czternaście metrów pod ziemią na powierzchni pięciu tysięcy metrów kwadratowych będziemy mogli zobaczyć ponad dwa tysiące eksponatów. W tym dwa najprawdziwsze czołgi i oryginał słynnej Enigmy. Maszynę deszyfrującą Muzeum otrzymało w darze od Norwegów.

budowa_muzeum_2wojnyswiatowej

Operacja umieszczenia czołgów na najniższej kondygnacji budynku była nie lada wyzwaniem. Taki czołg waży około 30 ton, więc cała akcja musiała być zaplanowana niezwykle precyzyjna.

budowa_muzeum_2wojnyswiatowej

budowa_muzeum_2wojnyswiatowej

budowa_muzeum_2wojnyswiatowej

Na pięciu tysiącach metrów kwadratowych mamy zobaczyć prawie dwa tysiące eksponatów, większość z nich będą opowiadać osobiste historie prawdziwych ludzi. Łącznie z materiałami audiowizualnymi będzie to jedna z największych wystaw na świecie poświęconych drugiej wojnie światowej.

Poza popularyzacją historii, głównym przesłaniem Muzeum ma być hasło „nigdy więcej wojny” – poprzez pokazanie wojennych losów zwykłych ludzi, ogromu i nieszczęścia ludzkiego podczas działań wojennych od Polski przez Leningrad po Japonię, pomysłodawcy chcą zwiększać świadomość, że w żadnej wojnie nie ma wygranych.

Muzeum ma prezentować „polski punkt widzenia” drugiej wojny światowej i opowiadać nie tylko o szaleństwie nazistowskich Niemiec, ale też pokazywać dramat „wyzwolenia” przez Armię Czerwoną. Jestem pewna, że dla wielu licznie odwiedzających Gdańsk rosyjskich turystów Muzeum zaserwuje zupełnie inną interpretację wojny, o której czytali w swoich podręcznikach szkolnych.

budowa_muzeum_2wojnyswiatowej

budowa_muzeum_2wojnyswiatowej

Wokół budowy Muzeum jest trochę kontrowersji politycznych, ale jako zwykły mieszkaniec Trójmiasta, miłośnik historii XX wieku i społecznie zaangażowany obywatel uważam, że Gdańsk jest najbardziej odpowiednim miejscem, w którym takie Muzeum mogło powstać. Mam nadzieję, że ta instytucja nie tylko będzie prezentować eksponaty, ale stanie się centrum angażujących działań.  Czy sprosta tym oczekiwaniom? Przekonamy się za 1,5 roku.

Kobiety do kierownicy!

„Liczne i niezaprzeczone są korzyści, jakie daje kobiecie samochód. Wyrabia on hart ducha i ciała, systematyczność, stanowczość, orientację, zdolność powzięcia szybkiej decyzji i natychmiastowego jej wykonania itp. Do niedawna powszechnie mniemano, że kobieta, jako istota słaba, nie powinna zabierać się do tak niebezpiecznego sportu, jakim jest automobilizm. Mniemaniu temu przeczy samo życie!”

kobieta-samochod

Niedawno pisałam o tym, jak przezwyciężyć strach za kółkiem. Ale kilkadziesiąt lat temu kobiety za kierownicą również miały swoich orędowników. Powyższy artykuł został opublikowany w 1938 roku w magazynie Świat pięknej pani*. Tajemniczy Mjr J.W. przekonuje kobiety do automobilizmu jako sportu niezwykle pozytywnie wpływającego na ogólny rozwój kobiet. Zobaczcie sami!

„Automobilizm winien być umiłowanym sportem kobiety. Mała, zgrabna, w jedwabną pończoszkę przystrojona nóżka jest jakby stworzona do delikatnego i wrażliwego akceleratora samochodu, a wypieszczona rączka — do kierowania. Gdy z zachwytem podziwia się te nóżki na ulicy lub ogląda rączki w lokalach, zdawałoby się, że nie potrafią one uporać się z rozjuszonym rumakiem o mocy 50 — 130 koni mechanicznych. W praktyce tabun tych koni, zgrupowany w jednym bloku silnika samochodowego, staje się posłuszny woli tak słabej istoty, jaką jest kobieta, a pod jej czarodziejską nóżką potulnieje lub zrywa się, jak dzikie zwierzęta, reagując na każde drgnięcie jej stopki. (…)

Kobieta-kierowca nie popisuje się brawurą jazdy i niepragną nikomu zaimponować, jak to zazwyczaj czynią mężczyźni. Uprawianie sportu samochodowego wyrabia w kobietach wytrzymałość, a więc przyczynia się do podniesienia ich walorów fizycznych, dążenie zaś do osiągnięcia celu uzupełnia braki stanowczości.

Automobilizm daje ponadto kobiecie możność częstszego przebywania na świeżym powietrzu (znów walory zdrowotne), wyrabia szybkość orientacji i ściśle z nią związaną szybkość decyzji oraz reakcji. Czyhająca na każdym kroku możliwość wypadku, skupia jej uwagę, podnosi zdolność obserwacji, a, co najważniejsze, możność bezpośredniej styczności z pięknem natury, poznaniem uroku własnego kraju, oraz ułatwia wycieczki za granicę, a wszystko to nie pozostaje bez dodatniego wpływu i na pogłębienie wiedzy i kultury.

Wniosek stąd jasny: — hasłem dzisiejszej kobiety powinno być: ,,do kierownicy”! Śmiem twierdzić, że łatwiej przyjdzie paniom okiełznanie i ujarzmienie 30, 50, 100, 150 KM., niż jednego konia żywego, dwu lub czworonożnego. A więc do kierownicy i w świat, — piękny, szeroki świat!!”

* Artykuł i zdjęcie wpadły mi w ręce przy przeglądaniu cyfrowych zbiorów Biblioteki Narodowej w Serwisie POLONA

4 powody, żeby uszyć sobie nerę

Jeżeli myślisz, że masz dwie lewe ręce… to na pewno nie byłaś jeszcze na warsztatach w Manowni. W Gdyni przy ul. 3 maja znajduje się pracownia i sklep jednej z najbardziej rozchwytywanych gdyńskich projektantek toreb. To tu Marcelina udowadnia kobietom (choć nie tylko, panowie też są mile widziani), że potrafią stworzyć cuda. 

mana4_szymkowiak

Marcelina Rozmus jest jedną z najbardziej inspirujących kobiet, jakie znam. Sama miałam przyjemność współpracować z Mana Mana niejednokrotnie, za każdym razem utwierdzając się w przekonaniu, że impossible is nothing. Tak właśnie Marcelina wpływa na innych.

mana15_szymkowiak

Do pracowni i sklepu warto wybrać się z dwóch powodów: na żywo zobaczyć, jak powstają torebki i jak wygląda całe zaplecze obsługi klienta oraz spróbować samemu sił w niełatwym wyzwaniu uszycia nerki. Myślisz, że to ostatnie nie jest dla ciebie? 

mana7_szymkowiak

1. Nauczysz się przyszywać guziki i cerować skarpety

Bo tak naprawdę, szycie torebki to tylko pretekst, żeby nauczyć się trzymać w  ręku igłę z nitką. Nie wykluczam, że którąś z nas, uczestniczek, doświadczenie z warsztatów ośmieli do kolejnych prób szycia. Ale na pewno możemy sobie mówić, że skoro dałyśmy radę z nerką, to damy radę i z guzikiem.

P.S. Skarpety można sobie odpuścić.

dyptyk

2. Weźmiesz udział w nieoficjalnym sabacie

Bo tak naprawdę, szycie torebki to tylko pretekst. Żeby się spotkać, pożartować z facetów, napić się dobrej kawy i poplotkować. Dziewczyny przychodzą z koleżankami, z dziećmi lub same i nikt chyba nie da rady wysiedzieć kilka godzin nie nawiązując znajomości z innymi. Szczególnie, że Marcelina potrafi stworzyć luźną atmosferę, w której nie ma głupich pytań i nie ma nieodpowiednich tematów do rozmów.

mana_szymkowiak

mana2_szymkowiak

3. Uszyjesz sobie rzecz jedyną w swoim rodzaju

No dobrze, tak naprawdę o szycie też chodzi. Poza tym, że wszystkie szyjemy z takiego samego materiału, to każda z nas ma wpływ na wybór dodatków. Chcesz coś w kolorze? Dobierz kontrastujący zamek błyskawiczny i pasek. Chcesz na ostro? Wybierz ćwieki. Kokardki? Koraliki? Ozdobny zamek? Wszystko jest i efekt finalny zależy wyłącznie od ciebie. Możesz być pewna, że identycznej torebki poza tobą nie ma i nie będzie miał nikt.

dyptyk2

4. Docenisz pracę innych

Odkąd pracuję z projektantkami wiem już, dlaczego naszyjnik, sukienka, torebka kosztuje tyle, ile kosztuje. Nie zaskakują mnie ceny, częściej dziwię się, że tyle osób nie ceni pracy innych. Ile zachodu, czasu i energii jest potrzebne, żeby spod igły wyszedł produkt finalny, ten tylko się dowie, kto choć raz trafi do pracowni z prawdziwego zdarzenia. Posłucha o projektowaniutorebka_mana konstrukcji, nieudanych prototypach, o pułapkach szycia. Całe to zaplecze, na pierwszy rzut oka, jest nie do ogarnięcia. Ale są osoby, którym mimo wszystko to się udaje. Z genialnym skutkiem.

Tym bardziej cieszę się z mojej super-nery, którą szczególnie upodobałam na przejażdżki rowerowe.

Dzięki Marcelinie za zaproszenie na warsztaty, a Mice Szymkowiak za zdjęcia! 

Przeczytaj, gdy zabraknie ci tchu

Nadchodzą jak fale. Próbujesz złapać oddech, ale zalewają cię zupełnie. Wchodzą głęboko w trzewia, skręcają ci żołądek. Oślepiają, spadają jak wielotonowy ciężar na ramiona, na klatkę piersiową, tak, że każdy oddech jest wyzwaniem. Trudne chwile, momenty rozpaczy. Jestem pewna, że każdy przeżył je chociaż raz.

Takie momenty nie zostają, bynamniej, bez wpływu. I choć chciałabym, żeby to był ostatni raz, jestem pewna, że gdzieś tam na mnie jeszcze czyhają. Nie jest prawdą, że co nas nie zabije, to wzmocni. Wychodzimy z tego poobijani, z grubszą skórą, ale… ja wiem, czy nie ze sztucznie wybudowanym pancerzem, wbrew pozorom jeszcze bardziej podatni na zranienie. Wyczekujący ciosu.

Nie jestem pewna, czy nie unicestwiamy jakiejś fajnej części nas. Czy w miejsce wrażliwości nie wpuszczamy zbyt wiele dystansu, podejrzliwość w miejsce zaufania. Kasujemy piękne wspomnienia, bez których przeszłość jest… no właśnie. Jaka?

Piszę ten tekst dla siebie. Na wypadek, jakby się okazało, że zostawiłam gdzieś po drodze to, co najbardziej cenię w sobie i innych. Gdybym się poddała i nie chciała już więcej wpuszczać słońca do mego domu, niech ten tekst będzie przypomnieniem. Jeżeli do mego życia wkradnie się za dużo cienia i słabości, mam pamiętać, że…

Dobry człowiek widzi dobre znaki. Nie kieruj się złym doświadczeniem, nie myśl, że wszystko się spieprzy, jak nie teraz, to później, że za rogiem czyha niebezpieczeństwo. Pokazuj innym dobre rzeczy, chwal sukcesy, doceniaj małe, ale szczere gesty,

Zanim osądzisz innych, popatrz na własne ślady. Zobaczysz dużo potknięć i kroków w bok z obranej drogi. Zamiast łatek, rozdawaj uśmiechy, przyglądaj się z empatią i zainteresowaniem. Bądź ciekawa nieznajomego, dziel się tym, co masz, rozmawiaj.

Świat to ogromna biblioteka. Wiedza jest schowana w każdej rzeczy, w każdym doświadczeniu. Zamykając się w sobie, podążając tylko przetartymi szlakami, nie będziesz mieć okazji do rozwoju. Nie bądź zaborcza, ale sięgaj po nowe. Oswajaj nieznane w swoim tempie i nawet, jeżeli to zajmie dłużej, niż innym – nie rezygnuj.

okladka_tekstu

Dom to miejsce, gdzie czujesz się dobrze i bezpiecznie. Dokąd chcesz wracać, przebywać. To człowiek lub ludzie, z którymi nie musisz rozmawiać, żeby czuć wspólnotę. Może nie być trwały, dlatego nie trać czasu i ciesz się każdą chwilą w domu.

Nie bierz siłą tego, czego nie możesz zdobyć miłością i uwagą.

I na koniec. Chcę, żebym pamiętała, że wszystko to nie zagwarantuje mi szczęścia. Czasami wydaje mi się, że wręcz odwrotnie, że będąc fair wobec siebie i innych jest jakoś trudniej w tym świecie. Ale wierzę, że pozostawia otwartą furtkę. Dla rzeczy fajnych, ludzi dobrych i przeżyć wartych zapamiętania.

Trzymaj się i pamiętaj: jesteś wyjątkowa.

5 kroków do pewności siebie za kółkiem

Zdałaś egzamin na prawo jazdy? Być może nawet za pierwszym razem (gratuluję!), ale teraz, gdy masz już własne auto i zaczynasz jeździć zupełnie sama, czujesz tak duży dyskomfort psychiczny, strach i kołotanie serca, że dalej wolisz dojeżdżać do pracy autobusem? Ten tekst jest dla ciebie, bo wiem, co czujesz. Ale najważniejsze, że wiem też, jak przestać bać się jeździć i zacząć czerpać z tego przyjemność.

samochod

Nigdy nie sądziłam, że długa podróż samochodem stanie się kiedyś dla mnie przyjemnością i fajną przygodą. 

Zacznę od mojej historii. Prawo jazdy otrzymałam w grudniu 2002 roku. Na ulicy leży śnieg, a zimowe słonce oślepia mnie na każdym większym skrzyżowaniu. W ośrodku egzaminacyjnym panuje lekki chaos, bo od 1 stycznia mają wejść nowe zasady egzaminów, których nikt do końca nie rozumie. Instruktorzy pohukują na kursantów, egzaminatorzy irytują się nawet najmniejszym błędem. Mój tata czeka zdenerwowany na ławce przy placu, a świadomość, że może być świadkiem mojej kompletnej porażki zupełnie mi nie pomaga.

No i udało się, za drugim razem wprawdzie, ale student bez poprawki jak żołnierz bez karabinu, prawda? Okazuje się jednak, że egzamin, to dopiero początek. Teraz trzeba usiąść za kółkiem i… jechać. Po kilku bardzo stresujących przejazdach oraz sytuacji, gdy ojciec wyrywa mi kierownicę z rąk, bo wydaje mu się, że nie panuję nad autem, przesiadam się na miejsce pasażera i chowam moje prawo jazdy. Na 12 lat. 

Jest kwiecień 2014. Siąpi deszcz, na ulicach Trójmiasta godziny szczytu, a ja jadę moją shiny Ibizką. Godzinę temu odebrałam ją od poprzedniego właściciela.  Jadę powoli, adrenalina szumi mi w uszach, nie zauważam połowy znaków, mijanych po drodze. Serce wali jak szalone. Ten stan będzie mi towarzyszyć jeszcze przez kilka miesięcy, za każdym razem, gdy mam ruszyć autem w miasto. Dzisiaj, nieco ponad rok od tego momentu, mam za sobątysiące kilometrów i jazda autem jest dla mnie czystą przyjemnością. Jak to się stało?

dyptyk_samochod

Dzięki temu, że do Grecji zabrałam swoje auto, mogłam dotrzeć do najpiękniejszych widoków i najciekawszych miejsc. 

Krok 1. Ucz się jeździć. Sama!

Jeżdżąc z instruktorem nie nauczysz się dobrze jeździć. Nie nauczysz się podejmować samodzielnych decyzji, podświadomie odpowiedzialność za błędy przerzucasz na instruktora, który przecież powinien zareagować zawsze, gdy coś pójdzie nie tak. To poczucie bezpieczeństwa jest zgubne i uzależniające.

W pierwszych miesiącach jeździłam autem wszędzie. Dosłownie! Nawet do pracy, choć miałam niecałe 2km. Po drodze musiałam skręcić w prawo (łatwe), potem w lewo (trudniej), przejechać skrzyżowanie bez świateł (uwaga na pierwszeństwo) i przecisnąć się miedzy zaparkowanymi na drodze samochodami. Proste? Teraz już tak, ale wtedy tak nie myślałam. Te przejażdżki traktowałam jak codzienną lekcję jazdy, tylko reagować i podejmować decyzje musiałam sama.

Stawiaj sobie zadania do zrealizowania: pojedź do sklepu inną drogą, niż zazwyczaj; przejedź się obwodnicą; zmieniaj pas, gdy przed tobą wlecze się autobus. Nie od razu wszystko, ale stopniowo wprowadzaj elementy, których dotychczas unikałaś. Z czasem wejdą ci w nawyk.

Krok 2. Your car is your castle

…czyli wolnoć Tomku w swoim autku.  Pamiętaj, to ty rządzisz w aucie, którym kierujesz. Jeżeli przeszkadza ci muzyka lub rozmowy pasażerów, poproś o ściszenie. Przed odjazdem sprawdź wszystkie lusterka, wysokość kierownicy, fotela, ustaw je tak, żebyś się czuła wygodnie. Usuń dyndające zawieszki, jeżeli cię rozpraszają. Zawieś maskotkę, jeżeli ci pomaga. Przez pierwszy miesiąc przy wsiadaniu za kółko zakładałam trampki i wyłączałam radio, bo tak czułam się lepiej. Teraz odpalam muzykę na full i jeżdżę na obcasach, nie pamiętam nawet, kiedy doszło do zmiany.

Bardzo pomocna była dla mnie nawigacja. Początkowo, kiedy musiałam gdzieś dojechać, sprawdzałam drogę na Google Maps. Najbardziej mnie przerażały lewoskręty i duże skrzyżowania z torami tramwajowymi, starałam się więc wybrać taką drogę, żeby ich uniknąć.

inthecar

Fajna ekipa w twoim samochodzie to pół sukcesu. Podczas dłuższych podróży graliśmy w zmodyfikowaną wersję miasta-państwa, razem szukaliśmy drogi, dużo rozmawialiśmy. Na zdjęciu: bijemy rekord, ile osób się zmieści do mojej Ibizki!

I jeszcze jedno: nie sadzaj obok tych, co cię irytują. Uwierz mi, lepiej będzie ci się jechało zupełnie samej, niż z ciągle (być może nawet z dobrych chęci) pouczającym cię tatą czy chłopakiem. Jednocześnie podglądaj  innych. Tak się nauczyłam m.in. parkować równolegle. Nie od razu, wiele razy się poddałam, ale jeszcze więcej razy próbowałam jeszcze i jeszcze raz. Podglądałam Hiszpanów, którzy potrafią się wcisnąć wszędzie, parkowałam wśród Greków w najbardziej dziwnych miejscach, bo inaczej się nie dało. Podglądam jak jeżdżą moi bliscy, a potem najlepsze patenty włączałam do mojej jazdy.

Krok 3. Faceci jeżdżą jak łajzy!

W Polsce panuje przekonanie, że kobiety jeżdżą jak baby, a mężczyźni przypisują sobie wrodzone umiejętności kierowania wszystkimi pojazdami. Stop. Nie pozwól sobie tak myśleć. Faceci równie często, co kobiety, jeżdżą jak łajzy: źle zaparkują, wymuszają pierwszeństwo, zagapią się, wloką się lewym pasem jezdni. Z tą różnicą, że mamy jakieś dziwne przyzwolenie błędy kobiet tłumaczyć „uwaga, baba za kierownicą!”, a panowie, nawet jak wtopią, mają tendencję do wypierania się swoich pomyłek.

Od mężczyzn możemy się uczyć pewności siebie. Ze świeżym prawkiem w ręku czują się jak rajdowcy, a przecież jeszcze długa droga przed nimi, jeśli chodzi o dobrą i bezpieczną jazdę samochodem.

dyptyk-2

Dłuższe wyjazdy nauczyły mnie więcej, niż instruktor

Krok 4. Jedź w długą podróż. Autem!

W pierwszym miesiącu mojej jazdy zrobiłam ponad 1000km trasą Gdynia – Wilno – Gdynia. Jadąc do Wilna bałam się jechać szybciej niż 90km/h, o wyprzedzaniu w ogóle nie było mowy. Wracając tę samą drogę przebyłam o 2h szybciej i zdarzyło mi się wyprzedzić nawet ciężarówkę. Dwa miesiące później przemierzyłam całe południe Hiszpanii wynajętym autem. Pomimo wąskich uliczek, serpentyn i zatłoczonych autostrad, oddałam je w idealnym stanie.

Te dwa samochodowe wypady nauczyły mnie więcej, niż instruktor, niż codzienna jazda po mieście. Później, gdy zaczęłam planować wyjazd do Grecji, wiedziałam już, że długa droga mi nie straszna. I że dam radę, choć wiele osób mi mówiło, że oszalałam.

dyptyk-1

Podróżowanie samochodem też może być przygodą, przekonałam się o tym nieraz.

Krok 5. Jesteś pełnoprawną uczestniczką ruchu drogowego

Już w pierwszych tygodniach za kółkiem czekała mnie duża niespodzianka. Nie spodziewałam się, że na trójmiejskich ulicach spotkam się z taką dozą wyrozumiałości dla początkującego kierowcy! Ale żeby o tym się przekonać, musiałam zrobić ten pierwszy, trudny krok – wyjechać z mojego bezpiecznego parkingu.

Życzę więc tym jeszcze pełnym obaw przed samodzielną jazdą wytrwałości. Jeżeli mi się udało, uda się i wam!

Bądźmy trochę jak Bono

Miałam sen. Piękny sen o blogosferze zmieniającej świat. Blogerkach i blogerach, którzy obok mieć stawiali być. Słucham właśnie w TOK FM rozmowy z Anną Kowalczyk, znaną jako Boska Matka, i uśmiecham się do siebie. Ten sen nie jest już mrzonką.

rockstar

Blogerzy inspirują. Rozmawiamy o tym przy okazji każdej konferencji, każdego blogerskiego spotkania. Wsadzają kije w mrowiska, motywują do zmian, informują, bawią. Jesteśmy bardziej autentyczni, niż gwiazdy z telewizji czy dziennikarze, możemy mówić wprost, nie musimy oglądać się na redaktora naczelnego, bo sami sobie wyznaczamy blogowe cele i drogę do nich. Coraz częściej mówią o nas, że mamy wpływ na decyzje internautów – co ugotować, jakie buty kupić, dokąd wybrać się na wakacje. Mamy wpływ.

Wpływowy bloger jest trochę taką rockstar przed rozentuzjazmowanym tłumem. Na rzucone ze sceny Jak się bawicie? najprawdopodobniej otrzyma odpowiedź taką, jaką chce usłyszeć. Może kierować zachowaniem ludzi pod sceną – od rozkręcenia imprezy po zachowania destrukcyjne (niesławne Wiecie, co macie z nim zrobić). Pozostaje więc tylko pytanie, jak tę siłę wykorzysta.

Konrad Kruczkowski, autor Halo Ziemia, wygłosił na See Bloggers bardzo ważną i osobistą prelekcję. Opowiadał, między innymi, o cenie bycia blogerem zaangażowanym. Cena, jak się okazuje, jest wysoka, zarówno w sferze finansowej, jak i w takim życiu codziennym. Świadomie i konsekwentnie odmawia sponsorom i agencjom, wierząc, że dzięki temu zachowa wiarygodność i zupełną niezależność. Otwarcie przyznał, że nie wie, jak długo jeszcze będzie istniał jego blog. Życzę, aby jak najdłużej.

[grey_box]

Gdy mówię o sukcesie w blogosferze, mam na myśli realny wpływ na rzeczywistość, a nie pieniądze.

(Konrad Kruczkowski, Halo Ziemia)[/grey_box]

Wybór Konrada jest tylko jedną z możliwych dróg. O tym, że można być zaangażowanym blogerem z pasją i dobrze zarabiać świadczy chociażby przykład Michała Szafrańskiego, autora bloga Jak oszczędzać pieniądze. Michał jednak już od początku miał jasno określony cel: nauczyć Polaków bogacenia się. O wiele częściej dobre rzeczy są skutkiem ubocznym bloga. Cytuję tu Agnieszkę Kalugę, piszącą Zorkownię, która z dnia na dzień stała się ambasadorką wolontariatu. Anna Skura, autorka WhatAnnaWears, blogerka modowa, potrafiła przemycić w swoich treściach szczerą troskę o gambijskie dzieci. Natalia Hatalska swoimi materiałami On/Off dołożyła solidną cegiełkę do szerzenia tolerancji. Takie przykłady mogłabym mnożyć, bo blogerzy nawet ze znacznie mniejszymi zasięgami potrafią zdziałać bardzo dużo.

Blog Forum Gdańsk 2013 było pierwszą branżową imprezą, na której obok wiecznie żywego tematu zarabiania, bardzo dużo czasu poświęcono idei społecznego zaangażowania. Po raz pierwszy z cienia wyszli blogerzy, którzy mają misję. Dyskusja wokół blogosfery przeniosła się z poziomu technikaliów na poziom idei. To był bardzo odważny krok i, tak na marginesie, dowód na to, że Blog Forum wciąż wyznacza kierunki rozwoju blogosfery. To wtedy zaczęliśmy rozmawiać o wzorach i normach, którymi powinni się kierować blogerzy. Zaczęliśmy kreować etos blogera.

Ktoś mi niedawno wypomniał, że nie powinnam nikomu mówić, jak ma realizować siebie. Pytałam, czy blogerzy nie mogliby wykorzystać swojego potencjału do zrobienia czegoś dla innych. Po co? – odpisałOdpowiadam więc. Bo mogę. Bo mam możliwość. Bo mam pomysł. Bo, i tak uważam, jest to istotny element wspomnianego wyżej etosu blogera. Skoro mówimy, że bloger powinien być profesjonalny, szanować czas innych (agencji, marek, współpracowników), tworzyć jakościowy produkt, to do tej listy oczekiwań dodałabym też, że powinien zrobić coś na rzecz lepszego świata. Jeżeli cały swój potencjał przekuwa jedynie na sukces finansowy, z perspektywy społeczeństwa jest to potencjał zupełnie zmarnowany.

[grey_box]

Piszemy blogi z ekshibicjonizmu, chcemy być widziani i czytani. Ale na misję też jest miejsce.

(Joanna Pachla, Wyrwane z kontekstu)[/grey_box]

Nie namawiam blogerów do porzucania swojego pomysłu na sukces w blogosferze. Piszmy, twórzmy, dbajmy o swój rozwój, zarabiajmy jak najwięcej. Ale wierzę, że w solidnym blogowym biznesplanie znajdzie się też miejsce na misję. Jeżeli jesteśmy gwiazdami rocka, to bądźmy trochę jak Bono.

6 opowiadań o Gdańsku

Przechadzam się Mariacką i przeżywam de ja vu. Spoglądam na fasady kamienic, choć jeszcze nie wiem, czego mogłabym szukać. To samo czuję, gdy zapuszczam się w betonowy las bloków Żabianki. Mija chwila, zanim uświadamiam sobie, że już tu kiedyś byłam. 

narracje-okladka

Nie ma lepszego sposobu na zwiedzanie jak przeczytanie książki, której fabuła rozgrywa się w danym miejscu. Zwykły spacer śladami bohatera dobrej powieści nabiera nowego wymiaru. Tak, byłam tu już wcześniej. W momencie, gdy moja wyobraźnia rysowała topografię miejsca wydarzeń podczas lektury Narracji.

narracje

Gdańsk. Powiedz, z czym ci się kojarzy? Jeżeli jesteś z innego miasta Polski, to prawdopodobnie z morzem, Neptunem na Długiej, Westerplatte. Jeżeli jesteś z innego kraju, najprawdopodobniej odpowiesz, że z Wałęsą, Solidarnością. Niezależnie od tego, skąd jesteś, prawdopodobnie przypomnisz sobie kilka faktów historycznych. Takich z książek.

Uzasadnione jest więc pytanie, które zadali sobie pomysłodawcy Narracji – czy można pisać o tym mieście w sposób oderwany od historii? Bez przywoływania traumatycznych losów? Odpowiedzią są Narracje. 6 opowiadań o Gdańsku napisali Piotr Czerski, Daniel Odija, Anna Klejzerowicz, Barbara Piórkowska, Jakobe Mansztajn, Tadeusz Buraczewski.

Z opowiadań wyłaniają się trzy twarze miasta. Pierwszy – miasto młodych ludzi. Żądnych przygody, eksperymentujących, nawiązujących przyjaźnie, również takie na całe życie. Daniel Odija snuje nieco surrealistyczną opowieść o życiu studenckim. Jakobe Mansztajn opowiada o paczce młodych chłopaków, którzy popadają w tarapaty, bo ich pomysł na wakacyjną rozrywkę balansuje na granicy prawa. A w tle – szum morza i krzyk mew.

Drugi – miasto sztuki. Odważne współczesne instalacje, przypadkowe odkrycia, postindustrialne przestrzenie, które wręcz wołają o twórcze zagospodarowanie.

Trzeci – miasto tajemnic. Pod skórą rzeczywistości żyją wspomnienia, dzięki jakiejś nadprzyrodzonej sile przyjmują nadzwyczaj realne kształty, materializują się. Anna Klejzerowicz opowiada historię obłąkania. A może to historia miłości? To, co niedotykalne, opisuje też Piotr Czerski i Barbara Piórkowska. Te opowiadania pachną drewnianą klatką schodową, skrzypią nienaoliwionymi drzwiami, mają widok na brukowane ulice.

Lektura Narracji była dla mnie ogromną przyjemnością. Przekopywanie czasu mogłoby być o mnie. Chłopaków z Krótkiej historii kinematografii mogłam spotkać, gdy mieszkałam na Żabiance. Bardzo lubię takie tajemnicze historie, jak Pejzaż z wozem konnym. Inne trzy opowiadania przemówiły do mnie trochę mniej, ale każda opowieść jest inna, tak jak pochodzenie i doświadczenie autorów.gdn_instagram

Wspomniałam, że Narracje miały odpowiedzieć na pytanie o istnienie literackiej przestrzeni w oderwaniu od historii i skomplikowanych losów regionu. Ale czy to nie jest przypadkiem jak z warstwami geologicznymi? Możemy wykopać dół i płakać, że gdzieś tam leży coś zniszczonego i nie zauważać tego, co odsłaniają warstwy późniejsze. A możemy spojrzeć na przekrój i z każdej wziąć to, co jest w danym momencie potrzebne.

Tak też jest w tej antologii. Pojawiają się tu odniesienia i do Wolnego Miasta Gdańsk, i do stoczni, brzmią niemieckie słowa, rosyjskie imiona. Jednocześnie nic nie jest obce, wszystko jest gdańskie. W tym widzę urok tego miasta i duży atut omawianego tomu. Bardzo szkoda, że książka nie była i nie jest dostępna w regularnej sprzedaży, egzemplarze trafiły do bibliotek i instytucji kultury. Jest to lektura na jeden wieczór, ale zapewniam, że zostaje w pamięci na długo.

Czy metoda „małych kroków” ma sens?

Nawet małe zmiany i ulepszenia są warte wprowadzenia. Krok po kroku, w miarę swoich możliwości i czasu, – mniej więcej tak opowiadał na jednym ze szkoleń Jacek Kłosiński. Teorię małych kroków można stosować w dowolnej sferze: życia osobistego, rozwoju zawodowego, ulepszania produktu. Ma ona jednak tyleż zwolenników, co przeciwników. Czy filozofia „małych kroków” ma sens?

Kiedy małe nie wystarczy

Jednym z krytyków tej teorii jest Maksim Kac, moskiewski radny, działacz społeczny i bloger. W swoim tekście o „absurdalności teorii małych kroków” dowodzi, że małe działania nie prowadzą do rozwiązania problemu: sprzątanie tylko w swojej najbliższej okolicy nie spowoduje, że całe miasto będzie czyste; pomaganie w jednym domu dziecka nie spowoduje, że w innych też będą lepsze warunki. Rozwiązanie problemu zapewni jedynie sprawnie funkcjonujący system, współdziałanie nieobojętnych obywateli i zaangażowanej władzy.

Czy na poziomie „bliższym ciału” jest podobnie? Po powrocie z Grecji stanęłam przed dużym wyzwaniem – co zrobić, żeby w swoim domu poczuć się jak w domu? Bezpiecznie, miło, bez złych wspomnień. Radykalny krok, postawienie grubej kreski, czyli przeprowadzka lub zupełna zmiana aranżacji przestrzeni prawdopodobnie rozwiązałoby problem.

Małe kroki są bezpieczniejsze

Ale co robić, kiedy nie stać cię finansowo lub nie jesteś w stanie podjąć większego ryzyka, jakie zawsze wiąże się z radykalnymi zmianami? Wydaje mi się, że w tym przypadku metoda małych kroków działa: dzięki drobnym zmianom, rozpisanym na kilka miesięcy do przodu, udało mi się nie zbankrutować, a mimo wszystko poczuć się u siebie zdecydowanie lepiej.

Wydaje mi się, że metodą małych kroków można dojść do dużych zmian. Trochę to trwa, racja, ale realizowana mądrze pozwala na uczenie się i reagowanie na bieżąco, przez co mamy szansę zredukować liczbę fatalnych pomyłek do minimum. Pozwala też stopniowo oswoić się ze zmianami, wyeliminować naturalny lęk przed nieznanym nowym.

Jest tylko jeden szkopuł – żeby małymi krokami dojść do celu, trzeba mieć świadomość, dokąd się zmierza. Cel powinien być określony z jak największą dokładnością. Trzeba po prostu wiedzieć, czego się chce.

newoldstock1

Wysłanie człowieka w kosmos poprzedzało milion małych kroków. W tym udoskonalenie drobnych, ale w perspektywie czasu bardzo ważnych rzeczy

Wolniej, ale skuteczniej?

Ludzie, którzy nie są zadowoleni ze swojego życia, ale do końca nie wiedzą, dlaczego, prawdopodobnie potrzebują mniejszej lub większej rewolucji. Wstrząsu, który umożliwi świeże spojrzenie na stare sprawy. Być może okaże się, że to dotychczasowe życie wcale nie jest takie złe, wręcz przeciwnie, ale po uświadomieniu kierunku, w którym się chce podążać, można zakładać buty i ruszać w drogę. Bez tej świadomości małe kroki będą niczym innym, jak dreptaniem w miejscu.

To nie jest tylko moja teoria. Prof. Śliwerski pisał kiedyś o Felixie Baumgartnerze: wielki skok musiało poprzedzić najpierw na Ziemi tysiące małych kroków, by człowiek znalazł w sobie siłę psychiczną do jego wykonania. I przekonuje, że strategia małych kroków jest obliczona na osiąganie cząstkowych wartości w dłuższym czasie. Przygotowanie Baumgartnera do skoku trwały kilka lat, były wieloetapowe i dotyczyły najróżniejszych kwestii: kondycji fizycznej, znajomości procedur i technologii, przygotowania psychicznego. Jakkolwiek spektakularnie nie wyglądała cała akcja, Baumgartner przeszedł do historii nie dzięki swojej brawurze, lecz dzięki systematycznej pracy.

Na przykłady stosowania małych kroków w zupełnie różnych, nie związanych ze sobą obszarach powołuję się świadomie, aby pokazać uniwersalność metody.  Na koniec ponownie przywołam Maksima Kaca. Przyznaje, że nie zgadza się z teorią małych kroków. Ale jest gorącym zwolennikiem kroków dużych, średnich, mniejszych i w ogóle malutkich, pod warunkiem, że angażują i tworzą więź, budują potencjał, który w perspektywie czasu ma doprowadzić do zmiany systemowej. I trudno mi odmówić mu słuszności.

[grey_box] Czy teoria małych kroków pomogła ci zmienić coś swoim życiu? Podziel się swoim doświadczeniem w komentarzu.[/grey_box]

W chmurach. Opowieść o pewnej przygodzie

Dawno dawno temu, jeszcze gdy mieszkałam za górami i lasami w krainie siga siga, wybrałam się na przejażdżkę. Weekendowy wypad na ląd, do wielkiego świata. Spakowałam się w kwadrans i wklepałam do nawigacji nazwę miejsca, które wyszukałam w Google: Καλαμπακα. 

meteory_grecja

Z Xylokastro to tylko 400km, pomyślałam wieczór wcześniej, w weekend da radę obrócić w obie strony. Miejsce zadeptane przez turystów, myślałam już po drodze, ale skoro mam rzut beretem… Tak trafiłam do jednego z najpiękniejszych miejsc na ziemi.

kot_meteory

Jeżeli już komuś gdzieś mówiłam coś o zdecydowanie najpiękniejszym miejscu na ziemi, na przykład, gdy przemierzałam Andaluzję w czerwcowym słońcu albo gdy stałam na krawędzi kanionu na północy Armenii, to musicie wiedzieć, że Meteory, bo o nich dzisiaj chcę opowiedzieć, lądują jeszcze jeden punkt wyżej.

Ale najpierw były przygody.

przeprawa_Rio_antirio

Most Rio-Antirio mierzy ok. 3km i przejazd nim kosztuje 13e. O wiele bardziej się opłaca przeprawić promem, gdzie za auto osobowe zapłacimy 6,5e w jedną stronę. 

Do Meteor z Peloponezu prowadzą dwie drogi: można ruszyć na wschód, przez Ateny, jest to trasa dłuższa o jakieś 70km; i można pojechać na zachód, w stronę portowej Patry. Druga opcja jest zdecydowanie ciekawsza – jest tu i słynny most Rio-Antirio, i przeprawa przez zatokę, i (co ostatecznie skłoniło mnie do wybrania tej właśnie drogi) wielokilometrowe tunele w górach (autostrada Igoumenitsa-Saloniki).

Żegnam się więc z moimi współlokatorami, tankuję i ruszam, pierwszą przerwę planując gdzieś w połowie drogi. Toczę się w stronę przeprawy promowej znienawidzoną old highway, gdzie roboty drogowe trwają już od kilku lat, a pasy przejazdu wyznaczają tysiące pomarańczowych słupków i ograniczenia, których nikt nie przestrzega. Drogę tę, zwaną szumnie autostradą, przemierzyłam wiele razy w obie strony, z czasem stała się dla mnie najlepszą szkołą jazdy w stylu greckim. Szybko docieram do przeprawy promowej, łapię statek na drugą stronę i wychodzę na pokład porobić zdjęcia.

Madam? – słyszę za sobą. – Tire kaput. Miss, kaput tire!

Do mego auta podchodzi kierowca ciężarówki i wskazuje na tylne koło. Koło mojej Ibizki. Muszę wspomnieć, że gdziekolwiek się wybrałam samotnie podróżując po Grecji, dziewczyna za kółkiem samochodu z obcą rejestracją wzbudzała spore zainteresowanie. Na stacjach benzynowych wielokrotnie pytano mnie, czy na pewno diesel?, a u mechanika do wymiany koła czy wycieraczek zawsze miałam zaangażowany komplet pracowników. Dziwnym więc nie jest, że oto grecki tirowiec przygląda się akurat mojej Ibizce. I zauważa to, czego ja nie zauważyłam przez sto kilometrów: zupełnie zajechaną oponę.

No cóż, myślę, zaraz będzie jakaś stacja paliw, mam zapasowe, nic się nie stało, na pewno ktoś mi pomoże. Rechot złośliwego losu, który jak mały gremlin zataczał się dokoła mnie i mojego auta, podczas gdy godzinę później sympatyczny, sprowadzony z pobliskiej wsi mechanik oznajmia, że, po pierwsze, koło zapasowe w ogóle nie pasuje, i po drugie, opony nie da się już naprawić, musiał być epicki. Stoimy, uśmiechamy się, ja liczę stan mojego portfela, co idzie szybko, bo do liczenia jest niewiele, i muszę podjąć decyzję. Kupuję używaną oponę wątpliwej jakości i ruszam dalej, czy wracam, uprzednio kupiwszy używaną oponę wątpliwej jakości? Powrót to tylko 100km i bezpiecznie nocuję w swoim łóżku. Jechać dalej to ponad 350km trasą z nawigacji w nieznane i nocleg pod znakiem zapytania.

Prawdę mówiąc, wybór był prosty.

wymiana_kola

Mechanik przyjeżdża i odjeżdża trzy razy – najpierw próbujemy wpiąć zapasowe koło, później naprawić zepsutą oponę, ostatecznie przywozi inną, trochę już zużytą, ale z nią mogę ruszyć dalej. 

Kilka godzin później, gdy zrobi się już zupełnie ciemno, robię przerwę w przydrożnym barze. Gdzieś w środku lasu, w małej miejscowości. Dym papierosowy tak gęsty, że od razu zaczynają łzawić mi oczy. Zakaz palenia w miejscach publicznych, w tym także kawiarniach, restauracjach, knajpach, wszedł w Grecji w życie w 2009 roku. Według danych ministerstwa zdrowia, prawie połowa Greków nie wyobraża sobie życia bez dymka. Szacuje się, że na swój nałóg wydają 4,5 mld euro, czyli niemal tyle samo, co na rachunki za elektryczność.

Zaakceptowanie zakazu i prawa niepalących do oddychania czystym powietrzem, czyli proces, który w Polsce przeszedł niemal bezboleśnie, w Grecji utknął już na samym początku. Opór społeczny był tak duży, że żaden lokal nawet nie zamierzał upominać dmuchających dymem z papierosa do talerzy na sąsiednich stolikach. Cenną lekcję dostałam od znajomej greckiej nauczycielki, z którą wybrałam się raz na kawę. W lokalu pełnym nastolatków bez oporów odpalała papierosa za papierosem, strząsając popiół do podanej przez kelnera filiżanki. Formalny zakaz jest wszędzie, dlatego nie podają popielniczek – tłumaczyła. – Na pewno nie chodzilibyśmy do miejsc, gdzie rzeczywiście nie można palić!

Dym w barze skutecznie mnie zniechęca do jedzenia w środku, więc kawę i odgrzewaną tiropitę zabieram do samochodu. Sprawdzam na mapie, ile zostało do celu. Z powodu przymusowej przerwy na naprawę i wymianę opony jestem do tyłu prawie trzy godziny, a czeka mnie zjazd z autostrady i kilkadziesiąt kilometrów górskimi serpentynami aż do doliny z Meteorami. Nie jest to, na szczęście, mój pierwszy raz w takim terenie, choć pierwszy raz po zmroku. Chcę już być na miejscu.

kastraki_meteory

Wieś Kastraki położona jest u stóp najpiękniejszych skał, stąd jest rzut beretem do kilku ze słynnych monastyrów.

W ciemności mijam rozległe doliny, piękne małe kościółki na zboczach gór, zobaczę je dopiero za dwa dni, gdy tą samą drogą będę wracać do domu. Z obojętnością przejeżdżam też koło Kastraki, wsi położonej najbliżej skalistych monolitów, światło z ulic i domów nie dociera dalej niż kilkaset metrów i góry w nocy są zupełnie niewidoczne. Mieszkając w Xylokastro przyzwyczaiłam się do ciemności. W całej kontynentalnej Grecji ponadstutysięcznych miast jest tylko dziewięć. Podróżując po tym kraju w nocy zaczynasz doceniać każdą działającą latarnię, bo przy braku poświaty dużych miast ciemność jest nieprzenikniona, niemal gęsta i lepka.

Dojeżdżam do Kalampaki (po grecku: Kalabaka, zestawienie liter mp wymawiane jest dźwięcznym b), odnajduję mój pensjonat i padam spać. Ze zmęczenia nie słyszę nawet buczącej przez całą noc klimatyzacji, która w zimniejsze miesiące w tanich hotelach służy do ogrzewania pomieszczeń.

meteory_widok_z_okna

Rano budzik dzwoni przez kilka minut. Z dużym trudem udaje mi się wyłączyć kilka drzemek, z jeszcze większym wygrzebuję się z pościeli. Otwieram balkon, żeby wpuścić trochę świeżego powietrza. I wstaję jak wryta! Z okna, z balkonu, widzę skaliste ściany, po których spływa miękkie światło wschodzącego słońca. Szybko zaglądam do internetu, bo byłam przekonana, że Kalampaka jest położona kilka kilometrów od Meteor.

Miss, weź taksówkę i zobaczysz wszystkie klasztory w godzinę – dostaję od właścicielki pensjonatu małą mapkę okolicy. Czasy, gdy (jeżeli wierzyć legendzie) do monastyrów można było się dostać jedynie wspinając się trzeszczącą plecioną drabiną lub dając się wciągnąć przez mnichów w dużym koszu, dawno minęły. Wprawdzie w przewodniku czytam, że system ten funkcjonował jeszcze do połowy XX wieku, trudno mi uwierzyć, że w miejscu, gdzie dzisiaj jest asfaltowa droga, nie było wtedy chociażby najzwyklejszej ścieżki.

meteory-klasztory

droga_do_meteor

Krajobraz jest nie z tej ziemi. Do Meteor ciągną tłumy pielgrzymów i turystów, jedni w poszukiwaniu wyciszenia i oświecenia w wiekowych klasztorach, inni pragnąc poznać bogatą kulturę sakralną. Ta rozwijała się tu przez wieki. Początki podniebnych monastyrów historycy datują na połowę XIV wieku, kiedy św. Atanazy wzniósł się na skrzydłach orła na najwyższą ze skał i postanowił zbudować na niej niedostępny dla zwykłych śmiertelników Μεγάλο Μετέωρο – Wielki Meteor, Klasztor Przemienienia Pańskiego. Oprócz niego dzisiaj obejrzeć można pięć innych, normalnie funkcjonujących klasztorów. Do każdego z nich prowadzi wygodna droga, czasami tylko trzeba wspomóc się schodami.

megalo_meteora

wielki_meteor

meteory_widok

Meteory są miejscem, które jednocześnie zachwyca i trochę rozczarowuje. Poszukujący oświecenia mogą być zawiedzeni przede wszystkim brakiem warunków do uniesień duchowych. W sezonie, a ten zaczyna się w Grecji dość wcześnie, klasztory huczą głosami turystów i klaksonami autokarów. Dlatego, żeby w spokoju przyjrzeć się malunkom ściętych przez tureckich najeźdźców głów świętych, posłuchać tubalnego śpiewu zakonników, zapalić świeczkę na wejściu bez przepychania, trzeba tu przyjechać zimą.

monastyr_swiece

W drugiej połowie listopada pogoda jeszcze dopisuje, choć w nocy temperatura spadła do zera i musiałam zakładać na siebie wszystko, co miałam ze sobą, a miałam niewiele – w tym czasie wybrzeże Xylokastro grzało się w słońcu, a ostatni turyści pluskali się w morzu. Jak Grecja długa i szeroka, na zmiany pogody trzeba być przygotowanym. Jeżeli w marcu półwysep Mani rozkwita wszystkimi kolorami tęczy, to kilkadziesiąt kilometrów w głąb Peloponezu będzie leżał jeszcze śnieg, a zbocza Tajgetu będą pokryte solidną puchową kołdrą. Wczesna wiosna to słoneczna plaża na południu i narty w centralnej Grecji.

spodnica_monastyr

Wchodząc na teren klasztoru pamiętaj, żeby wyglądać skromnie. Nie ważne, jak bardzo byś chciała zostać w podniebnej twierdzy, zapomnij o dekolcie, krótkich spodenkach, a nawet zwykłych jeansach – na wejściu dostaniesz powłóczystą spódnicę, która skutecznie odpędzi wszelkie kosmate myśli na twój temat.

DSC_6011-1sm

meteory-widok

Czymże byłaby Grecja bez kotów

widok_z_gory

Asfaltowa droga prowadzi prawie na sam szczyt skały. Pod tym względem Grecy są niesamowici – wybudują drogę na każdą górę, jeżeli z jakichś powodów będą musieli na niej bywać częściej. Na sugestie, że po górach można wędrować, większość patrzy z niedowierzaniem, a na pomysł zdobycia, na przykład, któregoś ze szczytów Tajgetu, prawie każdy Grek popuka się w czoło. W greckich górach próżno szukać wytyczonych szlaków – pojedyncze znajdziemy może w okolicach Olimpu, ale są one tworzone już z myślą o zwariowanych turystach przez lokalne przedsiębiorstwa, działające w branży turystycznej.

Podobnie w Meteorach. Urokowi okolicy bardzo trudno się oprzeć, chcesz spakować kanapki, wziąć kijek i wyruszyć śladem pradawnych pustelników. Ale w sposób cywilizowany nie masz za bardzo jak. Drogi, prowadzące do monastyrów nie mają nawet normalnego pobocza dla tych, co w swoim nieogarniętym rozsądnym umysłem szaleństwie chcą dotrzeć na górę o własnych siłach.

widok_gory

swiety_obrazek_meteory

grecka_flaga

widok_Z_tarasu

Οχι, not Germania! – powtarzam już bez emocji. Początkowo próbowałam tłumaczyć, że Polska, Poland, Πολωνία, ale za dwudziestym siódmym razem przestaję. To dopytywanie się, czy przypadkiem nie jesteś z Niemiec, stało się trochę męczące, tak, jakby Niemcy były jedynym krajem w Europie. Siedzę w barze souvlaki i czekam na pitę z mięsem. Duży Grek w poplamionym tłuszczem fartuchu łypie na mnie spode łba. Gut, Merkel kaput – rzuca w moją stronę i pokazuje charakterystyczny gest poderżnięcia gardła. Są miejsca, gdzie niechęć do Niemiec jako kraju najbardziej winnego sytuacji gospodarczej w Grecji, jest bardzo zauważalna. Szczerze współczuję moim współlokatorom-Niemcom, którzy pracując w przedszkolu nasłuchali się od dzieciaków różnych bzdur o swoim narodzie. Jednocześnie nikt ich osobiście nie utożsamia z diaboliczną Merkel, tak jakby ci „oswojeni” Niemcy w ogóle nie byli Niemcami. Ale wystarczy wyjść na piątkowy targ albo usiąść posłuchać staruszków przy porannej kawie, żeby znowu usłyszeć już ja wiem, kto doprowadził Grecję do bankructwa!

Grek w brudnym fartuchu podaje mi najlepsze souvlaki, jakie jadłam. A może po prostu jestem strasznie głodna, po godzinach wtłaczania do płuc świeżego powietrza na szczycie skał. Wyciąga też z kieszeni jabłko i kładzie mi na stole.  For free – słyszę. Grecy. Kto ich zrozumie?

dual3-napis

taras_klasztoru

DSC_6109-1sm-napis

Zachodzące słońce obserwuję z urwiska z widokiem na jeden z żeńskich klasztorów. Po prawej mam dolinę z rozsypanymi klockami domków Kalampaki i srebrzącą się rzeką w oddali. Na horyzoncie odległe góry. Błoga cisza, lekki wiatr i odczuwalnie spadająca temperatura powietrza. Stoję i chłonę obraz zupełnie magiczny. Na myśl przychodzi mi jeden z obrazów Beksińskiego i ten świat staje się jeszcze bardziej odrealniony. Takim go chcę zapamiętać.

Następnego dnia opieram się pokusie, żeby zostać tu dzień dłużej i ruszam w drogę powrotną. Moją Ibizkę pokrywa solidna warstwa kurzu, obiecuję jej, że jak teraz nie będzie kaprysić, to zafunduję jej prysznic po powrocie. Mała spisuje się tym razem na medal i choć po drodze przystajemy jeszcze kilka razy obejrzeć widoczki, do Xylokastro docieram bez przygód i w zaplanowanym czasie.

ibizka_w_meteorach

Hej, to już koniec tej opowieści, jeżeli dotrwaliście aż do tego miejsca – gratuluję i dziękuję! Jestem ciekawa, jak wy zapamiętaliście Meteory. Zwiedzaliście, byliście przejazdem, a może robiliście w tym miejscu coś zupełnie niecodziennego? Piszcie, bo jestem pewna, że jeszcze tam wrócę i chętnie skorzystam z waszych sugestii i rad.

Grecja, a dokładniej Peloponez, był moim domem przez pół roku. Coselfie na kanale isthmia mnie urzekło i co udało mi się zobaczyć, przeczytacie na Peloponez Jak Malowany, tworzony z myślą o wszystkich, kto planuje wyjazd do tego kraju. Zachęcam do dzielenia się swoimi wrażeniami i doświadczeniami!

Sarajewo. Ostatni przystanek w podróży

Są momenty, które chcesz chłonąć. Gdy szkoda ci czasu na wyciąganie aparatu, szczególnie, że na zdjęciu nie da się uwiecznić tego, co najważniejsze: atmosfery, luzu, wzruszenia i przemyśleń. Tak było, gdy dotarliśmy do Sarajewa – po długiej, męczącej drodze czekało na nas żywe, gwarne i prawdziwe miasto. Nie zepsute jeszcze przez turystów, miasto, które można odkrywać przez pryzmat wielu wymiarów: wielości religii, bogatej historii, krwawej wojny, ale też bałkańskich smaków i życzliwych ludzi. 

Do stolicy Bośni i Hercegowiny docieramy późnym wieczorem piątego dnia podróży. Zarezerwowana kawalerka w zaułku słynnej Baščaršiji czeka z kluczem w drzwiach. Próżno rozglądam się dokoła – właściciela ani nikogo innego nie widać. Ważne jednak, że jest i że możemy w końcu odpocząć.

sarajevo

Rano zza okna słychać nawoływania muezina. Otwierają się pracownie, małe sklepiki i kawiarnie – jesteśmy w samym sercu starego miasta, wschodniej części Sarajewa, przecznicę dalej zaczyna się ulica Logavina, której mieszkańcy stali się dla mnie przewodnikami po Sarajewie.

Kontrasty

[grey_box]Na ulicy Logavinej wznoszą się trzy meczety o białych minaretach, sterczących ponad charakterystyczną sarajewską linię dachów. W promieniu kilku przecznic znajduje się stara cerkiew prawosławna, katedra katolicka i muzeum żydowskie.*[/grey_box]

Według historyków, islam do Bośni i Hercegowiny dotarł w XV wieku wraz z podbojami osmańskimi – nową religię przyjmowali Słowianie, od stuleci zamieszkujący te tereny. I rzeczywiście – na ulicach Sarajewa dziewczyny noszące chusty rzadko mają orientalne rysy. Przez setki lat w Bośni były obecne różne religie. Według spisu ludności w 1991 roku 44% ludności stanowili muzułmanie, 31% – prawosławni, 17% – katolicy. Pikantna potrawa w bałkańskim kotle religijno-kulturowym po cichu bulgotała przez bardzo długi czas, a doprawiały ją kolejne mocarstwa – od osmańskiego imperium zaczynając, na amerykańsko-rosyjskiej przepychance o wpływy kończąc.

W konstytucji z czasów Tity, z początku lat siedemdziesiątych, Muzułmanie w Jugosławii otrzymali status narodu i w tym znaczeniu słowo to pisane jest z dużej litery, w odróżnieniu od określenia wyznawców islamu, pisanego małą. Bośniackich muzułmanów określa się też nazwą Boszniacy. Tym sposobem mamy w Bośni i Hercegowinie trzy narody: Boszniaków, Serbów i Chorwatów. Co ciekawe, spis ludności w 1991 r. był ostatnim, jaki przeprowadzono w kraju.

sarajevo-tramwaj

Architektura miasta również odzwierciedla kolejne następujące po sobie epoki podlegania różnym imperiom: historyczna dzielnica tureckich bazarów, będąca spadkiem po imperium osmańskim, dalej okazałe różowe i żółte gmachy ze zdobieniami charakterystycznymi monarchii austro-węgierskiej, jeszcze dalej betonowe bloki, dobrze znane i nam z czasów komunistycznych.

Zbocza gór

W drodze do Sarajewa zaskoczyła nas pogoda. Gdy rano wyjeżdżaliśmy ze słonecznego Dubrownika, nikt nawet się nie spodziewał, że dolinę, w której położona jest stolica Bośni i Hercegowiny, otacza prawdziwa zima (przypomnę, że była to połowa kwietnia). Szczyty gór pokrywały śnieżne czapy. A ich zbocza – białe groby.

[grey_box]Na muzułmańskim cmentarzu w górnej części ulicy Logavinej od początku wojny przybyło pięćset sześćdziesiąt jeden nowych grobów.[/grey_box]

logavina2

Logavina-groby

Gdziekolwiek się nie spojrzy, w oddali na zboczach dojrzysz kolejne, niekończące się białe nagrobki. Szacuje się, że w mieście w czasie oblężenia zginęło lub zaginęło około 10 tysięcy osób. Ludzie ginęli w pojedynkę, od kul snajperów, umierali w towarzystwie sąsiadów i znajomych, trafieni granatami moździerzowymi, nie wracali z kolejki po wodę. Największą tragedią była masakra na rynku Markale, kilka minut spacerem od Logavinej. Niektórzy uważają, że gdyby do niej nie doszło, nie byłoby interwencji NATO i później także Dayton, a przynajmniej nie w 1995 r.

sarajevo-srebrenica

W czasie wojny stanęły wszystkie miejskie zakłady produkcyjne, z wyjątkiem browaru i fabryki papierosów. Brakowało słodu, więc Sarajevska Pivara warzyła z ryżu erzac piwa – serwowano go w punkcie poboru wody tuż przy browarze. W mieście panował niedobór wody, ponieważ główne ujęcie wody pitnej przeszło w ręce Serbów. Ci, co nie mieli na wyposażeniu własnej studni, korzystali z jednego z publicznych punktów, czerpiących wodę z ujęcia w miejscowym browarze. Ludzie ustawiają się w kolejki po wodę. Kolejki widać z daleka, i opłaca się posłać pocisk z moździerza – pisał Dawid Warszawski w reportażu dla Wyborczej.

sarajevski_brovar

Dwie dekady

Dwadzieścia lat to niewiele – stwierdził Denis, białoruski couchsurfer, którego niedawno gościłam u siebie. Dwadzieścia lat to całe pokolenie – stwierdzam ja. Całe życie dla ludzi nieco młodszych ode mnie. Ludzi, którzy w Sarajewie nie znają Sarajewa sprzed.

Mamy w Gdańsku, na Westerplatte, napis widoczny z daleka: „Nigdy więcej wojny”. Myśl ta nieustannie towarzyszyła mi podczas spacerów Logaviną i po Starym Gradzie. I nie tylko tam.

kule_dom

tablice_szkola

Układ pokojowy zawarty w Dayton w 1995 roku zakończył wojnę, dzieląc Bośnię na Federację Muzułmańsko-Chorwacją i Republikę Serbską. W teorii, zachowanie równowagi pomiędzy udziałem we władzy poszczególnych narodowości zamieszkujących państwo ma zapewnić pokój i sprawiedliwość.

[grey_box]Wiosną 2011 roku Bośnia znalazła się w groteskowej sytuacji, kiedy Międzynarodowa Federacja Piłki Nożnej zagroziła niedopuszczeniem reprezentacji kraju do rozgrywek, ponieważ na czele Piłkarskiej Federacji Bośni i Hercegowiny stało trzyosobowe gremium, a nie jeden prezes, jak tego wymaga FIFA.[/grey_box]

Z drugiej strony, trzyosobowe prezydium oraz kwotowy udział wszystkich narodów w każdej liczącej się instytucji do kolejnych problemów. System utrwala podział,: każdy obywatel powinien się zdecydować, kim jest – w tym systemie nie wystarczy, że jesteś obywatelem Bośni i Hercegowiny, musisz być albo Boszniakiem, albo Chorwatem, albo Serbem.

O tym, że Bośnia i Hercegowina nie jest jednolitym państwem, sugerują różne znaki, które mijamy przemierzając kraj z południa na północ. Na początku jednak nie jesteśmy w stanie odpowiednio zinterpretować zamazanych farbą nazw miejscowości czy napisów na ścianach budynków.

Najpierw więc, na południowym zachodzie, z dwujęzycznych tablic informacyjnych wykreślane są napisy cyrylicą. Na północy role się odwracają – zamazane są te napisane alfabetem łacińskim. I flagi. W pewnym momencie nie widać już bośniackiego granatu i złota, zastępuje je serbski trzykolor.

dyptyk4

[grey_box]Mapa rozkładu populacji pokazuje, że po wojnie Bośniacy przeprowadzili się do miast i dzielnic zamieszkiwanych przez ich grupę etniczną, utrwalając linię podziału. (…) Serbska strategia czystek etnicznych przyniosła zamierzony efekt. Coraz więcej ludzi zamyka się w enklawach etnicznych.[/grey_box]

Nawet taka Srebrenica. W 1991 roku 75% mieszkańców miasta stanowili Muzułmanie. Dzisiaj znajduje się na terytorium Republiki Serbskiej, większość muzułmańskich uchodźców nie wróciło i nie chce wrócić do swoich dawnych domów. Podobnie jest z wieloma innymi miejscowościami, w niektórych znajdziemy tablice upamiętniające makabryczne wydarzenia z wojny, miejsca masowych grobów.

derventa

derventa

W latach siedemdziesiątych ludność Derventy stanowili: 43% Muzułmanie, 30% Chorwaci, 21% Serbowie. W książce Barbary Demick znajdziemy historię muzułmańskiej rodziny, uciekającej z tego miasta przed pogromami. Dzisiaj proporcje narodowościowe zupełnie się zmieniły, a pomnik na wjeździe informuje o zamordowanych przez zbrodniarzy wojennych Serbach.

W ogóle, przygraniczne tereny są bardzo przygnębiające. Opuszczone wsie, spalone i na wpół zburzone domy, porośnięte krzewami ruiny gospodarstw. W tym miejscu dwadzieścia lat to rzeczywiście niewiele.

czas-sarajewo

Rozpisałam się o sprawach smutnych, przeszłości miasta, bo właśnie one sprawiły, że Sarajewo znalazło się ma mapie mojej podróży. Jednak stolica Bośni i Hercegowiny niewątpliwie ma w sobie coś szczególnego, jakąś taką autentyczność, o której wspomniałam już na wstępie. Czuje się to w ludziach, w ich wyluzowanym sposobie bycia, otwartości do innych, w atmosferze panującej na ulicach, w kawiarniach, knajpach. O tym więc będzie kolejny, i chyba ostatni, odcinek pokładowego dziennika podróży Xylokastro – Gdynia.

* Wszystkie cytaty pochodzą z książki Barbary Demick „W oblężeniu. Życie pod ostrzalem na sarajewskiej ulicy”. 

Popołudnie z Ritą

dyptyk2

rita_tryptyk

Ręcznie malowana podłoga, portret Marilyn Monroe i pokój zalany słońcem. Pierwsza sesja po powrocie do Polski, z Ritą.

Czesała i malowała Sviatlana Pankavec. 

Naleśniki idealne

Trochę to trwało. Poszukiwanie przepisu na idealne american pancakes… Gotowi?

american_pancakes_przepis

Składniki mieszane na sucho: 1,5 szklanki mąki | 2 duże łyżki cukru | 0,5 łyżeczki soli | 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia

Składniki mieszane na mokro: 1,2 szklanki mleka | 4 łyżki roztopionego masła | 1 jajo

Dodatki: bita śmietana, syrop klonowy, borówki amerykańskie (na zdjęciu) lub cokolwiek, na co masz ochotę!

amerykanskie_nalesniki

Po wymieszaniu osobno składników suchych i mokrych, miksujemy wszystko razem. Wyjdzie nam gęste ciasto, które będziemy nakładać na rozgrzaną nieprzywierającą patelnię posmarowaną masłem dużą łyżką. Smażymy na niedużym ogniu. Po każdym naleśniku warto usunąć ściemniałe masło i dodać trochę nowego. Dzięki temu, naleśniki będą w złocistym kolorze. Enjoy!

flowers_morning

Kiedy Kindle nie wystarczy

 

kindle_zulczykRozmiar ma znaczenie. I pojemność. Te dwie cechy uwielbiam w moim Kindle’u. Jest tylko jeden moment, gdy zaglądamy sobie w oczy z zakłopotaniem – kiedy mam przyjemność spotkać autora książki osobiście. 

Z lekkim zakłopotaniem patrzył na mnie również Jakub Żulczyk. „Podpisując się tutaj podpiszę się pod wszystkimi, książkami!” – rzekł. Ale wybrnął z klasą. I nawet zostawił miejsce dla innych.

Książki z dedykacjami od autorów zajmują specjalne miejsce na mojej półce. Nie jestem typem łowcy autografów. Ale jeżeli już się wybieram na spotkanie (a zdarzało się i na kawę), to bardzo miło jest wrócić ze spersonalizowaną książką.  Nie jest to jedynie atrament na papierze – to również wspomnienie spotkania.

hugo_bader

lukjanenko

nergal

aleksijewa

radziwinowicz

kaluga

domagalski

Te ulubione, to oczywiście wpisy bardziej osobiste. A najbardziej wyjątkowy znajduje się w Czereśniach. Wspomnienie i długich rozmów, i pięknej, poetyckiej lektury (moja recenzja o tutaj).

ketzer

Przykro mi kindelku. W tej materii nie masz szans.

Polska 1, Gdynia: musisz tu być

Na mapie Trójmiasta pojawiło się nowe niesamowite miejsce, na otwarcie którego czekałam od momentu, gdy dowiedziałam się, że dawny Dworzec Morski zostanie muzeum. Dlaczego Polska 1 w Gdyni jest adresem wartym zapamiętania?

muzeum_emigracji_plakat_wstep

Muzea nie mają zbyt dobrej renomy, za często kojarzymy je z zakurzonymi eksponatami. W Muzeum Emigracji kurz nie ma szans osiąść – typowych do-not-touch przedmiotów jest tu niewiele. Muzeum opowiada formą, dźwiękiem i zagospodarowaniem przestrzeni. I zabiera w niezwykłą podróż w czasie i przestrzeni.

muzeum_emigracji_hol

W latach trzydziestych dwudziestego wieku z tego miejsca w świat wyruszały tysiące Polaków. Za przygodą, rozrywką, ale głównie za lepszym życiem. Mury dawnego Dworca Morskiego są przesiąknięte echem losów emigrantów, które układają się w historię Polski, dotychczas pozostającą w cieniu.

[grey_box]Dworzec Morski to miejsce w latach 30. przeznaczone do obsługi ruchu wychodźczego. Cała infrastruktura emigracyjna, która powstała wówczas w Gdyni, oprócz Dworca Morskiego obejmowała także Halę Odpraw, czyli magazyn tranzytowy, szpital kwarantannowy na Babich Dołach oraz obóz emigracyjny na Grabówku dla ludzi, którzy przyjeżdżali tu z całej Polski i czekali na rejs transatlantykiem. A do tego infrastruktura kolejowa, która umożliwiała dojechanie z obozu emigracyjnego pod sam Dworzec Morski. Więc nieprzypadkowo Muzeum Emigracji znajduje się w Dworcu Morskim, gdzie ta emigracyjna opowieść najlepiej może wybrzmieć.

– Karolina Grabowicz-Matyjas dla gazeta.pl[/grey_box]

muzeum_emigracji_na_swiecie

muzeum_emigracji_plakat_listy

muzeum_emigracji_plakat_nowy_jork

Największą niespodzianką w muzeum jest dla mnie szerokie spojrzenie na temat migracji. Temat niełatwy, przypominający ogromne puzzle z tysiącem elementów. Zanim je ułożymy, czeka nas wciągająca wycieczka po wszystkich kontynentach świata.

Kto by pomyślał, że ziemniaki, a dokładniej nieurodzaj jego upraw, mogły być powodem emigracji miliona osób? Jak wyglądał dzień powszedni na Ellis Island, przedsionku Ameryki dla wszystkich imigrantów, przybywających do Nowego Jorku? Co łączy Chicago Bulls z Polakami, poszukującymi w Stanach lepszego życia? Elementy układanki niespodziewanie zaczynają pokazywać pełniejszy obraz.

muzeum_emigracji_plakat_gdynia

muzeum_emigracji_plakat

muzeum_emigracji_batory

Mnóstwo ciekawostek czeka też miłośników podróży morskich – w muzeum znajduje się m.in. duża makieta statku pasażerskiego Batory, którego legenda nieodłącznie jest związana z Gdynią i Dworcem Morskim. Są prycze identyczne z tymi, na których spała klasa trzecia największych transatlantykach, opowieści z podróży, wspomnienia pasażerów.

muzeum_emigracji_plakat_ciekawostki

muzeum_emigracji_maluch

Żeby wszystko obejrzeć dokładnie, w Muzeum należałoby spędzić co najmniej z pół dnia. Zachęcam. Są miejsca na odpoczynek, kawiarnia, mnóstwo materiałów audiowizualnych, przy których trudno się znudzić. To również możliwość zobaczyć nabrzeże z nieco innej perspektywy.

muzeum_emigracji_pawlacy

muzeum_emigracji

muzeum_emigracji_taras

Dyrektor muzeum obiecuje, że zbiory będą prezentowane głównie w wystawach czasowych, które umożliwią pełniejsze pokazanie danego zagadnienia. A i wystawa główna ma się zmieniać, bo emigracja jest żywym, ciągle zmieniającym się zjawiskiem.

A teraz uwaga: do końca maja zwiedzanie muzeum jest bezpłatne. Muzeum Emigracji koordynuje też autorski program wolontariatu (U)czynni kulturalnie – dla wszystkich pasjonatów historii miasta. Do zobaczenia na Polskiej 1!

muzeum_emigracji_zewnatrz

Panorama z ręki – tak, to możliwe!

O tym, że można wykonać panoramę bez specjalistycznego sprzętu, dowiedziałam się na warsztatach, zorganizowanych przez Accor Hotels. Prowadził je Marcin Bójko, redaktor Digital Foto Video.

Niezwykłą atrakcją warsztatów była możliwość wejścia na dach Novotelu. Po krótkim wprowadzeniu w tajniki tworzenia prostych panoram, chciałam koniecznie spróbować własnych sił.

widok_warszawa

Dach hotelu nie jest ogólnodostępny. Mnóstwo tu wszelkiej maści urządzeń, kominów i wywietrzników, natomiast osoby upoważnione do wejścia poruszają się tylko po specjalnej, wąskiej kładce. Widok był wart nieprzespanej nocy w polskim busie.

novotel_wejscie_na_dach

warszawa_widok_gora

Nieprzewidywalna pogoda trochę krzyżowała nam plany, ale do selfie przestało padać! fot. Anna Różnicka 

Po nacieszeniu się widokiem, przystępuję do mojej pierwszej próby wykonania zdjęcia panoramicznego. Przy odrobinie zachodu można je zrobić bez posiadania specjalistycznego sprzętu, na przykład bez obrotowej głowicy panoramicznej. Kluczem do sukcesu jest zrozumienie zasady obracania aparatem: żeby później móc połączyć poszczególne klatki w jeden równy ciąg, najlepiej jest obracać aparat wokół osi obiektywu, a nie body. W ten sposób łatwiej zachować perspektywę oraz pracować przy edycji. Moja pierwsza próba (kliknij, aby powiększyć):

panorama-napis

Powyższe zdjęcie to połączenie pięciu osobno wykonanych kadrów (kliknij, aby powiększyć):

kadry_do_panoramyPołączenie tych zdjęć jest bardzo proste w Lightroomie – w zakładce „Photo” powinna się znajdować opcja „Merge to Panorama”. W mojej wersji LR z Creative Cloud jest to „Merge to Panorama in Photoshop”. Program sam wykrywa horyzont oraz powtarzające się elementy i łączy w jedno zdjęcie.

adobe_lr

Przyznajcie, że proste. Duże panoramy, oczywiście, tworzy się w bardziej zaawansowany sposób, mogą się składać, na przykład, z kilku poziomych rzędów. Przy okazji, jeszcze jedna rada: robiąc zdjęcia do panoramy w pionie zrobimy ich więcej, ale efekt końcowy będzie ciekawszy. Na kadrach poziomych będzie zwyczajnie mniej przestrzeni nad i pod horyzontem.

dyptyk-dach

Kolejne próby przede mną!

Część 1: czy błyskać lampą przy świetle dziennym? >>

W jak Widok

Brakuje ci motywacji do ćwiczeń? Nie wiesz, jak połączyć przyjemne z pożytecznym? A może by tak… spojrzeć na miasto z góry.

warszawa_accor

bw_accor_warszawa

sportowe_dyptyk_accor

accor-deszcz

 

Zdjęcia powstały podczas warsztatów z Accor Hotels w Novotelu Warszawa Centrum. Zobacz też efekty sesji plenerowej >>

Czy błyskać przy świetle dziennym?

Jednostajny hałas dużego miasta przetacza się między wieżowcami. Niektóre z nich jeszcze dopiero powstają, inne zdążyły na stałe zapisać się w świadomości warszawiaków. Krajobraz z Pałacem Kultury oglądam z dachu hotelu Novotel, w towarzystwie kilku zdolnych fotografów oraz Marcina Bójko, redaktora Digital Foto Video.

warszawa_accor

Tego dnia dzięki Accor Hotels mamy okazję poćwiczyć nasze umiejętności we wnętrzu oraz na dachu hotelu Warszawa Novotel Centrum. Rozmowy toczą się wokół kilku zagadnień, ale moją uwagę najbardziej przykuwa kwestia łączenia światła dziennego z błyskiem i tworzenie panoram bez specjalistycznego sprzętu.

novotel_sesja

Portret w świetle dziennym. Błyskać czy nie?

Uwielbiam portrety, a w plenerze najbardziej lubię słońce rozproszone przez cienką warstwę chmur. Bardzo często jednak posiłkuję się blendą, doświetlając twarz modelki, a przy pełnym słońcu również wyrównując ostre cienie.

Okazuje się, że dzięki lampie oraz korekcji ekspozycji w aparacie, można delikatnie doświetlić pierwszy plan (tj. modelkę) i zachować ładną grę kolorów w tle – np. na wieczornym niebie. Tak powstało, na przykład, poniższe zdjęcie. Po prawej stronie modelki znajduje się nieduży beaty dish z dyfuzorem (widoczny na zdjęciu powyżej).

weronika_warszawa_novotel

Więcej zdjęć Weroniki z warsztatów z Accor Hotels >>

Poskromienie lampy w plenerze jest dość proste. Gorzej mi szło w błyskaniu w pomieszczeniu: choć nieraz zdarzyło mi się robić zdjęcia w studio, profesjonalnym czy domowym, w przeszklonej z jednej strony siłowni Novotelu fotografowanie szło mi jak po grudzie.

accor_warsztaty_błędy

Naszym zamiarem było połączenie światła dziennego z okna oraz doświetlenie wnętrza w kadrach z widokiem na centrum Warszawy. Pierwszym wyzwaniem było rozproszenie światła. W tym celu lampę skierowaliśmy w górę, dzięki czemu światło odbijało się od sufitu i w dość subtelny sposób doświetlało wnętrze. Kolejne wyzwanie stanowiły… nasze odbicia w oknie! Kadrując należało uwzględnić wszystko, co może się odbić w oknie: fotograf, sprzęt, porozrzucane w nieładzie rzeczy z tyłu modelki. Pułapek było wiele.

accor_warsztaty

DSC_9722_1sm

Kolejna sprawa – wyregulowanie mocy lampy i jej ustawienie. Bardzo nie lubię ostrych cieni na zdjęciu, a nie zawsze udawało się ich uniknąć. Po to jednak się bywa na warsztatach, żeby sprawdzić, czego się nie wie!

dyptyk-sportowy

Po co mi histogram?

Wiele aparatów daje możliwość podglądu, czy zdjęcie nie jest prześwietlone. Z tego podglądu korzystam regularnie, ale Marcin Bójko przekonał mnie także do sprawdzania histogramu. Fotografując w RAWach wolę zazwyczaj zdjęcie lekko niedoświetlić, niż przepalić, i potem poprawić go podczas edycji. Niestety, na podglądzie w aparacie każdy kadr wygląda znacznie lepiej, niż na komputerze, i często trudno ocenić, czy wszystko jest jak należy. W tej sytuacji z pomocą przychodzi histogram.

histogram

Histogram pokazuje, ile na zdjęciu jest czerni, ile bieli i tonów pośrednich. Wykres do dobrze naświetlonego zdjęcia powinien być zbliżony do półkuli, ponieważ jeżeli krzywa przechyla się w jedną ze stron, zdjęcie będzie posiadać zupełnie czarne lub zupełnie białe piksele. A co za tym idzie – te miejsca będą zupełnie nieczytelne. Dodam, że zauważyłam znaczną różnicę w jakości zdjęć, które zrobiłam sprawdzając ich histogram.

Część 2. Jak zrobić zdjęcie panoramiczne bez zaawansowanego sprzętu? >>

W jak Weronika

Brakowało mi tego. Dziewczyny w moim typie, w moim obiektywie. Poznajcie Weronikę, dzięki której nabrałam ochoty na częstsze wyciąganie portretowego obiektywu z szafy.

weronika_accor

Sesja z Weroniką odbyła się na dachu parkingu hotelu Novotel w centrum Warszawy. Za tę możliwość dziękuję organizatorom warsztatów z Marcinem Bójko. O całym przedsięwzięciu – już wkrótce.

weronika_warszawa_novotel

dyptyk_weronika

weronika_czb

weronika_sky_the_limit

Dzień 5: Dubrovnik, Mostar, Sarajewo

DZIEŃ 5. Dubrovnik (Chorwacja) – Mostar (Bośnia i Hercegowina) – Sarajewo (Bośnia i Hercegowina) / 270km / kolejna wizyta w serwisie i łapiemy flaka w górach

A więc Dubrovnik! W wieczór naszego przyjazdu nad zatoką szaleje wiatr, a my zmęczeni i przeziębieni szukamy noclegu. Jednak już w świetle latarń wąskie uliczki starego miasta robią niesamowite wrażenie, a zatrzęsienie kawiarni i pubów obiecuje solidne zaplecze kulinarne. Rano chcemy słońca, nie widzieliśmy go od Grecji.

dubrovnik_lato

Dubrovnik to piękne miejsce na wakacyjny wypad

Dubrovnik na naszej mapie podróży znalazł się trochę z przypadku: grając w pijacką grę przy oglądaniu powtórek Gry o Tron ktoś z moich znajomych wspomniał, że wiele scen z King’s Landing powstało właśnie w tym mieście. Już na miejscu dowiedziałam się, że chodzi m.in. o przyjęcie weselne Joffrey’a i imponujące mury królewskiej stolicy, znane z serialu. Dubrowniczanie nie próżnują – w mieście można wybrać się na wycieczkę śladami Gry o Tron oraz zaopatrzyć się w liczne pamiątki z postaciami serialu.

kings_landing

game_of_thrones

dubrovnik

Plan na dzień mamy bardzo ambitny: do południa odpoczywamy, grzejemy się w słońcu i smakujemy nadmorski klimat, a po południu ruszamy dalej w drogę, do Sarajewa. Liczba kilometrów jest nieduża, więc z wyjazdem nie śpieszy nam się w ogóle. Gdy leniwie docieramy do auta, czekają na nas dwie niespodzianki.

piekarnia_pljeskavica

Na śniadanie odwiedzamy małą piekarnię, a na obiad zamawiamy pljeskavicę z pindżurem

Pierwsza – mandat za brak opłaty parkingowej. Chyba muszę zejść na ziemię i zacząć myśleć po europejsku – hej, to nie Grecja, gdzie możesz zaparkować w dowolnym miejscu! Mandat jest niewysoki, ok. 10 euro, więc postanawiam, że go zapłacę. Ruszamy w poszukiwaniu banku lub poczty. I tu zauważamy kolejną, jeszcze mniej przyjemną rzecz. Kontrolka w aucie sygnalizuje, że coś jest nie tak z silnikiem. Atmosfera w aucie robi się nieco nerwowa.

selfie_dubrovnik

Jeszcze nie wiem, jakie przygody nas dziś czekają. Smile, you’re in King’s Landing!

widok_zatoka

Kojący widok za warsztatem Gorana

Podpytujemy ludzi o dobry serwis i niedługo trafiamy do Gorana, specjalisty od Seatów. Musimy chwilę zaczekać, czas się dłuży, koimy nerwy pięknym widokiem na kolejną zatoczkę tuż za Dubrovnikiem. Przy okazji przyglądam się chorwackim kunom. Na awersie kun widnieją… kuny!

kuny_waluta_chorwacja

Komputer wykrywa w samochodzie wiele błędów, ale to, co spowodowało alarm jest, na szczęście, niegroźną usterką, z którą możemy jechać do Polski. Kamień z serca! Żegnamy się z Goranem bardzo serdecznie, nie chce kasy za poświęcony dla nas czas. A mandat? Chorwacka poczta, do której udało nam się dotrzeć po drodze, kończy pracę o 12…

Zanim odbijemy na północ, na Mostar i Sarajewo, jedziemy jeszcze chwilę pięknym chorwackim wybrzeżem. Droga wije się między wzgórzami i zatokami, chciałoby się zatrzymać i zostać tu na dłużej. Wtem! Chorwacko – bośniacka granica, z niesamowitym widokiem na adriatyckie wyspy. A za kilka kilometrów… kolejna. Bośniacko – chorwacka. Sprawdzamy mapę i dopiero teraz widzimy, że Bośnia i Hercegowina ma kilkukilometrowy dostęp do morza, wąski klin wbity w Chorwację.

dubrovnik_okolice

Chorwackie wybrzeże jest skaliste i postrzępione, wygląda zjawiskowo

Tego dnia przekraczamy granicę Bośni i Hercegowiny oraz Chorwacji trzykrotnie. Jedziemy już na północ, kierując się na Mostar, i podziwiamy jedne z najpiękniejszych widoków, jakie dane mi było widzieć. Droga biegnie wzdłuż rzeki Neretwy, a rzeka wije się w wąwozie pięknych, skalistych gór. Gra cieni o zmierzchu, opuszczone torowiska i wąska droga tworzy niesamowity klimat. Żałujemy, że z powodu straconego w serwisie czasu szybko już się ściemni i nie będziemy mogli podziwiać tej okolicy w świetle dnia.

Docieramy do Mostaru, nieformalnej stolicy Hercegowiny, który słynie swoim zabytkowym mostem. Wkrótce, już w Sarajewie, dowiemy się również o jego burzliwej niedawnej historii…

mostar

Hercegowina

W Mostarze robimy krótki spacer, ale czas nas goni i szybko ruszamy dalej. Gdy spotykamy na drodze ciężarówkę, sypiącą na drogę sól, jestem bardzo zaskoczona. Po słonecznym przedpołudniu nad Adriatykiem oraz dobrych warunkach od granicy z Chorwacją, widok ten jest nieco surrealistyczny. Wkrótce jednak trafiamy w niezwykle gęstą mgłę, po wyjściu z której widzimy zupełnie ośnieżony krajobraz. I pisząc „ośnieżony” mam na myśli zimę w pełnej krasie. Ostatnie kilometry wloką się niemiłosiernie.

Gdy nawigacja wskazuje 25km do celu, samochód jadący za nami zaczyna dawać znaki światłami. Zjeżdżamy razem na pobocze. „Guma!” – woła do nas kierowca starej łady. Gorąca kawa i wygodne łóżko jeszcze zaczeka…

Mamy odrobinę farta, bo zjeżdżamy akurat na stacji benzynowej. Rozładowujemy walizki i razem z sympatycznym chłopakiem ze stacji zaczynamy działać. Dzięki połączeniu sił pechowe koło ląduje wkrótce w bagażniku i można jechać dalej. Mimo to gdzieś tam w środku drąży duszę mały niepokój – co jeszcze może się zepsuć tego dnia?

pech_bosnia

Późnym wieczorem docieramy do miejsca noclegu: małe mieszkanie w zaułku sarajewskiej Baščaršiji. Z okazji pomyślnego końca dnia otwieramy jedno z moich greckich win i mamy zamiar solidnie odespać dzień pełen przygód.

C.D.N.

Dziennik pokładowy podróży Xylokastro – Gdynia: przeczytaj, jak było w Grecji, Macedonii, Czarnogórze i Albanii >>

Xylokastro – Gdynia, dziennik pokładowy. Dni 1-4

Nie wiem, kiedy to zleciało, ale oto minęło pół roku mojego pobytu w Grecji. Przyszła więc pora na spakowanie skromnego dobytku (głównie lokalne wina i tsipouro), pożegnanie się z #XyloShore i obranie kierunku na północ. Z dużym niepokojem śledzę informacje od znajomych o śniegu w Polsce, mam jednak nadzieję, że za tydzień przywita mnie w Gdyni wiosenne słońce!

grecja_ibiza

Podróż łącznie ma potrwać 10 dni. Jedziemy moją Ibizą, którą przemierzyłam cały Peloponez, w trasie planując kolejne punkty i dłuższe przerwy. Ruszamy w sobotę, 4 kwietnia. Zdjęcia i uwagi z podróży: instagram || twitter. Ahoj, przygodo!

_____

DZIEŃ 1. Xylokastro (Grecja) – Kalampaka (Grecja) / 385 km / 6,50e przeprawa promowa, 2,40e autostrada / pierwsze tankowanie 

Dzień na wariata. Pobudka wcześnie rano, wspólne śniadanie z wolontariuszami. Ostatnie docinki i heheszki, spacer na pożegnanie Xylokastro i… pakowanie się. Czyli greek style, mamy czas, siga-siga!

pakowanie_xylo

Ostatnie pożegnania i ruszamy w drogę. Pierwszy przystanek: słynne greckie Meteory. Pierwsi wyjeżdżają moi przyjaciele – trasą nieco dłuższą, ale podobno wygodniejszą, przez Ateny. My ruszamy dopiero o 14:30 (hej, naprawdę się streszczałam!) i jedziemy przez przeprawę Rio-Antirio, malowniczą Amfilochię i góry.

rio-antirio

Już po zapakowaniu się na prom czuję, że lekkie przeziębienie, które dokuczało mi poprzedniego dnia, nie daje za wygraną i obojętnieję na piękne krajobrazy za oknem. Wkrótce okazuje się jednak, że moje samopoczucie to drobnostka – jeszcze przed Amfilochią odkrywamy, że… jedziemy bez klocków hamulcowych w tylnym kole. Dodatkowo, jest sobotnie popołudnie i serwisy samochodowe po drodze są zamknięte na trzy spusty. Miła przejażdżka staje się więc lekcją hamowania silnikiem, a górskie serpentyny naszym placem manewrowym.

Docieramy do Meteor późnym wieczorem. Wpadam na pomysł, że moje przeziębienie na pewno wyleczy 40% w postaci tsipouro. To dodaje mi i nadziei na lepsze jutro, i energii na świętowanie urodzin przyjaciółki. Jutro będzie pięknie!

grecja_drinki

_____

DZIEŃ 2. Kalampaka (Grecja) – Ohrid (Macedonia) / 280 km

Wcześnie rano budzi mnie ból gardła. Alkoholowe znieczulenie mija bardzo szybko, gdy odkrywam, że świętowanie skończyło się brakiem mojej torebki. Nie ma jej w pokoju, nie ma jej w moich klamotach, nie ma jej w samochodzie. Pal licho karty płatnicze i jakieś resztki gotówki. W torebce były moje dokumenty. Widok z okna nieco łagodzi pierwszy szok.

meteorywidokzokna

Siedząc na balkonie z widokiem na góry lokalizuję miejsce, gdzie moja nieszczęsna torebka może być. Ruszamy do knajpy, w której poprzedniego wieczoru popijaliśmy greckie trunki. Knajpa pęka w szwach i choć staram się zachować zimną krew, powoli ucieka ze mnie powietrze. Żegnaj wycieczko!

Stop. W ciągu ostatnich kilku miesięcy Grecy dali się poznać jako ludzie mili, zawsze pomocni i uprzejmi. Nie może przecież być inaczej ostatniego dnia? I nie było. Obsługa knajpy oddaje mi torebkę, „you are very lucky!” – uśmiechają się, „I know” – myślę sobie. Pora na zwiedzanie!

selfie

Meteory miałam przyjemność odwiedzić w listopadzie. Wtedy także zaliczyłam kilka przygód, w tym sto kilometrów z flakiem i wymianę koła na małej stacji benzynowej. Wszystko jednak idzie w niepamięć, gdy przed tobą rozpościera się taki widok:

meteory

Odwiedzamy klasztory, wcinamy ostatnie souvlaki na obiad i ruszamy dalej. Bo, mimo usterki, postanowiliśmy spróbować dojechać do Macedonii i zrobić dłuższy przystanek w Ochrydzie. Naprawa będzie tańsza, pomyśleliśmy, a i dzień w pięknym miejscu wszystkim dobrze zrobi. W końcu, szczęściara ze mnie, to nie może się nie udać.

deszcz_mgla

Z każdym kilometrem na północ pogoda robi się coraz paskudniejsza. Wspomnienia z niedawnego wypadu na Hydrę, gdzie opaliłam nos i piłam kawę wygrzewając się w 25 stopniach, wpędzają mnie w melancholię. Kiedy mieszkasz na peloponeskim wybrzeżu, zapominasz, że gdzieś indziej może być zimno. I mam na myśli tak zupełnie zimno – nawet w kwietniu.

macedonia_widokzokna

Na granicy grecko – macedońskiej celnik prosi mnie o otworzenie wszystkich walizek. I pudełek z butami, gdzie mam skitrane wina. Pyta nas o miejsce pracy i odnoszę wrażenie, że łagodnieje, gdy opowiadam o mojej organizacji. Dalej już nie zagląda i cieszę się, że nie będę musiała wypijać tych nadprogramowych litrów na poboczu drogi.

W Ochrydzie szybko znajdujemy przytulny pensjonat z widokiem na marinę. Grzane wino na dobranoc, wsłuchuję się w odległy dźwięk burzy nad jeziorem. Jutro będzie super!

DZIEŃ 3. Ohrid (Macedonia) / pierwsza i, mam nadzieję, ostatnia naprawa auta

Pobudka, śniadanie i zadanie numer jeden – naprawa hamulców. Ochryda zaskakuje nas swoim rozmiarem – dotychczas myślałam, że jest to mały kurort. Okazuje się, że miasto i przedmieścia rozpościerają się po całej dolinie. Zostaje więc tylko wyszukanie serwisu samochodowego, który zrobi wszystko „od ręki”. I za przystępną cenę.

Liczymy się z tym, że miejscowi będą chcieli trochę naciągnąć bogatych turystów. Bogate to ja mam tylko wnętrze, ale staram się nie tworzyć czarnych scenariuszy. Przy śniadaniu przypominamy się kelnerowi – hej, to my, ci od hamulców. Kilka telefonów, pomoc właściciela pensjonatu i za parę godzin moja Ibizka wraca na parking z naprawy. Pora na zwiedzanie!

ochryda

W 1980 roku Ochryda i Jezioro Ochrydzkie zostały wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Kręcimy się trochę po starym mieście, zachwycamy się wąskimi uliczkami i starymi kościołami. Ale pogoda nie rozpieszcza, co by tu jeszcze porobić? Może, na przykład, pójść na zakupy lub cieplej się ubrać i wypłynąć na jezioro. Why not both?

ohrid_marina

Ze styranym życiem kapitanem wypływamy z mariny. Na dość pokaźnych rozmiarów łajbie płyniemy tylko we trójkę. Brzegi spowija mgła, deszcz zacina ostro, zimno jak cholera, ale urlop to urlop. Popijamy piwo i rozmawiamy o łowieniu ośmiornic. Znowu wspominam niedawny weekend w słonecznym Galaxidi i wiem już, że najbardziej będę tęsknić do greckiej pogody. Być może bardzo zmiennej i niekoniecznie upalnej zimą, ale mimo wszystko znacznie milszej.

„Kratko, ale sladko!” – woła na pożegnanie kapitan łajby. Sladko będzie, gdy z gorącą herbatą zapakuję się pod kołdrę. Na dziś koniec wycieczek.

zakupy_food

Pisałam wczoraj o winie. Z Grecji wiozę też kilka przetworów z fig i pomarańczy, w tym słoik dżemu z pomarańczy mojego własnego wyrobu. Do kulinarnej kolekcji dorzucam dziś serbski ajwar i macedoński pindżur – tradycyjne bałkańskie pasty warzywne z papryki i bakłażanów. Za tydzień lub dwa przekonamy się, która lepsza.

Słońce nad Ochrydą już dawno zaszło. Kicham, smarkam i przeklinam deszcz – tego nikt z nas się nie spodziewał. Że będzie chłodno? Być może. Ale bez deszczu byłoby znacznie milej. Żegnamy się z przyjaciółmi, którzy ruszają w stronę Serbii. Za kilka godzin napiszą, że dokoła Ochrydy „śniegu po kolana”. Ale co tam, прорвёмся!

DZIEŃ 4. Ohrid (Macedonia) – Albania – Czarnogóra – Dubrovnik (Chorwacja) / 440km / drugie tankowanie / opłaty: 2,50e przejazd tunelem w Czarnogórze, 4,50e prom Lepetane – Durici

Dzień pobicia rekordu: 3 granice państwowe i 4 kraje. W tym – (nie)sławna Albania. Ale zanim dotrzemy do granicy macedońsko-albańskiej, nad Ochrydą wstaje piękny słoneczny poranek. Po paru dniach deszczu i ziąbu jest to bardzo miła odmiana, szczególnie, że widok na jezioro również bardzo się zmienił. Po drugiej stronie widoczne teraz są wysokie ośnieżone góry, które poprzedniego dnia zupełnie kryły za mgłą.

Spakowani i gotowi do drogi musimy jeszcze odwiedzić aptekę (po Fervex…) i zatankować. Tankowanie zarządzamy do pełna, przy cenie paliwa ok. 3,30zł grzechem byłoby nie skorzystać.

Ochryda_Albania

Rzut okiem na jezioro Ochrydzkie od strony Albanii

Granicę z Albanią przekraczamy w zimowej atmosferze: dokoła śnieg, a pogranicznicy w zimowych czapkach i grubych kurtkach. Po krótkiej odprawie paszportowej celnicy zapraszają nas do garażu – zanim przyjdzie nasza kolej, widzimy, jak przeglądają rzeczy młodego chłopaka w czarnej beemce. Myślami już widzę rozpakowywanie miliona moich klamotów i potem zapakowywanie ich ponownie…

„Just personal?” – pada standardowe pytanie celników. Ale gdy zaglądają do bagażnika, mina trochę im rzednie. W ogóle, obserwowanie kontroli jest dla mnie ciekawym doświadczeniem poznawczym. Panowie nawet nie zwracają na mnie uwagi, choć to moim autem próbujemy przemycić nadprogramowe greckie wina, i rozmawiają wyłącznie z moim towarzyszem podróży. Kto taki, jaka praca, czy dobra? Mężczyźni i ich męskie sprawy. (#ironia).

Chyba moje kwieciste walizki wyglądają jeszcze bardziej niewinnie niż ja (czy to możliwe?), bo ostatecznie otrzymujemy pozwolenie na wjazd do kraju bez zaglądania do środka. Odprawa na granicy łącznie zajęła nam jedynie ok. pół godziny.

w_drodze

Przejazd tranzytem przez Albanię spędzał sen z powiek mojej rodzinie i wielu moim znajomym. Że drogi koszmarne, że nawet nie zauważę, gdy moje auto zostanie bez kół, szyb i temu podobne historie. Tymczasem śmigamy trasą Ohrid – Elbasan – Szkodra i wypatrujemy sławnych albańskich dziur w drogach. Bezskutecznie, droga jest lepsza, niż trasa do Wilna przez Giżycko. Mijamy za to owce, konie, osiołki i setki mercedesów. I niechcący pakujemy się w samo centrum Tirany w godzinach szczytu.

albania

W aucie, na skrzyżowaniach oblepianym przez namolne dzieciaki, żartujemy, że ruch uliczny w Tiranie to przykład wysokiego zaufania społecznego: w chaosie na ogromnych rondach każdy znajduje drogę, łącznie z pieszymi, śmigającymi tu i ówdzie. A to wszystko bez pasów i w ogromnym tłoku.

Tirana

Albanię przejeżdżamy prawie bez przerw. Piękne górskie krajobrazy na wschodzie zmieniają się na bardziej równinne na północnym zachodzie. Granicę z Czarnogórą przekraczamy za Szkodrą, w malowniczej scenerii kolejnego niezwykłego jeziora – Skadarsko. Zbaczamy nieco z głównej drogi, omijając Podgoricę, i znowu możemy się zachwycać niezwykłymi krajobrazami. Za przejazd płacimy tylko raz: 2,50 euro przed wjazdem do tunelu Sozina. Choć tunel niczym się nie różni od kilometrów podobnych tuneli chociażby w Grecji, jest to jedna z najnowocześniejszych inwestycji w Czarnogórze w ostatnim dziesięcioleciu. Kiedy później przejeżdżamy przez zwykłe tunele, takie bez odblasków i świateł, zaczynam rozumieć, dlaczego jest tak znany.

malowany_zachod

Wybór trasy wzdłuż wybrzeża Adriatyku okazał się być bardzo trafną decyzją. Jeszcze przed Chorwacją mijamy postrzępione skały i obserwuję przecudny zachód słońca. Przy okazji zaliczamy małą wpadkę na stacji benzynowej: już solidnie zmęczeni, pytamy, czy możemy zapłacić w euro. Sprzedawca z politowaniem kiwa głową. Nieporozumienie wyjaśnia nam jego kolega – przecież w Czarnogórze oficjalną walutą jest euro! W 2002 roku kraj ten dokonał jednostronnej euroizacji.

chorwacja

Ściemnia się, ale zaplanowaliśmy już nocleg w Dubrovniku, więc ciśniemy, ile sił dalej. Pogoda się pogarsza, ale udaje nam się przeprawić małym promem przez przesmyk Lepetane – Durici. Do Chorwacji wjeżdżamy późnym wieczorem i w końcu lądujemy na starówce Dubrovnika w poszukiwaniu noclegu. Udaje nam się znaleźć mieszkanie w jednej z niezwykle wąskich uliczek i jeszcze napić się piwa w pubie. Rozglądam się po starówce i już nie mogę się doczekać światła dziennego, żeby wszystko dokładnie obejrzeć!

W drodze: 3 miejsca, które mnie zupełnie zauroczyły

Dziewięć dni, siedem państw, setki niezapomnianych widoków. Codziennie jechaliśmy ku zachodzącemu słońcu, jak postaci z romantycznego filmu. I codziennie o poranku witał mnie nowy widok z okna.

Pierwszą w historii podróż samochodową w 1888 odbyła Bertha Benz, żona twórcy pierwszego opatentowanego auta. Przejechała 106 kilometrów. Nie jestem, wprawdzie, wynalazcą, ale moja najdłuższa podróż autem miała miejsce w 2014 – przemierzyłam wtedy ponad 2700 km z Gdyni do greckiego Xylokastro, które stało się moim domem na ponad pięć miesięcy.

w_droge

Droga prowadziła przez Śląsk, Czechy i kilka europejskich stolic: Budapeszt, Belgrad, Skopje, Ateny. Choć prowadziłam wtedy dziennik pokładowy, żeby móc później podzielić się praktycznymi wskazówkami, wiele momentów było zbyt ulotnych, żeby je zanotować. Jednocześnie mnóstwo chwil trudno przełożyć na słowa.

Ale oto planując drogę powrotną, sięgnęłam po zdjęcia i wspomnienia ożyły. Trzy miejsca, które pozostają w mojej pamięci jako pełne słońca i koloru, to: Budapeszt, Skopje i Ochryda.

budapeszt

Budapeszt w moim prywatnym rankingu jest jednym z najpiękniejszych miast. Oczarował mnie już dawno temu i bardzo chciałam wrócić tu ponownie. Nie rozczarowałam się: stare miasto Buda zachęca do długich spacerów, bardziej tętniący życiem Peszt kusi dzielnicą żydowską pełną oryginalnych kawiarni, pubów i pracowni. Nie obeszło się też bez tradycyjnego węgierskiego gulaszu o smaku, który chyba nigdy mi się nie uda odtworzyć w mojej kuchni.

wegierski_gulasz

jesien_budapeszt budapeszt dunaj

Skopje okazało się być miastem kontrastów. Z jednej strony, pełne monumentalnych świeżo wybudowanych budowli w ścisłym centrum, tuż nad rzeką Wardar. Okolica wygląda jakby była wciąż w budowie, ale jestem pewna, że plac w cieniu ogromnego pomnika Aleksandra Macedońskiego stanie się wkrótce ulubionym miejscem spotkań.

wieczor_skopje

Z drugiej strony, piękne stare miasto w klimacie bliskowschodnim, z wąskimi uliczkami, małymi kawiarniami, sklepikami i bazarem. Nad tą częścią górują minarety meczetów, po ulicy niesie się gwar tłumu. Wespół z ruchem ulicznym macedońskiej stolicy, Skopje robi wrażenie miasta, któremu bliżej do Bliskiego Wschodu, niż Zachodniej Europy. Niesie to ze sobą mnóstwo uroku, ale wymaga żelaznych nerwów za kółkiem.

kontrasty_skopje

kontrasry_skopje

Macedonia miała mnie jeszcze zaskoczyć kilka razy. Najpierw, gdy zarówno właściciel pensjonatu, jak i obsługa bramki na autostradzie, chętnie zagadywali nas po polsku. I później, gdy z moim towarzyszem podróży uderzyliśmy w stronę jeziora Ochrydzkiego, do Ochrydy.

widok_ochryda

To była jesień i wszystko dokoła pokryło się złotem i piękną rdzą. Ukryte wśród lasów kościółki i kapliczki, piękne jezioro z górzystym brzegiem, śliczne małe miasteczko. Miejsce, do którego marzę wrócić, pobłądzić po okolicy. We wrześniu, choć pogoda dopisywała, w Ochrydzie turystów było niezwykle mało. Udało się więc znaleźć zakwaterowanie z obłędnym widokiem na miasto, góry i jezioro.

piekna_ochryda widok_ochryda ochryda

Pamiętam dzień, w którym dotarłam do Xylokastro. A dzisiaj znowu wodzę palcem po mapie i planuję drogę powrotną. Co tym razem czeka mnie w drodze?

‪#‎UnitedInDifferences

Ten tydzień w naszym międzynarodowym towarzystwie zdominowała kampania #UnitedInDifferences. Śmieszna sprawa, jeszcze niedawno w rozmowie z przyjaciółmi przekonywałam, że im więcej podróżuję, im więcej poznaję ludzi, tym bardziej utrwalają się pewne stereotypy. Ale gdy tak usiedliśmy wspólnie za jednym stołem, wyszło nam, że…

okladka_tekstu

Najpierw jednak kilka słów ode mnie. Niedawno czytałam tekst Mai Sieńskowskiej o szufladkowaniu ludzi. Maja jest psychologiem z wykształcenia i wie co mówi: podświadome przypinanie łatek oraz „umieszczanie” ich w odpowiednich szufladkach jest mechanizmem upraszczającym nasze funkcjonowanie.

[grey_box]

„Nie budujemy szufladek dla zabawy, ale po to, by czuć się w świecie ludzi bezpieczniej, by wiedzieć, czego się spodziewać i nie narażać się na zaskakujące sytuacje. Wolimy skategoryzować i określić, że ten pan jest miły, ta pani to zołza, a tamta to jakaś dziwna chyba, bo chodzi zamyślona i do końca nie wiadomo, co o niej sądzić. Wtedy jest najgorzej, jeśli nie możemy kogoś włożyć do szufladki. Przecież nie możemy jednej osoby umieścić trochę tu, a trochę tam, więc najlepiej nakleić jej po prostu łatkę „dziwak” i po sprawie.” (prostozmostu.co)

[/grey_box]

Sęk w tym, że nadmierne upraszczanie i brak refleksji przynosi nieraz więcej szkody, niż pożytku. Szczególnie, gdy mamy do czynienia z ludźmi innego, niż nasze, pochodzenia etnicznego czy innej religii. Od Niemców oczekujemy, że będą hiperpoprawni i hiperzorganizowani. Francuzi są aroganccy, a Hiszpanki kłótliwe. Nastawiamy się więc od razu negatywnie, boimy się jechać na wycieczkę do Iranu, w Albanii wszywamy pieniądze w bieliznę. I choć spotkamy 9 osób nie odpowiadających stereotypowi, jedna wystarczy, żeby stwierdzić „bo wszyscy Grecy są leniwi”.

united_in_differencesUsiedliśmy więc wspólnie przy stole i doszliśmy do wniosku, że łączy nas bardzo wiele. Że stereotypy najczęściej są bardzo krzywdzące i nie dają szansy na zrozumienie innej kultury, innych zwyczajów. Gdy kilka lat temu na wymianie studenckiej mieszkałam z Niemką, jej chłopak przyjeżdżając własnym samochodem parkował wyłącznie na parkingach strzeżonych. Bo przecież w Polsce kradną. Nie powiem, że było to miłe doświadczenie.

Z okazji Międzynarodowego Dnia Walki z Dyskryminacją Rasową, który przypada na 21 marca, ruszyła kampania „United In Differences”. Celem inicjatorów jest uświadomienie, że owszem, jesteśmy różni, ale nie aż tak, jak to mogą sugerować stereotypy. A co najważniejsze – wszyscy jesteśmy równi. Dziwnie, że musimy tłumaczyć tak oczywiste rzeczy.

kolaz_united_in_differences

A co byście napisali o sobie? 

Tylko słowa. Naprawdę „tylko”?

„Pedały”. „Polska dla Polaków”. „Żydzi do gazu”. Na ścianie bloku, w komentarzu na fejsie, pod artykułem w serwisie informacyjnym. Tysiące ludzi cierpi z powodu agresji słownej na tle rasowym. Albo dlatego, że są homoseksualni, że pochodzą z innego kraju, że ktoś wyznaje inną religię. „To tylko internet” – mówimy sobie. Ale czy naprawdę to „tylko słowa” i możemy je olać?

Coraz częściej podróżujemy, mieszkamy zagranicą, ale nasze społeczeństwo wciąż jest kulturowo i religijnie homogeniczne. Ola Szwed, polska gwiazda TV, przyznała jakiś czas temu, że regularnie otrzymuje obraźliwe maile lub wiadomości. „Wiem jednak, że zdarzają się takie rzeczy, nieprzyjemne słowa, zaczepki słowne. Bardzo wielu moich znajomych, którzy pochodzą z zagranicy i mieszkają w Polsce, przyjechali na wymianę studencką, często się z tym spotyka” – opowiadała w jednym z wywiadów. A potem stała się ofiarą napaści na tle rasowym. Czy naprawdę możemy olać „tylko słowa”?

W Polsce możemy się spotkać z określeniem „mowa nienawiści” i choć od jakiegoś czasu ma ono lekkie zabarwienie polityczne, doskonale oddaje sedno problemu. Litewskie Centrum Praw Człowieka przygotowało kampanię społeczną, informującą o odpowiedzialności prawnej za agresję słowną.  „Poniżające komentarze i wiadomości w internecie, okrutne maile, zaczepki na ulicy czy nawet w domu – jest tego więcej, niż może ci się wydawać” – tłumaczą twórcy kampanii. I pokazują poruszający film.

Czarnoskóry mężczyzna prosi o przetłumaczenie wiadomości, którą otrzymał na facebooku. Sęk w tym, że jest ona rasistowska i bardzo obraźliwa. Ciekawe, że wypowiedzenie słów na głos, wprost do kogoś, staje się już zbyt trudne.

Rozmowy zostały nagrane ukrytą kamerą, a ludzie, których widzimy, sądzą, że przyszli na casting do reklamy. W rzeczywistości nie było żadnego castingu, ale rola, która na nich czekała, okazała się być bardzo trudna. Stali się uczestnikami bolesnego eksperymentu.

Od kilku miesięcy mój dom jest tyglem, gdzie ścierają się różne kultury, przyzwyczajenia, religie, doświadczenia i stereotypy. Mieszka tu m.in. Turek, Włoszka o brazylijskich korzeniach, poukładany Niemiec, Litwinka i Polka z Wilna. Spotkasz muzułmanów, wegan, religijnych Greków, gejów. Razem imprezujemy, dyskutujemy, podróżujemy. I wcale nie jest tak, że jakieś tematy są tematami tabu. Uczymy się odpowiadać za swoje słowa, tłumaczyć swoją kulturę i rozumieć inną.

Choć nigdy nie brakowało mi empatii i tolerancji, z tym nowym doświadczeniem zupełnie inaczej postrzegam agresję słowną w internecie i prasie. Obraźliwe słowa przestały być abstrakcyjne. Są skierowane do konkretnych osób: do mojego współlokatora, do mojej sąsiadki, kolegi z pracy. Gdyby tak posłuchać pewnego publicysty i wysiedlić z Gdańska muzułmańskich Tatarów, mogłoby się okazać, że w windzie przestaniesz spotykać śliczną dziewczynę z piętra wyżej. Gdyby tak „zamknąć wszystkich Albańczyków”, nie spotkałabym już tego uśmiechniętego blondyna zza baru w Koryncie. „Mogę tylko przeprosić za to… osobiście.” – mówi jeden z uczestników nagranego eksperymentu.

Zamiast przepraszać, reagujmy. 

Zdj. w nagłówku: Joshua Earle

Kalosze, parasol i mercedesy. Czyli autostopem przez Albanię

Już po tym, jak zapadła decyzja o celu, ale zanim jeszcze zaczęły się pakować, dziewczyny musiały wysłuchać miliona pytań od bliskich i znajomych, wielu ostrzeżeń i przestróg. Dwie kobiety podróżujące autostopem w Albanii, czy to się może udać? O swojej podróży opowiadają Kamila Murdzia i Agnieszka Kwiatkowska.

***

Ana Matusevic: Kamila – ratowniczka medyczna z Gdańska, Agnieszka – ekonomistka z Warszawy. Jak się poznałyście?

Kamila Murdzia: Poznałyśmy się w Grecji. Ale zanim to się stało, minęłyśmy się w tłumie na lotnisku w Warszawie: Aga leciała do Aten, ja wróciłam ze Stanów. Tego dnia nawet nie podejrzewałam, że wpadnę na pomysł wyjazdu na wolontariat. I, że to będzie Grecja. Cudowne zrządzenie losu.

Agnieszka Kwiatkowska: Pamiętam dzień, w którym Kamila przyjechała do Xylokastro. Czekaliśmy na nowego wolontariusza i byliśmy niezmiernie ciekawi, kto to będzie. Gdy na dworcu spotkałam dziewczynę z dużym plecakiem, zamiast walizki na kółkach, wiedziałam, że się dogadamy.

Kamila: Okazało się, że mamy wspólne pasje.

Agnieszka: Jedna z naszych pierwszych rozmów dotyczyła gór. Wpadłyśmy na szalony, zdaniem niektórych, pomysł wejścia na Olimp. Wciąż jest na liście „to-do”.

Zrezygnowałyście z powodu zimy. Ale od Olimpu do Albanii daleko…

Agnieszka: Przed powrotem do Polski Kamila planowała kilka dni wolnego. Chciałyśmy więc gdzieś razem wyruszyć. Na stopa. Zrobiłyśmy burzę mózgów, Saloniki odpadły, bo Kamila spędziła tam Sylwestra, rozważałyśmy Bułgarię i Macedonię, ale nie miałyśmy tyle czasu, żeby jechać tam na stopa. Więc Albania, bo czemu nie?

Kamila: Rzeczywiście tak było. Patrząc na mapę stwierdziłam, że Saloniki są w takiej samej odległości od Xylokastro, co Albania. Gdy to powiedziałam na głos, spojrzenie Agi było bardzo wymowne – jedziemy!

albania_na_stopa

Agnieszka i Kamila w drodze. Z nieodłącznym parasolem (wszystkie wykorzystane w artykule zdjęcia autorstwa Kamili i Agnieszki)

Co wiedziałyście o tym kraju? Znajomi, a już w szczególności Grecy, reagowali podniesieniem brwi. „Albania? Po co? Przecież tam nic nie ma!”

Kamila: Wiedziałam, że Albania graniczy z Grecją i że do Tirany możemy dotrzeć w pięć dni. Tyle. Myślę, że ta niewiedza bardzo wpłynęła na naszą decyzję – chciałyśmy poznać inny, nieznany dla nas kraj. A negatywne reakcje ludzi tylko jeszcze bardziej podsycały naszą ciekawość.

Agnieszka: Gdy zapadła decyzja, zaczęłyśmy snuć plany, pytać, szukać informacji. Wiedziałam, że Albania słynie z dużej liczby bunkrów i ze swoich gór. Że jest tam biednie. Że tanio. Wielu Albańczyków pracuje na emigracji, również w Grecji, i widziałam, jak niezbyt przychylnie są przez Greków postrzegani.

„Niezbyt przychylnie” to raczej eufemizm. Czy zasłyszane stereotypy się potwierdziły? 

Kamila: Powiedziałabym raczej, że opinie, nie stereotypy. Opowiadano nam, że w Albanii jest bardzo niebezpiecznie, że poza plażą latem nie ma tam nic do zobaczenia. Że sami Albańczycy są nieprzyjaźni. W rzeczywistości odwiedziłyśmy wiele ciekawych miejsc, albańskie miasta i zabytki z listy UNESCO, poznałyśmy też mnóstwo ciekawych ludzi.

Albańczycy  nieprzyjaźni? Po raz pierwszy w moim doświadczeniu z couchsurfingiem odpisała mi każda osoba, do której wysłałam zapytanie. Saimir, chłopak z Sarande, nie mógł nas przenocować, więc poprosił o pomoc kolegę. Otrzymałyśmy do dyspozycji jego puste zimą mieszkanie! Pomocnych ludzi spotykałyśmy nawet na ulicy. Gdy w Gijakaster szukałyśmy hostelu,  zaczepiła nas dwójka studentów. Zaoferowali pomoc i wynegocjowali dla nas lepszą cenę. Następnego dnia, mimo imprezy do czwartej nad ranem, już o ósmej zabrali nas na wycieczkę po okolicy.

butrint_albania

Archeologiczny Butrint w pobliżu miasta Saranda w południowej Albanii

Agnieszka: Z listy UNESCO w Albanii odwiedziłyśmy Butrint i dwa miasta-muzea, Berat i Gijrokaster. Chłopakom z Gijrokaster chyba się spodobałyśmy, mieli frajdę, że mogą pokazać swoje miasto i porozmawiać z kimś z „zewnątrz”. Po powrocie napisaliśmy do siebie kilka maili – jeden z nich pytał, czy nasza wyprawa się udała, jak nam się podobało i czy nadal uważamy, że w Albanii jest niebezpiecznie. Młodym Albańczykom naprawdę zależy na odczepieniu tej „łatki”. Choć już na granicy pewien dziadek w autokarze, Albańczyk, trochę mnie wystraszył swoimi ostrzeżeniami. „Uważajcie!” – kiwał palcem w naszą stronę.

Po przekroczeniu granicy czekał nas test na asertywność. Który oblałyśmy… Nie mogłyśmy się opędzić od taksówkarzy, którzy prześcigali się w coraz to lepszych ofertach przewozu. Byłyśmy bardzo zmieszane namolnością, ale nawet gdy udało nam się przedrzeć w stronę pobliskiej stacji benzynowej, jeden z taksówkarzy jechał za nami wiąż próbując z nami negocjować.

albania_autostop

Herb Albanii można spotkać wszędzie – w postaci graffiti, flag, turystycznych pamiątek 

Kamila: Jednak podczas naszej podróży spotykałyśmy niemal same przyjazne osoby. W Tiranie pytałyśmy przechodniów, jak dotrzeć do centrum. Jeden chłopak, zamiast nam wyjaśnić, wsiadł z nami do autobusu, kupił bilety, za które nie chciał nawet kasy, pojechał z nami i pomógł skontaktować się z naszą koleżanką.

Trudno jest też wyliczyć wszystkich, którzy zabierali nas na stopa. W samej Albanii było to trzynaście samochodów. Przeważnie podrzucali nas dalej, niż sami jechali albo podwozili nas za miasto, gdzie łatwiej złapać kolejne auto. Nie zdarzyła nam się żadna przykra, tym bardziej niebezpieczna, sytuacja. Wszyscy byli niezwykle pomocni i bardzo otwarci, chętnie opowiadali o sobie i Albanii, dzielili się swoim doświadczeniem. Miałam wrażenie, że często byłyśmy ich „oknem na świat”.

Jaka jest Albania? 

Agnieszka: To jeden z najbiedniejszych krajów Europy. Uderzająca jest ilość śmieci, można spotkać wręcz całe „rzeki śmieci”. Ale krajobraz jest piękny: siedemdziesiąt procent powierzchni kraju to góry, a nadmorskie kurorty latem tętnią życiem.

gory_albania

Góry zajmują większą część powierzchni Albanii

Kamila: Albańskie góry trochę się różnią od tych hiszpańskich czy greckich, ale na pewno nie są gorsze! Rzeczywiście jest bardzo biednie, czasami brakuje dróg, a te, które są, pozostawiają wiele do życzenia. Jeżeli ktoś chce jechać do Albanii samochodem, to tylko z wysokim podwoziem. Zima w Albanii jest deszczowa, więc przydadzą się dobre kalosze. Moje, kupione na miejscu, zupełnie się nie sprawdziły… W mieszkaniach brak jest centralnego ogrzewania, więc zimową porą jest bardzo zimno, czasami na zewnątrz było zimniej, niż w środku! Mieszkańcy ogrzewają domy elektrycznymi dmuchawami i piecykami, ale bez izolacji w ścianach ciepło szybko się ulatnia.

Agnieszka: Pomimo zimna i deszczu, dokoła wszędzie widziałyśmy suszące się pranie (śmieje się). Zaskoczyła mnie też nieobecność kobiet w przestrzeni publicznej, szczególnie w małych miejscowościach – idziesz ulicą, wchodzisz do knajpy, a dokoła sami mężczyźni. Nie dało się więc nas nie zauważyć. Dwie dziewczyny w kolorowych kurtkach, z wielkimi plecakami. Te proporcje zmieniają się nieco w stolicy, w Tiranie.

bazar_albania

Albania to jeden z najbiedniejszych krajów w Europie

tirana_albania

Stolica, Tirana, bardzo się różni od innych miast Albanii

Kamila: Tirana to zupełnie inny świat, w porównaniu z resztą miast, które odwiedziłyśmy. Jest bardziej europejska, ale pełna śladów komunizmu: bunkry, tablice i posągi, upamiętniające bohaterów narodowych, dawna siedziba stacji telewizyjnej dyktatora Hodży. Mieszkańcy Tirany są też bardzo dumni, że papież Franciszek wybrał ich miasto na cel swojej pierwszej wizyty zagranicznej.

Agnieszka: Albania wielu kojarzy się z islamem, a co za tym idzie – z terroryzmem. Sześćdziesiąt procent Albańczyków to muzułmanie, ale wydaje mi się, że nie są zbyt religijni. Hodża w swoim czasie ogłosił Albanię pierwszym w pełni ateistycznym krajem. Funkcjonują jednak pewne tradycje, na przykład wybranek kobiety musi być zaakceptowany przez jej rodziców.

Kamila: Tirana goni za Zachodem, reszta Albanii też by chciała. Nasi rozmówcy twierdzili, że marzy im się przystąpienie do Unii Europejskiej. Widzą w tym ogromną szansę na rozwój kraju i myślę, że przede wszystkim możliwość swobodnego wyjazdu do innego kraju za pracą. Obecnie wielu Albańczyków wyjeżdża tylko na dozwolone trzy miesiące, pracuje na czarno i wraca do kraju.

berat_albania

Berat – miasto tysiąca okien

Agnieszka: Wszyscy, kogo spotkałyśmy, albo sami pracowali, albo mieli kogoś za granicą, znali grecki lub włoski.

Kamila: Za to ceny w Albanii to była ulga dla naszych portfeli! Obiad można zjeść za niecałe dziesięć złotych. I jeszcze popić herbatą. Cena piwa w knajpie nie różni się zbytnio od ceny piwa w sklepie. Można pozwolić sobie na stołowanie się w knajpkach. Tradycyjna potrawa to byrek – podobne do placka z ciasta francuskiego z nadzieniem w postaci sera, pomidorów lub szpinaku. Można to kupić na każdym rogu, w ulicznych budach czy piekarniach za pięćdziesiąt lek, czyli około jednego naszego złotego.

niskie_ceny_albania

Ceny w Albanii są bardzo przyjazne naszej polskiej kieszeni

Lonely Planet już kilka lat temu ogłosił ten kraj jako „top destination”, ale wciąż niewielu obcokrajowców decyduje się na samodzielną podróż w te strony. Co byście mogły doradzić komuś, kto wyrusza do Albanii autostopem? 

Agnieszka: Transport publiczny jest bardzo tani. Raz jechałyśmy autobusem, ale z Saimirem, więc płaciłyśmy tyle, co wszyscy. Gdybyśmy były same, cena mogła być wyższa. Na stopa czekałyśmy średnio piętnaście minut, ale zawsze też miałyśmy dużo ofert od „taksówkarzy”. Zatrzymywały się busy i stare mercedesy – pseudotaksówki. Nie wsiadałyśmy do samochodów z podejrzanym towarzystwem.

Wyruszając w drogę autostopem warto mieć przy sobie gaz pieprzowy, być ostrożnym i nie wsiadać do auta z trzema wielkimi facetami.

Kamila: Nie sugerujcie się tym, co się słyszy o Albanii – że mafia, że cię okradną, zamordują, wywiozą. Ale przed podróżą należy popracować nad asertywnością i stanowczo odmawiać, jak się czegoś nie chce. Albańczycy  jeszcze nie bardzo wiedzą, jak traktować turystów, więc najczęściej próbują wyciągnąć najwięcej kasy, ile się da. Na przykład, cena hostelu dla nas była wyższa, niż dla Albańczyków. Dlatego tym bardziej warto przyjmować pomoc od miejscowych i być otwartym na ich propozycje – oni wiedzą najlepiej, co, gdzie i dlaczego.

autostop_albania

Agnieszka i Kamila podróżowały autostopem, a nocowały głównie u ludzi, wyszukanych na couchsurfing.com

Jeżeli ktoś się spodziewa „pięknej” wycieczki, to się rozczaruje. Albański rząd nie radzi sobie z szeregiem problemów, m.in. śmieci czy dzikie obozy, w których mieszkają najbiedniejsi. Nawet w stolicy należy się spodziewać trochę ponurego krajobrazu: bazary, lumpeksy, pasące się krowy i owce przy bardziej nowoczesnych budynkach. Ale tym, co uwielbiają góry i poznawanie fascynujących historii, Albania ma wiele do zaoferowania. To miejsce zdecydowanie inne od wszystkich europejskich krajów.

Podczas podróży dziewczyny poznały Raya – kuglarza, od trzech lat podróżującego po Europie. Jego niesamowitą historię przeczytacie tutaj >>. Agnieszki blog o wolontariacie w Grecji tutaj >>

Rzym: kulinarny, zabytkowy, zwyczajny

Dzień zaczynamy od kawałka pizzy. Na mojej nie może zabraknąć rukoli – z daleka przyciąga uwagę wiosenną zielenią. W połączeniu z kropkami koktajlowych pomidorów i dobrym serem nie tylko wygląda. Smakuje!

Witaj w Rzymie. Mieście, gdzie bez wyrzutów sumienia od rana do wieczora możesz pochłaniać kilogramy węglowodanów. Gdzie będziesz dobrze się bawić bez względu na zasobność portfela. Mieście rozdeptywanym przez miliony turystów, a mimo to zachowującym niesamowity urok.

dyptyk_rzym

Jeżeli Watykan cię przytłacza, a Koloseum rozczarowuje, wpadnij do Trastevere. Przy dobrej pogodzie wybierz się na spacer do jednego z parków. Gdy wieje lub pada, zejdź do krypty Kapucynów. Albo pozwól zachwycić się sztuką Andrea del Pozzo w Sant’Ignazio. A przede wszystkim, o każdej porze dnia i nocy, korzystaj z uroków małych knajpek, kawiarni, restauracji.

rzym_roma_lunch

Ravioli z serem, w sosie z gruszką i orzechami włoskimi – niebo w gębie

Kulinarna wycieczka to jeden z najlepszych pomysłów na pobyt w Rzymie. Poznaj zupełnie inny smak dań, znanych z polskich restauracji, np. makaronu w sosie bolońskim lub carbonara. A potem sięgnij po więcej, po nieznane kształty makaronów, wina, desery. Chyba nie muszę przekonywać, że pizza również będzie smakować zupełnie inaczej: na początek polecam z szynką prosciutto, karczochem i jajkiem.

rzym_restauracja

rzym_roma_pizza_wbiegu

Chcesz jak najwięcej zobaczyć i nie masz czasu na restaurację? Złap kawałek pizzy na wynos. Zapłacisz kilka euro, ale na pewno będzie świeża i pyszna. Kawę też pija się w biegu – w wielu kawiarniach cena za cappuccino wypijane „na stojąco” przy barze jest dwa razy niższa, niż kawa przy stoliku.

rzym_watyna_mewa

bazylika_watykan

Watykan. Miejsce, które przyciąga wiernych, miłośników sztuki i fanów Roberta Langdona. Żeby odwiedzić muzea watykańskie, należy odstać kilometrową kolejkę. Nie wiem, czy ktoś kiedyś odstał całość i nie poddał naganiaczom, oferującym „skip the line” (za odpowiednio wyższą cenę, oczywiście). Jest inny sposób pominąć kolejkę – zarezerwować bilet online. Przy okazji odkryłam informację o możliwości nocnego zwiedzania najbardziej znanych miejsc Watykanu.

Droga do Placu Św. Piotra oraz sam plac bardzo mnie męczy. Początkowo musisz się przebić przez dziesiątki naganiaczy, potem przez tłum turystów i pielgrzymów. Siadam obok zakonnic, przy fontannie, a moją irytację wynagradza widok na bazylikę.

zakonnica_plac_piotra_watykan

rzym_kapliczka

Tuż po przybyciu na lotnisko albo na główny dworzec Termini warto zahaczyć o punkt informacji turystycznej i poprosić o mapę. Mapki są oczywiście darmowe, a w wielogodzinnych spacerach w centrum miasta bardzo pomocne. Choć i tak najprawdopodobniej nie uda ci się trafić do fontanny di Trevi za pierwszym razem (niestety, nieczynna przez najbliższy rok-dwa), ale po paru dniach spędzonych w jej towarzystwie poczujesz się jak lokals.

rzym_rower

dyptyk_kot_skuter_rzym

rzym_dom

rzym_ogrody

Zmęczony hałasem i tłumem udaj się na wzgórza przy ogrodzie botanicznym. Albo do ogrodów Borghese. Lub zejdź w dół, do rzeki, gdzie towarzyszyć ci będą tylko mewy.

rzym_mewy_tybr

pinie_rzymskie_sienkiewicz

rzym_mosty_tybr

Po drodze do Villi Borghese mijam dzielnicę rządową. Tu tętni polityczne życie stolicy. Pod ministerstwem demonstrują związkowcy, śmigają taksówki, białe kołnierzyki okupują pobliskie restauracje. Jak w każdym innym dużym mieście.

protest_w_rzymie

taksowki_w_rzymie

dyptyk_wloska_flaga_amore

Rzym jest miastem, które warto odkrywać. Wracać, smakować i za każdym razem zabierać ze sobą zupełnie inne wspomnienia. Jestem ciekawa, z czym Wam się kojarzy Wieczne Miasto, jakie obrazy przywołuje w myślach?

widok_na_rzym

Gruziński tort Jastrzębskiego

Armenia rozbudziła mój apetyt na kraje kaukaskie. Z dzieciństwa pamiętam ogorzałych Gruzinów, sprzedających arbuzy na wileńskiej hali. Do dziś bawi mnie „Kaukaska branka„, a szaszłyki stały się imieninową tradycją rodzinną. Pojechałam więc na Kaukaz i nagle odległe stało się bliskie. Obiecałam więc sobie, że po Armenii Gruzja będzie następna. 

jastrzebski

I tu, jak na życzenie, pojawia się Klątwa gruzińskiego tortu. Druga książka Macieja Jastrzębskiego (po Matrioszce Rosji) zabiera czytelników do gruzińskich portów, na pogranicze gruzińsko-osetyjskie, na wojnę, na wybory, próbuje przybliżyć gruzińską kulturę i burzliwą historię. Jednak mimo całej mojej sympatii do autora oraz opisywanego kraju… trudno będzie mi polecić tę książkę.

Nie podlega wątpliwości – wiedzę Jastrzębski ma ogromną. Autor jest zafascynowany, wręcz zakochany w Gruzji. Orientuje się w sytuacji politycznej regionu, zawsze stara się być tam, gdzie dzieją się rzeczy najważniejsze, z przyjemnością oddaje się dyskusjom z Gruzinami, wie, kiedy wypada pomilczeć, a kiedy nie wypada odmówić (alkoholu – nigdy!).

W książce znajdziemy i fakty historyczne, i fragmenty legend, i teorię spiskową (choć po fikcyjnym bohaterze w Matrioszce mam pewne wątpliwości co do istnienia bohaterki tej teorii), i naszych polskich polityków, i brawurowe wypady na „front”, i opisy toastów oraz kuchni regionalnej, i rozmowy z czołowymi gruzińskimi politykami… Wydaje się jednak, że autor bardzo-bardzo chciał opowiedzieć jak najwięcej, ale nie do końca miał pomysł, jak to zrobić.

Przede wszystkim, zupełnie nie podeszła mi koncepcja książki. Ani to reportaż, ani powieść, ani pamiętnik. Początkowo wydawało mi się, że osią opowieści ma być autor i jego gruziński przewodnik-taksówkarz. Na przykładzie tej relacji mieliśmy bliżej poznać gruzińskie zwyczaje, specyficzną gruzińską męską przyjaźń. Jednak przeskakiwanie z tematu na temat, wprowadzane i znikające wątki, budowanie napięcia bez jego rozwiązania, przytaczanie w całości wywiadów powodowały, że lektura była bardzo męcząca. Nawet niezwykle dla mnie fascynujące wydarzenia Rewolucji Róż i inwazji rosyjskiej zupełnie się rozmyły.

Być może spodziewałam się zbyt wiele – w reporterskiej serii Editio pojawiły się książki ważne i świetne. Tym razem jednak autor zapomniał naostrzyć pióra i wydał książkę niezjadliwą. Do tego z bardzo brzydką okładką.

Egzemplarz recenzencki: Wydawnictwo One Press >>

Czwarty rok podróży Raya

Planował podróżować przez rok – odwiedzić wszystkie europejskie kraje i zdecydować, co dalej. W grudniu minęły trzy lata odkąd Ray opuścił swoje rodzinne miasto na Gran Canarii i swoim białym vanem przemierza Europę. Van stał się jego domem, GPS przewodnikiem, a on? „Nomadem” – odpowiada. I jest szczęśliwy.

„Przede mną jeszcze Turcja, Armenia, Gruzja i duża część Europy” – wodzi palcem po mapie, gdy ja tymczasem rozglądam się po jego miniaturowym mieszkaniu. Łóżko, stół, łazienka, mnóstwo schowków. W każdej wolnej przestrzeni  zainstalowane są szafki, w szafkach pochowane piłki i maczugi żonglerskie, monocykl, rower i wszystko, co się przydaje w życiu w trasie. Mój podziw rośnie, gdy dowiaduję się, że wnętrze zaprojektował i wykonał sam.

ray_the_juggler

Ray we wnętrzu swojego vana, który już od ponad trzech lat jest jego domem

„Wybraliśmy się kiedyś z moją dziewczyną w podróż, przez 22 dni włóczyliśmy się z plecakami po Europie” – tak zaczyna opowieść o tym, jak pracownik dobrze prosperującej firmy postanawia zostawić dotychczasowe życie od ósmej do szesnastej, od weekendu do weekendu, i ruszyć w drogę. Plan jest prosty – kupić van dostosowany do zamieszkania i tym samym ułatwić sobie długą podróż. Gdy się okazuje, że koszt samochodu jest zbyt wysoki, Ray postanawia dostosować przestrzeń vana samodzielnie. Przez trzy miesiące projektuje, wgryza się w niuanse konstrukcyjne, odwiedza właścicieli innych samochodów tego typu i w końcu zaczyna budować. Po pół roku może rozpocząć przygodę życia.

Przygoda staje się sposobem na życie. Droga weryfikuje plany, ale cel pozostaje bez zmian: przemierzyć Europę podążając za pasją i niosąc ze sobą pozytywną energię. A pasją Raya jest żonglerka, która z czasem pozwala zarobić na dalsze podróże. 300 euro miesięcznie – tyle wystarcza, a gdy robi wypady rowerowe, jeszcze mniej, bo największą część pieniędzy pożera paliwo.

Wieczorem siedzimy przy stole w domu i Ray cierpliwie odpowiada na wszystkie pytania. Jestem pewna, że na większość z nich odpowiadał już co najmniej kilkadziesiąt razy, ale uśmiech nie schodzi mu z twarzy. „Moja podróż to niekończąca się nauka – tłumaczy. – To przekraczanie nie tylko granic państwowych, ale również własnych ograniczeń”. Gdy zostawił za sobą życie, uważane przez większość za „normalne”, nagle znalazł czas dla siebie. Na swoje zainteresowania, dla ludzi, których poznaje w drodze. Na naukę i rozwój. To jest prosta matematyka, przekonuje: „Kiedy pracujesz osiem godzin dziennie, dwie idą na dojazdy do pracy, po pracy obiad, telewizja, internet, z dnia nie pozostaje zbyt wiele. Natomiast w weekendy robimy to samo, tylko w innym miejscu. Nie mamy czasu dla siebie i dla innych”.

Nie jest jednak tak, że Ray żyje z dnia na dzień w błogim lenistwie. „Znajdź pracę, którą lubisz, a do końca życia nie będziesz musiał pracować!” – przypominam mu znaną sentencję. Przyznaje mi rację.  Przez większość czasu pracuje jako kuglarz – organizuje pokazy swoich umiejętności, robi show na ulicach odwiedzanych miast. Przy okazji udziela się też w komitecie organizacyjnym Europejskiej Konwencji Żonglerskiej, od prawie czterdziestu lat co roku organizowanej w innym kraju. Trzy lata temu taka impreza odbyła się w Lublinie. „Uwielbiam Polskę” – stwierdza Ray na wspomnienie Lublina.

W każdym odwiedzanym mieście stara się spędzić dwa tygodnie, w Polsce zabawił… „Nawet trudno mi powiedzieć, jak długo” – śmieje się. Dlatego, że ludzie byli niezwykle mili, bardzo gościnni, pomocni. I hojni. Tak, to w Polsce w ciągu kilku dni potrafił zarobić tysiąc złotych. Dopytuję więc, jak to robi?

„Przede wszystkim, trzeba zainteresować sobą przechodnia” – tłumaczy. Czasami po prostu ćwiczy żonglerkę, aż ktoś przystanie, żeby popatrzeć. Czasami występuje z przygotowanym wcześniej pokazem, próbuje nawiązać kontakt z publicznością. Albo robi warsztaty dla dzieci. Często też zabawia swoimi sztuczkami kierowców na skrzyżowaniach. „To lubię najbardziej. Przedstawienie trwa minutę-dwie, a za chwilę mam nowych widzów” – zdradza. I zasada najważniejsza – nigdy nie wyciąga ręki po pieniądze. Na ulicy to nie twoje umiejętności są najważniejsze, ale pozytywna energia. Uśmiech. Wtedy ludzie sami sięgają do portfeli: „Płacą mi i jeszcze dziękują, czy może być lepiej?”.

Ray z wykształcenia jest programistą i pracownikiem społecznym. Stale mając kontakt z ludźmi na ulicy bardzo mu się przydaje wiedza z psychologii. Po pokazach wiele osób chce z nim porozmawiać, opowiedzieć o sobie i swoich problemach. Żartuje, że czasami czuje się jak psychoterapeuta. Ale ludzie to nieodłączna część jego życia. Gdy pokazuje mi zdjęcia z ubiegłorocznej Konwencji, potrafi wymienić każdego, kogo spotkał.

Przyznam szczerze, że rzadko spotykam tak inspirujących ludzi jak Ray. W wielu kwestiach zupełnie się nie zgadzamy (chociażby w temacie weganizmu), ale przekonuje mnie jego koncepcja szczęścia. „Im lepszym człowiekiem jesteś, tym łatwiej o szczęście. Najpierw naucz się być dobry dla siebie, potem dla innych, w końcu dla wszystkiego, co cię otacza” – mówi. W tej chwili przychodzi mi na myśl „Imagine” Lennona. Nie jestem jedyną taką marzycielką.

P.S. Ray serdecznie wszystkich zaprasza na tegoroczną Konwencję Żonglerską, która odbędzie się w Alpach. Wszelkie szczegóły na stronie www.  Nie musisz być kuglarzem, wystarczy, że przywieźć ze sobą energię na całodobową zabawę w międzynarodowym towarzystwie!

Rzym: odkrywam Zatybrze

Nie rób tego w sierpniu” – pisałam parę lat temu. Podobno najlepiej w kwietniu, ale w lutym też jest dobrze. Powiem nawet, że cudownie, bo pod ciepłym swetrem nie widać, jak kolorowe pizze i pasty-palce-lizać nie idą, bynajmniej, w cycki. 

Każdy potrzebuje wakacji. Od pluchy, mrozu, deszczu. Albo od małej mieściny, gdzie zimą może i świeci słońce, a na horyzoncie rysują się ośnieżone szczyty peloponeskich gór, jednak potrzeba zmiany krajobrazu, choć na chwilę, po jakimś czasie staje się zbyt silna. Z Aten do Rzymu można polecieć za kilkanaście euro. Tyle samo kosztuje mnie dojazd do greckiej stolicy, więc nawet nie zastanawiam się zbyt długo. Pakuję aparat i w drogę.

Zatybrze_czerwony_fiat

Lubię wracać. Pierwszy raz jest zazwyczaj mało świadomy, trochę chaotyczny, mało czasu, dużo miejsc „must see”. Powroty pozwalają na pominięcie największych atrakcji turystycznych bez poczucia, że coś się traci. Spędzić więcej czasu w knajpce, bez pośpiechu kluczyć tymi samymi ulicami. I odkrywać nowe rzeczy.

zatybrze_fragmenty

Za sugestią kilku miłych memu sercu osób, tym razem wybieram się na drugą stronę Tybru. Trastevere jest najstarszą dzielnicą Wiecznego Miasta, w średniowieczu zamieszkałą głównie przez marynarzy i cudzoziemców, w XX wieku przez proletariat i wyrzutków. Przez wieki Zatybrze pozostawało jakby na uboczu wszystkiego, co się działo po drugiej stronie rzeki, a główne turystyczne szlaki omijały wąskie zatybrzańskie uliczki z odrapanymi kamienicami.

uliczki_zatybrza

sloneczny_fiat_zatybrze

Dziś to idealne miejsce na długi spacer, choć Zatybrze odwiedza coraz więcej turystów. Przyciągają ich niższe ceny i klimatyczne sklepiki. Wydaje mi się, że więcej tu uśmiechu i mniej spiętych ludzi. Stanie w kolejkach do Watykanu, do Koloseum potrafi nieźle zszargać nerwy, a na Zatybrzu może przyjść powalczyć tylko o miejsce pod fontanną lub stolik w cieniu.

knajpki_zatybrze

plac_marii_zatybrze

Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, a na Zatybrzu wszystkie uliczki w cudowny sposób doprowadzą do placu Marii Panny z jedną najstarszych fontann włoskiej stolicy oraz niepozorną z zewnątrz, ale imponującą w środku Bazyliką (bardzo fajnie o Zatybrzu pisze przewodnik Miasta Marzeń – Rzym).

jedzenie_zatybrze

mieszkaniec_zatybrza

zatybrze_artyści

wyspa_tybrzanka

Przy okazji spaceru na Zatybrze, zaglądam do dawnego żydowskiego getta – jest to okolica tuż za Isolą Tiberina. Dzielnica ta również ma długą historię: w czasach Inkwizycji papież zarządził, aby wszyscy Żydzi mieszkali na wyznaczonym, ograniczonym obszarze. Dzisiaj o przeszłości opowiadają fragmenty dawnych murów i synagoga. Rozwijają się natomiast centra kultury żydowskiej, koszerne restauracje.

Wracam na Zatybrze jeszcze kilka razy: na obiad, na kawę, na wieczorny spacer. I po cichu obiecuję sobie, że przy najbliższej okazji to tutaj będę szukać noclegu. Urzekające miejsce!

zatybrze_autoportret

Dwa dni z żółwiami

No, nie wyczaisz. Ale jak one wyczają, to i ty wyczaisz. Czaisz?* 

Poznałam ludzi, którzy czają. Czają, kiedy małe żółwie, takie miniaturki, z godną podziwu zaciekłością zaczynają rozkopywać złoty piasek i sprintem zapieprzają do wody. Czają, kiedy lokalsi nie pozwalają budować dużych ośrodków turystycznych w bezpośrednim sąsiedztwie lęgowisk. Nie czają jednak, gdy nad ranem dostają telefon o ciężko rannych, pokaleczonych żółwiach. W milczeniu pakują sprzęt do małego busa i ruszają w drogę.

zolwie w glyfadzie

Nad horyzontem szaleje rubinowy zachód słońca. Barwi niebo, chmury, przegląda się w wodzie, powoli pochłania kontury wysp sarońskich. Wiatr przynosi stukot obijających się burtą o boje jachtów. Ich rozmiary i liczba sporo mówią o grubości portfeli tutejszych mieszkańców. Bo trzeba wiedzieć, że Glyfada to mały przyateński raj, zamieszkały głównie przez krezusów.

Ateński raj

Plaże wcale nie są ładne: szarobure, gruboziarniste, zaśmiecone. Ale otaczają je wspomniane jachty, domy z wysokimi murami, a w centrum Glyfady ciągnie się szereg sklepów – z sieciówkami i z bardziej ekskluzywnymi markami. Od Aten jest wystarczająco daleko, żeby nie zawracać sobie głowy protestami uchodźców pod parlamentem czy zdarzającymi się od czasu do czasu zamieszkami. Wzdłuż nabrzeża w weekendy przetaczają się tabuny spacerowiczów. Raj.

marina_glifada

Dojeżdżam tramwajem, chwilę kluczę, aż w końcu trafiam do celu. Przy drodze widzę luźny kawałek betonu, więc zgodnie ze wskazówkami, wspinam się na wysoki krawężnik i w gąszczu krzewów znajduję zamaskowaną bramę w płocie. Tędy chodzą tylko pracownicy i wolontariusze centrum Archelon. Spędzę tu dwa dni, żeby przyjrzeć się z bliska, jak wygląda jeden z najstarszych ośrodków ratowania żółwi morskich w Grecji.

centrum_archelon

W ubiegłym roku centrum obchodziło swoje dwudziestolecie. Inicjatywę organizacji Archelon wspiera administracja Glyfady i Ministerstwo Środowiska. Jednak podstawową siłą roboczą stanowią wolontariusze, zarówno lokalni, jak i zagraniczni  – rocznie na zasadach wolontariatu pracuje tu około 50 osób. Jest to dość nietypowe zjawisko jak na Grecję, ponieważ praca społeczna w tym kraju jest zupełnie niepopularna, a ochroną środowiska przecięty Grek nie zaprząta sobie głowy.

Niemniej jednak, wielu Greków zostaje wolontariuszami Archelonu. Wspierają działania informacyjne, zabezpieczają dwa istniejące w kraju lęgowiska na Peloponezie i Zakynthos, pomagają w najtrudniejszych pracach, związanych z utrzymaniem centrum. Może to urok patrona organizacji, tajemniczego prahistorycznego gada, prapradziadka współczesnych żółwi?

dionisos_sklep

Dionisos, dla przyjaciół Dino, jest ateńczykiem i chlubnym przykładem młodego Greka, angażującego się społecznie. W Archelonie stara się być w każdy weekend

Witajcie w Archelonie

Tuż za ogrodzeniem centrum czeka mnie pierwsze zaskoczenie: wolontariusze mieszkają w wagonach, przekazanych organizacji przez Ο.Σ.Ε., greckiego przewoźnika kolejowego. Wagony zostały odpowiednio dostosowane, powstały w nich nieduże pokoje, toalety, prysznic, kuchnia. Mimo wszystko, ktoś, kto liczy na zakwaterowanie o standardzie Glyfady, będzie mocno rozczarowany. Wilgoć i zimno (w miesiącach zimowych) wdziera się do każdego kąta i potrafi mocno uprzykrzyć mieszkańcom centrum. W deszczowe dni pracownikom bardzo się przydają kalosze – tylko część ośrodka posiada drewnianą podłogę, reszta terenu to niezbyt dobrze ubita ziemia.

wagony_mieszkalne

widok_zza_ogrodzenia

Wolontariuszom do snu gra woda. W burzliwą pogodę morskie fale z łatwością pokonują wąską plażę i docierają do ogrodzenia ośrodka. Ta sama woda przez specjalnie zaprojektowany system węży i rurek trafia do pojemników, w których mieszkają pacjenci. Część z nich znajduje się w „szklarni” – zimą udaje się tu utrzymać odpowiednią temperaturę.

dyptyk_wolontariusze

Wolontariusze mieszkają w specjalnie do tego przystosowanych wagonach. Są tu sypialnie, łazienka, kuchnia

7:30 rano

W Archelonie dzień zaczyna się wczesnym rankiem. Plan dnia jest bezwzględny, obchód wszystkich żółwi należy zakończyć przed ósmą. Próbuję wstać wcześniej, co mi średnio idzie, więc dopiero odgłosy ciężkich butów Victora stawiają mnie na nogi. Victor jest wolontariuszem ze Szwecji i mieszka w ośrodku od kilku miesięcy. Niedawno wytatuował sobie prahistorycznego archelona na plecach. W centrum nie ma miejsca dla przypadkowych osób, tacy szybko rezygnują.

poranny_obchod_zolwi

Victor mierzy temperaturę wody. Wyniki porannej obserwacji notowane są w specjalnym formularzu

Bierzemy z Victorem listę pacjentów i ruszamy do pracy. Najpierw sprawdzamy temperaturę wody w pojemniku. Większość żółwi nieruchomo drzemie na dnie lub unosi się tuż pod powierzchnią wody. Zupełnie nieruchomych śpiochów trzeba obudzić, poprosić o wynurzenie się, przy okazji Victor sprawdza, czy dany żółw przetrawił wszystko, co zjadł poprzedniego dnia. Sprawdzamy też rany pod opatrunkami i wszystko skrzętnie notujemy.

notatki_z_obchodu

W skutek odniesionych ran, niektóre żółwie mają problemy z zanurzeniem się lub równomiernym pływaniem. Biedak nieporadnie wymachuje płetwami, przewraca się na boki, nie jest w stanie przepłynąć nawet niedużej odległości. Taki pacjent dostaje skierowanie na rehabilitacyjną gimnastykę: na skorupie zostaje przymocowany specjalny ciężarek, który pomaga utrzymać równowagę. Jeżeli żółw wraca do zdrowia, po jakimś czasie ciężarki można zdjąć.

9:00 rano

Poranny obchód, zawsze o tej samej porze, jest bardzo ważny. Na podstawie notatek z obserwacji, żółwi bada weterynarz, przepisuje leki lub kroplówki. Później, gdy do pracy przyjdą inni wolontariusze, nie będzie czasu na spokojną obserwację. Zajmą się czyszczeniem pojemników, myciem żółwi, karmieniem i tak minie czas do południa.

dyptyk1

Borys ustala grafik na najbliższe kilka dni. Dzięki jasnemu podziałowi obowiązków nie ma zamieszania i każdy wie, czym ma się zająć

DSC_6707-1sm

Specjalny ciężarek pomaga utrzymać równowagę przy pływaniu i zanurzaniu się

Przy każdym pojemniku wisi informacja o jego mieszkańcu: imię, gatunek, data trafienia do ośrodka, wielkość oraz waga, rodzaj rany. Większość żółwi w Archelonie to przedstawiciele gatunku karreta (careta careta), w naturalnym środowisku osiągają wagę ok. 100 kg. Najcięższy pacjent ośrodka, Cronos, ważył 88 kg!

informacja_o_zolwiu

W tej pracy mięśnie naprawdę się przydają. Dziś Borys mocuje się z kilkudziesięcioma kilogramami najcięższych żółwi. Rozmiar nie zawsze idzie w parze z wagą i mniejszy okaz może ważyć kilkanaście kilogramów więcej, niż większy. 

wyjac_zolwia_z_wody

Niektóre żółwie ważą kilkadziesiąt kilogramów. Niemal codziennie należy je wyjąć z pojemników, umyć, wyczyścić

dyptyk_z_kotem

Wolontariusze zajmują się w ośrodku wszystkim: od porannych obchodów, poprzez karmienie, aplikowanie leków, dbanie o higienę pacjentów po sprzątanie całego centrum i prowadzenie spotkań edukacyjnych

11:00 przed południem

O tej porze praca w centrum wrze. Wszystko działa jak w zegarku, każdy wie, czym ma się zająć. Pora na karmienie. Sprawa jest prosta, gdy trzeba tylko podać mieszankę owoców morza. Gorzej, gdy żółw sam nie je – wtedy z ryb i krewetek robi się papkę i podaje się ją strzykawką. Zajęcie bardzo upierdliwe, nikt nie lubi, jak mu się jedzenie wpycha na siłę. Żółwie plują, grymaszą, ale ostatecznie i tak muszą się poddać. 

karmienie_zolwia

To, ile zje pacjent, zapisuje się w odpowiedniej rubryczce. Dzięki temu można monitorować jego apetyt i wnioskować o poprawie zdrowia

Pora karmienia przyciąga w weekendy najwięcej oglądających. Przez okno „szklarni” zaglądają roześmiane twarze dzieci. Chcą koniecznie wiedzieć, dlaczego największy żółw trafił do ośrodka. A ten najmniejszy? A tamtego co boli? Odpowiedzi na wszystkie te pytania zna Pavlos, wieloletni wolontariusz, a obecnie szef Centrum Ratowania Żółwi. 

Bezmyślność zabija

Ten biedak trafił do centrum tuż przed moim przyjazdem. „Został zmaltretowany przez ludzi” – mówi Pavlos. Żółwie często zostają ranne przez turbiny łodzi, ale takie rany łatwo odróżnić od tych zadanych przez ludzi. Nowoprzybyły nie miał szczęścia – ktoś zmasakrował mu czaszkę, uszkadzając znaczną część mózgu i oczy. Nie słyszy, nie widzi, nie je i bardzo cierpi.

badanie_zolwia

Nie daje mi spokoju pytanie „dlaczego?”. Dlaczego kaleczy się nieagresywne i dość miło wyglądające gady? „Część rybaków uważa żółwie za szkodniki” – tłumaczy Claudia. – „Kiedy żółwie natrafiają na zastawione rybackie sieci, traktują je jak szwedzki stół”. Ale nic ponadto nie może powiedzieć, bo sama sobie zadaje to pytanie odkąd przybyła do Grecji.

Nie wszystkie żółwie ludzie wysyłają na drugą stronę tęczy tępym uderzeniem w czaszkę. Mnóstwo objętych międzynarodową ochroną gadów ginie przez ludzką bezmyślność. Pavlos w swoim biurze przechowuje kilkanaście słoi z linkami, haczykami i innymi plastikowymi odpadami, które zostały wyjęte z ciał żółwi. „To lepiej działa na wyobraźnię, niż zwyczajna opowieść” – komentuje Pavlos.

co_zabija_zolwi

W kolekcji Pavlosa znajdują się linki, rozmaitej wielkości haczyki, metalowe gwoździe, plastikowe śmieci wyciągnięte z ciał żółwi

dyptyk2

Grecja u swych brzegów może się pochwalić niezwykłej przejrzystości wodą, ale otaczające je plaże i lasy są zaśmiecane bez większej refleksji. Wiele rozwiązań, które czynią nasze życie prostszym i bardziej zdrowszym, w Grecji jest traktowane jako kolejny zakaz lub nakaz do obejścia. Mimo zakazu palenia w miejscach publicznych trudno jest znaleźć kawiarnię bez dymu. Mimo ogromnej ilości śmieci, supermarkety zasypują klientów plastikowymi siatkami.

Żółwie, gdy się najedzą plastikowych śmieci, umierają z głodu. Napełniony niemożliwym do przetrawienia plastikiem gad nie jest w stanie zjeść nic więcej. I bez normalnego jedzenia umiera. Dlatego edukacja dzieci i młodzieży jest bardzo istotna, Archelon poświęca jej dużo czasu i energii.

zolw_ateny

Chwile satysfakcji

W południe zaczynam umierać z głodu. Kiedy Victor wyciągnął mnie z mojej sypialni w drewnianym wagonie, nawet nie miałam czasu na porządne śniadanie. Siadamy w kilka osób w altance. Jest grudzień i nie mogę się nacieszyć nietypową dla mnie o tej porze roku piękną słoneczną pogodą. Za chwilę słyszę klakson skutera – to dostawca souvlaki. Zapach przyciąga koty, stałych gości Centrum. Ale tutaj rządzi Happy, przegania konkurencję, sadowi się przy Borysie i cierpliwie czeka na swoją porcję.

happy_the_cat

Rozmawiamy o Pavlo. Pavlo-żółwiu, który kiedyś trafił ranny do ośrodka. Jeżeli żółwie mogą się przywiązać do ludzi, to Pavlo jest tego przykładem. Trzy razy opuszczał Centrum i wracał do Archelonu. 

Obowiązkiem służb publicznych jest informowanie organizacji o każdym znalezionym żółwiu, rannym, martwym lub po prostu wylęgującym się na plaży. Najwięcej zgłoszeń przychodzi z zachodniego wybrzeża Grecji i Peloponezu, czyli okolic naturalnych żółwich lęgowisk, a także z plaż w okolicy Aten i Pireusu. 

W ostatnich kilku latach, poza Pavlo, do morza wróciło kilkadziesiąt żółwi. Dla takich chwil pracują wszyscy wolontariusze Centrum zapewniają. Jest to uczucie dużej satysfakcji, dla której są w stanie znieść i spartańskie warunki zamieszkania, i ogrom pracy. 

[grey_box]Centrum można zwiedzić bezpłatnie w każdy weekend od 11:00 do 17:00. Wszyscy dyżurujący wolontariusze mówią po angielsku i chętnie opowiadają o ośrodku, żółwiach i ochronie środowiska. Dojazd tramwajem spod Parlamentu w Atenach do przystanku Paleo Demarhio (Glyfada). [/grey_box]

Archelon przyjmuje wolontariuszy z całego świata. Możesz aplikować samodzielnie lub w ramach programu Wolontariatu Europejskiego. Serdecznie dziękuję szefowi Centrum, Pavlosowi i Claudii, za możliwość przyjrzeć wszystkiemu z bliska. 

* cytat z filmu animacyjnego „Gdzie jest Nemo?”

zolw_ahoj

Sprzedaj lodówkę i jedź dokoła świata

Sprzedaj lodówkę, komputer, smartfona, zostaw korpo i jedź w podróż. Jak najdalej, najwyżej, najgłębiej, bo tylko takie życie jest prawdziwe. Przynajmniej tak uważa autor i powtarza jak mantrę, jakby czasami sam siebie musiał przekonywać, że życie w drodze jest życiem prawdziwym. Tylko życie w drodze jest życiem prawdziwym.

Ta ortodoksja pozostawiła we mnie pewien niesmak. Wszyscy gardzimy turystami-ciepłymi kluchami, wygrzewającymi się nad basenem w hotelach all inclusive. Jednak każdy z nas w podróży poszukuje innych doznań. Dla jednych będzie to kontakt z naturą, dla innych – z człowiekiem, jeszcze ktoś poszukuje smaków albo adrenaliny. I chwała nam, podróżnikom wszelkiej maści, za to.

Godycki_cwirko_lodowka

Mimo to, „lodówka” zasługuje na uwagę, przełożyłabym ją jedynie na półkę „literatura motywacyjna”. Bo tym właśnie autor się zajmuje. Propaguje filozofię „życia w drodze” w sposób, któremu trudno się oprzeć.

[grey_box]”Zapewnij sobie wszystko, co jest ci potrzebne, ale tylko to, czego tak naprawdę potrzebujesz. A potem zacznij patrzeć poza linię horyzontu. Tam wszystko zwalnia, a człowiek zaczyna rozumieć, co naprawdę jest najważniejsze. Bo nie ma miejsca na kompromis, jeżeli chodzi o nasze życie.”[/grey_box]

Kacper Godecki – Ćwirko był jednym z tych, co szybko zaczynają realizować swoje plany. Nie ma chwili do stracenia, życie jest zbyt krótkie, by czekać na następną okazję. W książce widzę postać pogodną, ciekawą świata i bardzo pewną siebie. Ciekawość gna autora przed siebie, do miejsc jeszcze mu nieznanych. Pewność siebie pomaga wyjść cało z najtrudniejszych sytuacji, natomiast pogoda ducha zapewnia sympatię lokalsów nawet na końcu świata. A takich „końców świata” odwiedził w swojej podróży dokoła ziemskiego globu kilka.

Autorowi wszędzie towarzyszy aparat, więc integralną częścią opowieści Godyckiego są zdjęcia. Fotografie zostały pięknie wyeksponowane, a tekst jest prawdziwą kopalnią inspirujących cytatów. Trochę mi wadzi nieformatowe i ciężkie wydanie, jest zupełnie niepraktyczne. Z drugiej strony, taka forma jest też pięknym hołdem złożonym autorowi.

[grey_box]”W podróży ważne jest to, co się dopiero wydarzy, Gdy decydujemy się na prawdziwe życie, zaczynają otaczać nas naprawdę ważne sprawy, prawdziwi ludzie i relacje, prawdziwe emocje. Podróż jest też próba dla miłości i przyjaźni. Nagle okazuje się, że mniej znaczy dużo więcej. Zostają przy tobie ci, którym na tobie zależy. Którzy nie chcą nic w zamian.”[/grey_box]

Podróż Godyckiego zakończyła się niespodziewanie, w miejscu, które uznał za „swoje miejsce na ziemi” – Afryce. Tym większej mocy nabierają napisane słowa, bo swoimi decyzjami, swoją pasją dawał przykład. Nie teoretyzował, tylko ruszał w drogę. W najbardziej szalone trasy.  Chylę czoła!

Xylokastro Volunteer Team

Początki były fascynujące i trudne jednocześnie. Prowincjonalne kilkutysięczne miasteczko, gdzie wszyscy się znają. Nie ma kina, nie wspominając już o centrum handlowym, bariera językowa, dziesiątka współlokatorów… Ale klamka zapadła, Ξυλόκαστρο stało się moim domem na kilka miesięcy.

Mówią, że rodziny się nie wybiera. Nie wybiera się też ludzi, z którymi będziesz dzielić pokój/mieszkanie/dom na wolontariacie. Nasze życie przypomina czasami Przyjaciół, częściej Big Brothera, ale kiedy przychodzi czas pożegnań, smutek jest najprawdziwszy.  Poznajcie moich współlokatorów i ich historie!

Franzi_z_Niemiec

Franziska przyjechała do Xylokastro z Niemiec i pracuje w przedszkolu w pobliskim Derveni. Ogromna gaduła, ale jednocześnie dobry duch towarzystwa. To Franzi poznałam w październiku jako pierwszą i zanim spotkałam resztę ekipy, już wiedziałam co, kto i dlaczego.

Z Niemiec pochodzą też Max i Lisa. Nie wiem, czy to przypadek, ale cała trójka pracuje z dziećmi. Mieszkanie z przedszkolankami ma ten skutek uboczny, że nieraz muszę wysłuchiwać opowieści o „kupach”, „rzygach” czy histeriach przedszkolaków. Trzeba jednak przyznać, że jednocześnie udaje im się zachować mnóstwo sympatii do swojej pracy.

wolontariusze_z_Niemiec

Jhulian, Włoszka i ogromna fanka Tolkiena. Pracuje w lokalnym centrum dla seniorów, a w wolnej chwili rozwija swoją fotograficzną pasję. Bardzo emocjonalna i pełna ciepła – kiedy w nieszczęśliwym wypadku potłukł się mój ulubiony kubek, zrobiła mi prawdziwą niespodziankę przywożąc z Nafplio nowy.

marina_xylokastro

Wlochy_Peru

Valerie, pół peruwianka, pół hiszpanka. Bez niej w naszym domu byłoby zdecydowanie za spokojnie. Pracuje w świetlicy dla dzieci w miejskim centrum młodzieży. Poza Valerie, mamy jeszcze jednego Hiszpana – Alvaro. Pracuje w centrum dla seniorów w sąsiednim miasteczku. Tuż po swoim przyjeździe Alvaro z rozbrajającą szczerością przyznał, że nie umie gotować, bo nigdy nie miał okazji tego robić. Jednak wszelkie żarty i docinki na ten temat chłopak przyjmuje na klatę, a w pichceniu oraz sprzątaniu nie ma mu teraz równych. Tak, drogie matki, wychowujemy waszych synów!

Hiszpania

Razem ze mną w biurze organizacji pracuje Agne, Litwinka. Pół roku spędziła na Cyprze, dzięki czemu adaptacja do greckiego stylu życia nie stanowiła dla niej większego problemu. Mi, z kolei, zajęło to parę miesięcy i zostało okupione chwilami solidnego zwątpienia…

Agne_z_Litwy

Last, but not least – Maria, Włoszka z pochodzenia. Do Grecji przyjechała za głosem serca i sądząc po niezwykle ambitnym podejściu do nauki greckiego, może tu zostać na dłużej.

Wloszka_Maria

Nie napiszę dzisiaj o Agnieszce i Kamili. O Polkach w Xylokastro opowiem niedługo, przy okazji wywiadu z dwoma dziewczynami, które wyruszyły stopem przez Albanię. Zapewniam, że będzie to jeden z najbardziej inspirujących tekstów!

Walentynki z bagażem podręcznym

Nie mogę się doczekać momentu, kiedy ponownie zobaczę pod sobą chmury i słońce na horyzoncie. Szczególnie, że tym razem celem podróży będą… walentynkowe Włochy! Kto również planuje podróż o tej porze roku i zachodzi w głowę, jak tu wszystko spakować do bagażu podręcznego? Łącznie z prezentem!

chmury_widok_z_samolotu

Wymiary bagażu, który można zabrać bez rejestracji na pokład samolotu, oscylują wokół 50cm x 40cm x 20cm. Na wstępie odpadają więc wszelkie duże gabarytowo i ciężkie przedmioty. Niestety, nie wypalą też perfumy (nakaz pokazania wszystkich kosmetyków w płynie podczas kontroli) i seks-zabawki (dobra, nie wszystkie wyglądają podejrzanie na ekranie kontroli, więc można próbować).

Nie ważne, czy na walentynkowy wypad wybierasz się z przyjaciółką (jak ja), dziewczyną czy żoną, na te kilka drobiazgów „od serca” na pewno znajdzie się miejsce nawet w niedużej walizce.

walentynki_inspiracje

pierścionek z ametystem | najpiękniejsza w całej wsi | wisior z sercem | better wear than use | lubię kwiatki, ale wolę orgazm | behemoth der katze | tej zimy nie zmarzniesz | live the life you love | więcej propozycji >>

Jestem wielbicielką rzeczy zaprojektowanych i stworzonych przez nieduże zespoły i pracownie, bo wiem, jak wygląda praca „od kuchni” w takim miejscu.

poziomkarnia

Na logo i metkach Poziomkarni pojawia się wizerunek Pana Wilka – wszystko zaczęło się kilka lat temu właśnie od niego. Dzisiaj postaci jest mały tłum, a moimi ulubionymi są łosie. Grafiki projektuje Lili, wszystkie produkty tworzone są w domowym zaciszu na zachodnim krańcu Krakowa.

arek_pelc_pracownia

A to jest Arek Pelc. Specjalizuje się w biżuterii ze złota i platyny – takie pierścionki, jak w moim zestawieniu wyżej, wykonuje od podstaw, łącznie z oprawą kamieni. „Projekty wypływają z serca” – mówi. I ukrywa serducha nawet w najmniejszych przedmiotach, w miejscu, gdzie trudno je zobaczyć, ale wiesz, że są.

unikke_lookbook

fot. Anna Ciupryk

Za marką Unikke Design stoi Olga Guzik. Przez pewien czas była członkiem kadry narodowej w strzelectwie sportowym. „Widząc na co dzień tyle łusek stwierdziłam, że trzeba z nich zrobić coś artystycznego i z pozytywnym przesłaniem” – o powstaniu kolekcji „ Better Wear Than Use” opowiada w wywiadzie dla DaWandy. Dziś wspomniane łuski stały się znakiem rozpoznawczym Unikke Design.

Chwila… A panowie? Nic tak nie ucieszy faceta, jak koszulka z napisem „Masz rację, kochanie”. I tej wersji się trzymajmy!

[grey_box]

logo_dawandaTekst przygotowany we współpracy z serwisem DaWanda.com: produkty z autorskich pracowni z całego świata.[/grey_box]

Peloponez: w stronę ośnieżonych szczytów

Na drzewach dojrzewają cytryny, pachną pomarańcze. O tej porze roku smakują najlepiej – są soczyste i bardzo słodkie. Jest styczeń, pogoda trochę świruje, ale zapowiada się piękna wiosna. 

maly beatle w pomaranczach

Podróż po Peloponezie jest jednym z najpiękniejszych doświadczeń w moim życiu. Nawet po czterech miesiącach w małym Xylokastro, otoczonym zatoką z jednej i górami z drugiej strony, miejsce to ciągle mnie inspiruje i dostarcza cudownych bodźców wizualnych. Choć słońce mocno przygrzewa, wyruszam w poszukiwaniu śniegu.

w chmurach

ziola i gorski krajobraz

z widokiem na kosciol

Około 30 kilometrów od wybrzeża wkraczam do zupełnie innego świata. Dostaję dreszczy od zimnego powietrza. Nagie drzewa nurzają się w mgle, białe kłęby chmur powoli wspinają po zboczu. Tutaj na wiosnę jeszcze przyjdzie poczekać.

rzut okiem na osniezony szczyt

maly kosciolek

osniezony szczyt

opuszczony dom

Pustostany. Okna zasłonięte pajęczyną śledzą każdy twój ruch. Na opuszczone domy w Grecji trafia się wszędzie – zarówno w małych wsiach gdzieś na końcu świata, jak i tętniących życiem turystycznych miejscach. Ma cię na oku jeszcze ktoś…

piesek

…bezpańskie psy. Jest ich tu tyle, że nie pamiętam już, jak wygląda szczęśliwy pies. Podchodzą bliżej, ale pozostają czujne. Nie każdy wyciąga z kieszeni coś do zjedzenia, wielu chce je przegonić boleśnie kopiąc i rzucając kamieniami.

psy i ziele

Trikala, mała górska wioska 30km od Xylokastro, słynie ze swojej nietypowej, jak na Grecję, architektury. Jest też bazą wypadową na pobliskie dwutysięczniki, dokąd zimą zjeżdżają się miłośnicy nart i snowboardu.

Miło było spędzić popołudnie z kawą przy kominku, z widokiem na ośnieżone szczyty. Ale jeszcze milej było wrócić nad Zatokę, do gajów pomarańczy.

 

Wybory w Grecji okiem obcokrajowca

Jedni się gorączkowali: „Nie uda im się!”. Inni spokojnie czekali na wynik. Ja przywoływałam w myślach sceny z House of Cards i wyobrażałam sobie te wszystkie zakulisowe układy, układziki, intrygi i liczenie tych, co zagłosują „za”. Do trzech razy sztuka, mówią. Ale tym razem się nie udało.

Zgodnie z grecką konstytucją, głową państwa greckiego jest prezydent. Jednak to parlament decyduje, kto nim zostanie. Procedura przewiduje trzy głosowania, przy czym za ostatnim razem pułap wymaganych głosów się zmniejsza. Tak na wszelki wypadek, żeby ułatwić sprawę. Zdarza się jednak, że nawet to nie ratuje. Tak się stało w grudniu ubiegłego roku: podczas trzeciego głosowania tuż przed Sylwestrem kandydatowi rządzącej koalicji zabrakło 12 głosów. Continue reading

Wielka księga kotów greckich

Wyruszam na południe. Gdzie jest cieplej. Smaczniej. Ładniej. Choć nie zawsze. Bo krajobraz się zmienia z każdą setką przejechanych kilometrów. Zmienia się waluta, asortyment na półkach stacji benzynowych, liczba zdezelowanych aut na drogach. Nie zmienia się tylko jedno: obecność bezpańskich zwierząt.

Od Serbii smutne, wychudzone psy spotykam przy każdej przydrożnej knajpie. Śpią na zapleczu sklepów, jazgoczą w nocy przy śmietnikach, drzemią na ruchliwych ulicach. Z życiem na ulicy zmierza się też cała armia kotów. Te jednak zachowują w sobie mnóstwo gracji, nawet swoje żebracze pomruki artykułują w sposób, jakby robiły łaskę przyjmując od ciebie trochę jedzenia. Kocinsyny, ale nie da się pozostać obojętnym!

zwierzeta w greckim klasztorze

Najwięcej kotów kłębi się wokół klasztorów. Może świątobliwi bracia i siostry potrzebują towarzystwa, a może w swoich sercach znajdują więcej miejsca dla futrzaków, niż mieszkańcy miast. Mnóstwo kociego towarzystwa wyleguje się też w słońcu biedniejszych dzielnic i najczęściej odwiedzanych przez turystów okolic.

koty w grecji

koty w sloncu w patrze

Zabawne, ale pamiętam miejsce i okoliczności wykonania każdego kociego zdjęcia. Najczęściej pozwalają podejść blisko, leniwie tylko zerkają w moją stronę, czy nie robię gwałtownych ruchów i nie stanowię niebezpieczeństwa. Czarnego w Meteorach przyłapałam na wygrzewaniu się na moim pozostawionym na parkingu aucie. I wcale mu się nie śpieszyło do schodzenia na ziemię.

łaciate kocurki

szarak w monemwazji

Piękne, szare kociaki, podobne do tych brytyjskich rasowych, przechadzają się uliczkami Monemwazji. Spode łba obserwują klientów kawiarni i restauracji, a kelnerzy próbują je przegonić grzechocząc bambusem o kamienną podłogę. Wygląda to dość komicznie, ale miejsca, gdzie zrelaksowani turyści raczą się greckim słońcem, są najlepsze do rzucania kociego uroku.

kotek w Patrze

drapanie kota

Wystają też przy mięsnych, przy sklepach z rybą (oczywiste) i zawsze mają swoje food tracks. Czyli ścieżki, prowadzące od jednego karmiciela do drugiego.

kot przy miesnym

koty w Mistrze

Nie wyobrażam sobie już greckiego krajobrazu bez kotów. Zdarza się, że w czasie, gdy inni fotografują znane na cały świat ruinki, ja klęczę w piachu cmokając na futrzaka, żeby spojrzał w obiektyw. Gdy wyjeżdżam w drogę, zawsze się staram mieć coś dla nich (i psów, te są bardziej potrzebujące, ale o tym innym razem) w kieszeni. Sami Grecy również mają dużo sympatii do kociego gatunku, często zostawiają miski z wodą i karmą pod drzewami lub na rogu ulicy.

Glyfada cat

zorro w koryncie

Na koniec, spotkanie rodziny. Zorro, kuzynka kici moich rodziców. Podobieństwo przecież nie może być przypadkowe!

Gdynia według blogerów: nowy przewodnik po mieście

Poznawanie (nawet swojego) miasta to jak wyprawa w nieznane. Im głębiej zapuszczam się w jego ulice, tym więcej nieznanych mi dotychczas rzeczy widzę. Nie przeczę, że błądzenie po omacku czasami ma w sobie wiele uroku. Ale z „lokalsem”, takim, co pokaże tylko sobie znany wycinek miasta, może czekać duża przygoda. O nowym, wirtualnym przewodniku po Gdyni piszę z dwóch powodów. Dlatego, że jest to miasto, choć niepozorne, grzechu warte. A o drugim napiszę za chwilę.

Gdynia zdaniem blogerów składa się z kilku rozdziałów, każdy poświęcony innej tematyce: miejsca turystyczne, sport, kultura, kulinaria i tzw. lifestyle. Do pracy nad przewodnikiem redaktorzy zaangażowali blogerów i blogerki nie tylko piszące na wspomniane tematy, ale będących prawdziwymi zapaleńcami w swojej działce. Z publikowanych przez nich artykułów i felietonów wyciągnęli fragmenty, które opowiadają o miejscach niezwykłych, ważnych lub nietypowych. W ten sposób powstała oryginalna lista must see i dla turystów, i dla mieszkańców Gdyni.

nowakowski

Michał Nowakowski (autor RóbmyDobrze.pl) zabiera na spacer po gdyńskich muralach, do miejsc z dobrą muzyką i na festiwale, odbywające się w Gdyni. Przy okazji, w krasomówczym stylu, serwuje ciekawostki o artystycznych inicjatywach. Ewa Kowalska (autorka Ibedeker.pl) próbuje odpowiedzieć na pytanie, jakie zabytki warto zobaczyć w Gdyni. Oprócz miejsc historycznych, wędruje też na malownicze, mało znane plaże oraz podpowiada, skąd można zobaczyć najlepszą panoramę miasta.

machnikowski

Sportowym tematem zajął się Włodzimierz Machnikowski, wieloletni dziennikarz sportowy. To od niego można się dowiedzieć, że Gdynia to nie tylko żółto-niebieskie barwy futbolowej Arki, ale również szkoła rowerowa, fitness dla seniorów, cały komplet zajęć sportowych dla wszystkich mieszkańców w ramach Gdyńskiego Poruszenia i in. Podpowiada, gdzie najprzyjemniej się biega, a gdzie gra w kosza.

Na drugim biegunie – Klaudia Sroczyńska (blogerka kulinarna dusiowakuchnia.pI) i jej smakowite wędrówki po gdyńskich restauracjach. Dokąd na randkę, a dokąd z dziećmi? Gdzie podają grecką kuchnię? Gdzie najlepsza ryba w mieście? Lista jest długa i jest w czym wybierać.

Całość spina… I to jest drugi powód, dlaczego tak bardzo się cieszę z tego przewodnika – zostałam blogerką lifestyle’ową! Choć samo słowo u niektórych budzi pewne kontrowersje, ale życie miastem jest przecież lifestylem.

Gdynia Jak Malowana

JakMalowana Gdynia to zachody słońca w porcie. Małe pracownie lokalnych projektantów. Dworzec, w którym zagnieździły się książki. Teatr pod peronami. Kilometry ścieżek rowerowych. To miasto wielowarstwowe jak bakława, tylko smakuje inaczej. Raz słodkim lukrem, innym razem morską solą. Bardzo się cieszę, że właśnie taką Gdynię przedstawia przewodnik.

Gdynia wg JakMalowany - mapka

Od strony wizualnej publikacja bardzo fajnie wygląda i łatwo się czyta, najciekawsze miejsca są wypunktowane i naniesione na mapki. Całość jest do pobrania za darmo, na stronie Gdyni >>. Szkoda, że tylko w wersji pdf, która średnio nadaje się do przeglądania na czytnikach (przynajmniej na popularnych Kindle na pewno). Mimo to, Gdynia zdaniem blogerów jest pomysłową inicjatywą miasta, pokazującą też te miejsca, które normalnie nigdy w życiu nie znalazłyby się w żadnym przewodniku turystycznym.

Czytaj więcej o Gdyni na JakMalowanym >>

A w Kijowie -16C

Gdyby nie wojna, Daria mieszkałaby w Doniecku. Studentka drugiego roku anglistyki na weekendy wracałaby do rodzinnej Dmitrovki starym autobusem. Po warzywa z ogródka i domową tuszonkę, choć mama zawsze przecież zapakuje coś więcej. 7 stycznia 2014 r. w swoje strony wraca jednak skąd inąd. Siedzimy obok siebie i obserwujemy, jak pod nami chmury zaczynają przesłaniać warszawski Ursynów.

Dniepr Ukraina

Lot do Kijowa trwa półtorej godziny. Kiedy podchodzimy do lądowania nad pokrytym lodem rozlewiskiem Dniepru, wiem już, że Darię czeka jeszcze długa podróż w pociągu. Rozmawiamy po polsku – dziewczyna od miesiąca uczy się polskiego. Chciałaby studiować w Warszawie, być może związać swoją przyszłość z Polakiem, którego poznała rok temu, przenieść się na stałe do Polski. „Odkąd Donieck nie jest Ukrainą, moje studia straciły na wartości” – tłumaczy. Nie może kontynuować nauki w samym Doniecku, robi to online, ale mimo to dyplom wydany przez DNR (Narodową Republikę Doniecka) nie będzie uznawany nigdzie na świecie.

Gdy widzę w prasie doniesienia ze wschodniej Ukrainy, rzadko się zastanawiam nad tym, jak wojna wpływa na zwykłych ludzi. Zrównane z ziemią nowe lotnisko, pokaleczone kulami domy – wszystko to działa na wyobraźnię. Ale prawdziwy dramat zaczyna się w momencie, gdy musisz odnaleźć się w raptownie zmienionej rzeczywistości.

„Jestem z Donbasu, słabo mówię po ukraińsku nawet dziś, po dwudziestu latach w Kijowie” – przyznaje taksówkarz, który wiezie mnie do Boryspola. Za rejs mam zapłacić 254 hrywny i dyspozytorka zapewnia, że jest to najniższa cena w stolicy. To, co wielu Polakom jest niezrozumiałe, dla Ukraińców jest normalne. Na ulicy rosyjski słychać nawet częściej, niż ukraiński. Ale po wydarzeniach ubiegłego roku w wielu zaczęła kiełkować świadomość odrębności. Że Ukraina to nie jest Rosja-bis, lecz coś, co w zasadzie należy do nich. Poczucia sprawczości wciąż jednak brakuje, nawet po Majdanie. „Gdybyśmy zrobili jak w Gruzji – wyrzucili wszystkich na zbity pysk, od polityków po policję, i wzięli ludzi nowych, bez korupcyjnej przeszłości, wtedy, być może, udałoby się nam wyjść z tego szamba” – tłumaczy mój kierowca. I uderza miarowo w kierownicę, gdy wymienia nazwiska, będące ponownie u władzy. Ale korupcyjny system wżarł się zbyt głęboko. Podobno Natalie Ann Jaresko, „importowana” nowa minister finansów Ukrainy, już po miesiącu sprawowania urzędu zdenerwowała się na swoich podwładnych. „Jeszcze nikt nigdy tak bardzo mi nie przeszkadzał w pracy” – miała powiedzieć. Bo w ukraińskiej politycznej rzeczywistości każdy ciągnie kołdrę do siebie.

Majdan niezaleznosci ukraina

W Kijowie wita mnie prawdziwa zima. Nie jestem przygotowana, dlatego robię tylko krótki spacer po okolicy Placu Niezależności. Czyli Majdanie, tym samym, gdzie niegdyś powiewały pomarańczowe flagi, a dekadę później ginęli ludzie. Ukraińcy potrafią wspominać i opowiadać. Jest to chyba jeden z tych nieuchwytnych, lecz czarujących elementów wschodniosłowiańskiej duszy. Tysiące zniczy, kwiaty, krzyże.

instyt

Wzdłuż ulicy Instytuckiej ciągnie się ściana z kostki brukowej. Ta stała się symbolem oporu, dla obrony i dla wzmocnienia budowanych barykad cegły wybijano łomem z chodników. Murek osłania przed wiatrem zdjęcia zabitych. Ludzie przystają. Przechodzą z siatkami z zakupami, jakby mimochodem, a jednak zatrzymują się na chwilę. Niektórzy uważają, że pora przestać palić znicze i zabrać się do roboty. Najlepiej u podstaw, a z tym jest znacznie trudniej.

wsparcie dla batalionu

O tym, że kraj jest w stanie wojny, przypominają na Majdanie plakaty poświęcone ukraińskim żołnierzom. Mariupol, Słowiańsk, słoneczne dni, uśmiechnięte twarze – wszystko zgodnie z zasadami psychologii politycznej propagandy. Obok kadry z walk na barykadach. I ogromne niebiesko-żółte billboardy w tle. W tym miejscu nie wypada nie wrzucić do puszki z napisem „ATO” (Operacja Antyterrorystyczna). Wsparcia proszą też ochotnicze bataliony Azow i Donbas. W mieście zamiast reklam przy głównej drodze czytam „Sława bohaterom” i „Módlmy się za Ukrainę”.

polegli na majdanie

majdan

W Kijowie każdy zna kogoś, kto był na Majdanie. Kto w ten czy inny sposób był zaangażowany w rewolucję. Ale nie o zmianę elit politycznych przecież chodzi, ta najważniejsza, rewolucyjna zmiana powinna najpierw zajść w ludziach. Tak twierdzi mój taksówkarz. „Chcę, żeby w moim kraju był porządek. Chcę płacić podatki, a nie łapówki” – mówi. I żałuje, że dwa lata temu nie przyjął propozycji pracy w Polsce.

Z Darią żegnamy się jak stare znajome. Jestem pewna, że dziewczynie, która w miesiąc potrafi nauczyć się języka polskiego, uda się zrealizować i marzenie o studiach w polskiej stolicy. Na wszelki wypadek życzę jej wytrwałości w podjętych postanowieniach i pomyślności. „С праздникoм!” – woła na pożegnanie. I nurkuje w szesnastostopniowy, jak na Boże Narodzenie przystało, mróz.

Zdjęcia: Kijów, 7.01.2015

Opublikowane w serwisie informacyjnym zw.lt >>

Pocztówki Sawickiego z Armenii

Wystarczy chwila, żeby zapałać silnym uczuciem. Piękna przyroda, wiekowe mury klasztorów i mrocznych kościołów, bezpośredni ludzie, dobre jedzenie – Armenia, jeżeli tylko na to pozwolić, oczaruje każdego miłośnika samodzielnego zwiedzania. Na tyle bliska, żeby nas, Polaków, nie szokować i na tyle odległa, żeby jednak być krajem dość egzotycznym.

Ormiańska rzeczywistość jest ściśle związana z historią ZSRR i postradzieckimi losami kaukaskich narodów. Znajomość tych realiów bardzo pomaga autorowi w podróży po Armenii (z bio wynika, że od lat interesuje się obszarem postsowieckim) i, co ważne, pozwala pisać w sposób wyważony i lekki. „Pestki winorośli i trzy jabłka” to nie tyle reportaże, ile fajne opowieści o podróży do Armenii i Gruzji. Takie skreślone drobnym pismem kartki. Tak na marginesie, pocztówki wysłane przeze mnie z Erywania, do dziś dnia nie dotarły do przyjaciól…

ksiażka o Armenii

Książka składa się z dwóch części: o Gruzji i o Armenii. Zaczęłam od końca, bo byłam bardzo ciekawa, czy Armenia widziana okiem Sawickiego jest choć trochę podobna do tej „mojej”. Miłe zaskoczenie, jak bardzo! Może, jak na mój gust, zbyt wiele tu podróży do klasztorów, ale w przypadku tego kraju jest to uzasadnione. Religia i literatura to nieodłączna część ormiańskiej tożsamości, ostoja, która pozwoliła Ormianom zachować odrębność przez długie wieki burzliwej historii.

Z dużą przyjemnością przeczytałam rozdziały poświęcone górze Ararat i stolicy Erywań. Z uśmiechem śledziłam jazdę marszrutkami, bez trudu wyobrażałam twarze napotkanych przez autora ludzi. Do mnie też podchodzili, pytali: „Ruskaja?”. Słysząc, że z Polski, zawsze chcieli wiedzieć więcej, o mnie, o moim kraju, o mojej podróży.

ksiazka Sawickiego

Kiedyś spytałam znajomego Ormianina, jak jednym słowem określiłby krajobraz swojego kraju. „We have a lot of stones” – odpowiedział. Śmiałam się, dopóki nie przekonałam się na własne oczy. Ale kamień kamieniowi nierówny, niektóre są otaczane dużym szacunkiem. W niektórych kute są chaczkary, inne stawiane są zamiast pomników i rzeźb. Sawicki natomiast pisze w sobie charakterystycznym stylu:

Kiedy Bóg stwarzał świat, stanął na szczycie ormiańskich gór z wielkim sitem w dłoniach. I przez to sito pracowicie przesiewał ziemię. Żyzną zsypywał w jedno miejsce, gruz – w drugie. Tam, gdzie wylądował stos kamieni, powstała Armenia. Podobno mówi się tutaj, że zamiast zwrotu „ziemia ojczysta” należałoby raczej mówić „kamień ojczysty”.

Najsłabszą stroną wydania są zdjęcia. Małe, czarno-białe, wydrukowane w słabej jakości, bardziej irytują, niż pokazują coś ciekawego. W lepszym wydaniu stanowiłyby fajne uzupełnienie opowieści Sawickiego. A jest co oglądać! Górzyste krajobrazy, spracowane dłonie często bardzo biednych, ale wciąż pogodnych ludzi, smakowite szaszłyki i chaczapuri, stare autobusy, które jeżdżą już chyba tylko dzięki modlitwom pasażerów.

Drugą część książki, tę o Gruzji, zostawiam na później. Z przyjemnością sięgnę po nią tuż przed podróżą do tego kraju.

Akropol: na szczycie mrowiska

Niefart, ale po ponad dwóch miesiącach w Grecji, Ateny wciąż pozostają dla mnie miejscem tranzytu. Wpadam tu przelotem, na jeden dzień, na pół. Wystarczy, żeby pójść na kawę, na krótki spacer, ale nic więcej. Ale są miejsca, które – jak niektórzy mówią – mus odwiedzić. Być u stóp legendarnego Akropolu i nie znaleźć się w cieniu najbardziej na świecie rozpoznawalnych kolumn? Udało się za trzecim razem. 

Kolumny na Akropolu

Szybka powtórka ze szkoły. Akropolis, czyli „górne miasto”, tak naprawdę znajdowało się w każdym starożytnym mieście greckim. Były to najczęściej fortyfikacje obronne. Ze względu na swoje wyjątkowe położenie z czasem przekształcały się w miejsca kultu. To, co czyni ateński akropol wyjątkowym, jest stan, w jakim zachowały się, bądź co bądź, ponad 2400 letnie jego fragmenty. Miliony turystów przybywają więc właśnie tu, żeby dotknąć starożytności.

„Dotknąć” nie jest jednak odpowiednim słowem w tym przypadku. Dotykać zabytków w tym miejscu nie wolno. Nie wolno też deptać rozsypanych na wzgórzu kamieni, a przysiąść wypada jedynie na kilku specjalnych marmurowych ławkach. Tłumek więc tupta zgodnie z kierunkiem zwiedzania i odhacza na mapce nieliczne, ponumerowane ruinki.

swiatynia na akropolu

Nie wierzmy jednak wszystkiemu, co widzimy dokoła. Na przykład, takie wyżej widoczne kariatydy. To kopie. Oryginały porozjeżdżały się po różnych muzeach. Najbardziej imponująco Akropol wygląda w nocy, gdy jego na biało oświetlone mury górują nad centrum miasta, tętniącego życiem do białego rana.

Akropol w Atenach

ruiny przy akropolu

Na Akropol najlepiej jest się przejść spacerkiem od placu Syntagma. Tutaj, po drugiej stronie ulicy, znajduje się budynek parlamentu greckiego, a w dół tuż za placem – jeden z nielicznych McDonaldów (na wypadek, jakby ktoś jednak zatęsknił za swojskimi smakami). Dalej prowadzi tętniąca życiem o każdej porze ulica z dziesiątkami sklepów i knajp. Tuż przy metrze Monastiraki – tzw. pchli targ. Ateńczycy twierdzą, że jeżeli czegoś tu nie można kupić, to nie można tego kupić nigdzie. Wierzę na słowo, choć dla tych, co mieli okazję błądzić po Camden Town, ateński flea market nie będzie niespodzianką.

Akropol wznosi się po lewej stronie od Monastiraki i naprawdę trudno zabłądzić, gdy się już obierze go za cel. Tym, którym mimo wszystko orientacja w terenie zawodzi, z pomocą przychodzą bezpłatne mapki, można je pobrać na niektórych skrzyżowaniach w okolicy Akropolu.

Ateny z mapą

W stolicy, równie jak w innych miejscach Grecji, na porządku dziennym są bezpańskie psy. Wciąż nie mogę się przyzwyczaić do tego przejmującego widoku, ale smutne, brudne pieski stały się wręcz nieodłącznym elementem greckiego krajobrazu.

bezpański pies w Atenach

Będąc w Atenach na pewno należy zrobić jedno – wspiąć się na najbliższe wzgórze. Nie musi to być Akropol, w okolicy jest kilka innych, bezpłatnych miejscówek. Widok na morze białych domów robi niesamowite wrażenie. Przywodzi mi na myśl jakąś pozaziemską metropolię, której podobni do dużych mrówek mieszkańcy bezustannie gdzieś biegną, lecą, hałasują.

Widok z Akropola atenskiegoWidok na morze z Aten

ja w budapeszcie

W każdą pierwszą niedzielę miesiąca wejście na wszystkie obiekty Akropolu jest bezpłatne. Darmowy bilet należy pobrać w kasie i okazać przy wejściu. Normalnie koszt łączonego biletu wynosi 12e.

Zdjęcia i tekst: Ana Matusevic

JakMalowany rok w podróży

To już jest koniec. I całe szczęście – ten rok zapisał się w moim życiu jako jeden z najbardziej trudnych. Taki, co dodaje siwych włosów i po którym można zacząć używać słów „bagaż doświadczeń życiowych”. A skoro mowa o bagażach – stałam się mistrzem w pakowaniu walizek. Wiem już, jak zmieścić w jednej niedużej i szpilki, i sukienkę, i ciepłą bluzę. Wiem też wiele innych rzeczy, na przykład…

sylwester w straburguStrasbourg nie ma Sylwestra z Jedynką

Alzacja i Strasburg to kierunek niewątpliwie wart odwiedzenia. W Święta stają się bajkową krainą pachnącą grzanym winem. Świąteczny jarmark pochłania całe stare miasto Strasburga i jest tak cudownie pięknie. Jednak jeżeli ktoś liczy na wystrzałowego Sylwestra, powinien albo zadbać o dobre towarzystwo, albo udać się gdziekolwiek indziej. Próżno szukać miejskich imprez czy fajerwerków. Po północy główny plac pustoszeje i jeżeli nie bawisz się w jednej z licznych knajpek czy domówek, można spokojnie pójść spać.

londyn w lutymLondyn w Walentynki wieje mrozem

Mówią, że miłość cię zagrzeje. Ale nie w Londynie, nie w lutym. Drobny deszcz i mroźny, porywisty wiatr zmusza założyć na siebie wszystko, co masz ze sobą. A aparat fotograficzny owinąć w mało seksowną niebieską folię. Okapturzona byłam niewidzialna, śmielej patrzyłam przez obiektyw, grzałam się kawą na wynos, spędziłam kilometry w czerwonych double deckerach z zaparowanymi oknami. Choć odchorowałam ten wyjazd, jednak się cieszę, że miałam okazję zobaczyć tę twarz Londka. Nawet na tradycyjne zakupy w Primarku nie zostało czasu!

wilno w kwietniu

W kwietniu Wilno kwitnie sakurą

Widok na stare miasto, zachód słońca nad rzeką, słodki zapach kwitnących wiśni. Sakury! Japoński sad powstał tuż przy wieżowcach po drugiej stronie Neris. Nowe miejsce romantycznych randek i spacerów. W ogóle, wiosna to idealny moment na odwiedzenie litewskiej stolicy. Parki zaczynają się zielenić, ludzie chętniej wychodzą z domu, można założyć ulubioną sukienkę, wypożyczyć rower. I pobłądzić w jeszcze nieodrestaurowanych uliczkach – jest ich coraz mniej i te miejsca wkrótce znikną. Każdy powrót do mojego rodzinnego miasta to nowe niespodzianki.

gdynia plaze

W maju polskie morze szumi inaczej 

Gdy w Trójmieście zaczyna roić się od turystów, a za chwilę plaże trzeba będzie omijać z daleka, spacer w Babich Dołach i na Oksywiu jest jak haust świeżego powietrza. W tym spokojnym krajobrazie szum fal brzmi jak cicha rozmowa. Bezkresne morze przecinają pozostałości dawnych falochronów, na brzegu  po nocnych połowach odpoczywają kutry rybackie. Po tylu latach wciąż nie mogę się nacieszyć z faktu, że mieszkam tu, nad morzem. Miejsce, w którym chcę być. Cudowność.

gibraltar spelnienie marzenGibraltar spełnia marzenia

Znacie to uczucie, gdy spełniają się marzenia? Ja już tak. Wiatr we włosach, rzut okiem w przepaść, oddychanie przestrzenią. Gdy byłam szczeniakiem, marzyłam zostać wielkim podróżnikiem. I jedną z wielkich podróży odbyć na Gibraltar. Przez lornetkę spojrzeć w stronę Afryki, przybić piątkę z małpią ferajną i ruszyć dalej w drogę. Oczywiście statkiem. W rzeczywistości nie zgadzał się jedynie środek lokomocji – po południu Hiszpanii jeździliśmy uroczym cabrio – jednak reszta pozostanie w mojej pamięci dokładnie tak, jak wymarzyłam lata temu.

szwedzkie kanoeZielona Szwecja to nie mit

Raj dla miłośników biwakowania! Bezkresne lasy, piękne jeziora, wolny dostęp do niemal każdego zielonego zakątka kraju. Gorzej z pogodą (nawet w sierpniu), ale Szwedzi zupełnie się tym nie przejmują. Pod okiem instruktora i w towarzystwie kilku wariatów w szwedzkim Vaxjo pokonuję strach przed głęboką wodą i wypływam na prawdziwym kanoe. Wiem już, że tego bohaterskiego czynu więcej nie powtórzę, ale jestem tak dumna ze swojego opanowania, że mogłabym dawać wykłady motywacyjne o pokonywaniu słabości!

kanion w armeniiOrmianie kochają polski las

Armenia zaskakuje mnie na każdym kroku. Kraj ten odkrywam poprzez rozmowy z nieznajomymi. Włóczę się po upalnym Erywaniu, zajadam bułki z pietruszką, popijam wino z granatów, przeżyłam rajd marszrutką. Ale największym zaskoczeniem do dziś pozostaje dla mnie miłość Ormian do naszych dębów, klonów i brzózek. To nie malownicze kaniony i wiekowe kościoły chcą mi pokazać. Tylko las, sto lat temu zasadzony przez Polaka. I jak tu się nie zakochać? Powrót na Kaukaz już jest na mojej liście „to-do-2015”.

ochryd

Macedonia jest najpiękniejsza jesienią

Byłą Jugosłowiańską Republikę Maceodnii przemierzam w październiku, gdy słońce jeszcze mocno przygrzewa i można zjeść śniadanie na drewnianym pomoście nad Ohrid. Jednocześnie krajobraz ubiera się w złoto i miedź, liście powoli zaczynają opadać i można przejechać dziesiątki kilometrów bez natknięcia się na turystów. Macedończycy witają cię polskim „dzień dobry” i jest to najlepszy moment, żeby złapać trochę ciepła przed zimą w jednym z piękniejszych (wciąż trochę) dzikich zakątków Europy.

Lenin w Grodnie

Lenin wciąż żywy

Choć w 2014 Europa Wschodnia ponownie zabrała się za obalanie pomników, są miejsca, gdzie Lenin wciąż żyje i ma się dobrze. W tym roku miałam okazję odwiedzić Białoruś po raz kolejny i nie wychodzę z zachwytu nad gościnnością poznanych tam ludzi, ich dystansem do białoruskiej rzeczywistości oraz umiejętności prowadzenia niemal normalnego życia w zupełnie innych, niż my znamy, warunkach. Spacer po Grodnie jest pełen kontrastów: od ładnego centrum po drewniane chałupy, od ruin zamku po więzienie dla politycznych.

meteory greckieKraina Skyrim istnieje naprawdę!

…i znajduje się w centralnej Grecji. Z krajobrazem nie z tej ziemi, Meteory zdecydowanie są jednym z najbardziej niezwykłych miejsc. Położone z dala od głównych autostrad kraju, poza turystycznym sezonem są  idealne na samotną wędrówkę, długie minuty ciszy, wpatrywanie się w Olimp na horyzoncie, chwile skupienia w podniebnych klasztorach. Dla większego efektu, warto zabrać ze sobą wygodne obuwie i żywą wyobraźnię.

ja w budapeszcie

Żeby lista podróżniczych odkryć była pełna, musiałabym jeszcze wspomnieć o ośmiorniczkach serwowanych w Andaluzji, o kwitnących różach w grudniu w Grecji, o sadach pomarańczy na Peloponezie i o wielu wielu innych obrazach, które zapadły mi w pamięć z datą 2014. Pora jednak na nowe marzenia i nowe plany, a realizacja ich na pewno będzie dużym wyzwaniem.

Na koniec starego i początek nowego, życzę Wam spełnienia marzeń, tych najbardziej dziwnych i niemożliwych. Bo dla takich chwil warto żyć. 

Świąteczne pierniczki Kamili

Świąteczne przygotowania w Xylokastro, gdzie zamiast mrozem i śniegiem zima częstuje deszczem i chłodnym wiatrem znad morza. Tym bardziej cała nasza ekipa zabrała się do tworzenia świątecznej atmosfery! Zaczęliśmy od… pierniczków.

Kamila i jej pierniczki

Najpierw więc gorąca linia Skype i konsultacje z rodzicielką Kamili. Mamy mają to do siebie, że nawet z odległości trzech tysięcy kilometrów są w stanie pokierować skomplikowanymi pracami kulinarnymi. Przepis na ciasto okazał się być prosty, trudniej było wytropić wszystkie składniki w greckim sklepie.

Ciasto na pierniki: 600g mąki, 1 jajo, 250g masła, 250g miodu, 150g cukru, 50g kakao, opakowanie proszku do pieczenia, przyprawy (cynamon, goździki, imbir).

Lukier: 150g cukru pudru, 1 białko, sok z pół cytryny

Co dalej?

Miód, masło i cukier należy rozpuścić, zagotować i ostudzić. Osobno wymieszać mąkę, kakao i proszek do pieczenia. I teraz najtrudniejszy moment – ugniatając wlać rozpuszczone masło z miodem do mąki. Ugniatać, ugniatać, ugniatać, aż powstanie jednolita masa. Odłożyć ją na 20 minut do lodówki. Po wystudzeniu ciasta, rozwałkować, powycinać pierniczki i upiec w temperaturze 180 stopni (ok. 8-10 min).

jak sie robi pierniki

Jak się robi lukier?

Okazuje się, że jest to również proste! Należy ubić białko jaja z cukrem pudrem i dodatkiem odrobiny soku z cytryny. Done! Pierniki bez lukrowych dekoracji to nie pierniki, a i takiej zabawy, jak malowanie lukrem, nie można sobie odpuścić.

Xylokastro choinki

święta w grecji

glowny plac xylokastro zima

Świąteczne Xylokastro stanowi przedziwny widok – świąteczne dekoracje, choinki pod palmami, kolędy z głośników na mieście. Ale liczy się przecież nie temperatura za oknem, lecz ciepło w sercu. Miłego świętowania!

P.S. Dziękuję Kamili za udostępnienie przepisu!

Monemwazja: cisza na końcu świata

„To najromantyczniejsze miejsce w Grecji!” – koleżanki z pracy były zachwycone moim pomysłem odwiedzić Monemwazję. Z dala od tradycyjnych turystycznych szlaków i wygodnej autostrady, a w odniesieniu do kontynentalnej Grecji – gdzieś na końcu świata. Miasto ukryte na miniaturowej skalistej wyspie, otoczone bezkresnym morzem. Na tle nieba, rozświetlanego wschodzącym słońcem, skała Monemwazji wygląda tajemniczo i niepokojąco. I szepcze szumem fal, wabi.

monemwazja o wschodzie slonca

Grecy, przynajmniej ci, których znam, rzadko podróżują po swoim kraju. Dlatego, jeżeli polecają jakieś miejsce, bez zastanowienia można pakować walizki. Wschodnie wybrzeże Peloponezu to kilometry plaż i dziesiątki kurortowych miasteczek. Jednak wygodna droga, która wije się wzdłuż wybrzeża od Nafplio w dół, odbija w pewnym momencie w głąb półwyspu. Dalej już tylko lokalne drogi, góry i gaje oliwne.

Gefira, małe miasteczko, może bardziej wieś. Pensjonaty, hotele, kilka knajpek. Wszystkie ulice schodzą się w jednym punkcie – przy grobli, prowadzącej z lądu na skalistą wyspę. Wybudowana przez Bizantyjczyków droga jest jedynym przejściem suchą stopą – moni emvasis – do kamiennej Monemwazji. Od grobli aż pod mury wiekowego miasta jedzie się wygodną asfaltową ulicą, z której roztacza się miły oku widok na górzysty ląd. Wieczorem, po zachodzie słońca, jest ona klimatycznie oświetlona.

monemw-dyptyk

Od ścian kamiennych domów odbija się echo stukotu końskich kopyt. Nawet dziś jest to jedyny środek transportu, którym można dostarczyć materiały budowlane do wyżej położonych części miasta. Na pierwszy rzut oka zupełne odludzie. Mimo to, Monemwazja przez wieki kwitła – dosłownie i w przenośni – dzięki łagodnemu południowemu klimatowi oraz położeniu na morskiej drodze do Konstantynopola.

Miasto dzieli się na Górne i Dolne. W pierwszym główną atrakcją są ruiny dawnych fortyfikacji oraz roztaczające się widoki (niestety, muszę uwierzyć na słowo, ponieważ obecnie Górne Miasto jest niedostępne dla odwiedzających ze względu na trwające prace rekonstrukcyjne), w drugim – malowniczy labirynt uliczek i zaułków, w których aż się chce zgubić.

widok z placu glownego monemwazji

Jest połowa listopada. Od morza wieje przyjemna bryza, niemal fizycznie czuję, jak powoli płynie tutaj czas. Prawdziwe życie w Monemwazji najpierw zwolniło, a potem zupełnie zamarło na początku ubiegłego wieku. Wtedy wyprowadzili się stąd ostatni mieszkańcy Górnego Miasta, natomiast Dolne zaczęło się przekształcać w miasteczko dla turystów, z kawiarniami, kwaterami do wynajęcia, hotelami z widokiem na morze. Ulice, które kiedyś przemierzały objuczone (często zrabowanym przez korsarzy) towarem osiołki, zapełnił gwar turystów.

monemw-dyptyk2

Tym bardziej się cieszę, że odwiedzam Monemwazję późną jesienią, która na południu Grecji wcale nie oznacza ponurego nieba i ziąbu. Bez pośpiechu popijam kawę, głaszczę koty, zaglądam do kamiennych podwórek kamiennych domów. W czasach świetności mieszkało tu 50-60 tysięcy osób. Teraz duża część budynków, szczególnie tych położonych dalej od centralnego placu, jest zniszczona i zupełnie opuszczona.

koty w grecji

uliczki monemwazji

Niektórzy twierdzą, że Monemwazja jest jednym z najciekawszych miejsc na Peloponezie. A Peloponez, o czym przekonuję się za każdym razem, gdy ruszam w drogę, to zupełnie inna Grecja, niż przywykliśmy widzieć w folderach reklamowych biur turystycznych. I, chyba się powtórzę, te jeszcze nie do końca odkryte przez turystów miejsca, zaskakują życzliwością i prostotą mieszkających tam ludzi.

fragmenty monemwazji na peloponezie

biale dachy monemwazji

ja-sm

Grecja w moim obiektywie >>

Masz pytanie? Napisz: ana.matusevic[at]gmail.com

Zdjęcia i tekst jest mojego autorstwa.

Save This Moment

 Mahoniowe oczy, bliskowschodnia uroda, cudna pogoda na greckiej plaży. Poznajcie Ebru.

greckie kwiaty i portret

Turczynka na tle kwiatów

dziewczyna o tureckiej urodzie

portret czarno-bialy

dziewczyna na plazy

fot. Ana Matusevic

Uśmiech

Są w różnym wieku, pochodzą z różnych krajów, mówią różnymi językami. Ale jest coś, co ich łączy. Dzisiaj kilka słów o ludziach, którzy dzielą się swoim czasem, umiejętnościami, często sercem, z innymi.

Idea wolontariatu zawsze była mi niezwykle bliska. Nazywają nas ochotnikami, społecznikami, wolontariuszami. Wyjeżdżając na wolontariat do innego kraju, dołączyłam do grona wolontariuszy europejskich, zyskując możliwość poznać mnóstwo fantastycznych, niezwykle otwartych ludzi z całej Europy. Dają przykład, realizują swoje pasje i tak zwyczajnie po ludzku pomagają. Poznajcie kilku z nich i przekonajcie się sami, jak wiele można zdziałać.

Different age, different countries, different languages. But there is one thing they all have in common: sharing a time, knowledge and a heart with others. During my EVS stay abroad I have amazing oportunity to meet amazing, open minded people. Meet some of them and see, how much everyone of us can do to make this world a better place!

wolontariuszka wyspy greckie

Dinah

„Już po pierwszych wspólnych warsztatach dzieciaki w szkole zaczęły mnie rozpoznawać i z daleka pytać o następne zajęcia czy o pomoc w nauce. Niesamowite uczucie!”

Pochodzi z Niemiec. Pracuje jako asystentka nauczyciela w szkole początkowej we Vrontados, na wyspie Chios. Prowadzi warsztaty taneczne i komputerowe, z innymi wolontariuszami tworzy radio internetowe. W niewielkiej wyspiarskiej społeczności budzi spore zainteresowanie, każdy chce dotknąć jej włosów. W ramach projektu uczy się także żeglować.

„Kids in the school started to recognize me and asking me, when I will do next workshops just after ter the first lessons. It’s really amazing feeling!”

Dinah (19) from Germany. Works as assistant teacher in Vrontados, Chios island. Runs dancing and computer seminars, with other volunteers works on web radio project. Her beauty attracts attention in a small island community – so many people wants to touch her hair!

wolontariusz z Hiszpanii

Alejandro

„W pierwszym tygodniu mojego pobytu w Grecji zostałem wysłany przygotować materiał na konwent tatuaży. Nawet nie zdawałem sobie sprawy, jak ważne i duże jest to wydarzenie! Gdy znalazłem się w jednym miejscu z tyloma artystami pracującymi nad tatuażami, poczułem się niesamowicie.”

Urodził się w Hiszpanii. Obecnie pracuje w Salonikach przy projekcie dziennikarskim. Saloniki zostały w tym roku Europejską Stolicą Młodzieży.

„Just after arrival in Greece I was sent to tatoo convent to write an article. I even didn’t realize, how important and big this event is! When I saw all these artists doing all these tatoos there I felt pretty amazing.”

Alejandro (25) from Spain, works in Thessaloniki – this year European Youth Capital – on media project to promote Balkan identity. Thessaloniki

wolontariat na Peloponezie

Daphne

„Mamy niepełnosprawną dziewczynę, która po wyjeździe z ośrodka opiekuna domu, nie potrafiła znaleźć sobie miejsca, stała się wręcz agresywna. Po moim przyjeździe udało nam się zaprzyjaźnić. Rozmawiamy, uczy mnie greckiego, stała się częścią społeczności. Każdy dzień tutaj przynosi niespodzianki.”

Dwudziestolatka z Niemiec, mieszka i pracuje w ośrodku dla osób niepełnosprawnych. Jest to jedyny w Grecji ośrodek, w którym zarówno podopieczni, jak i pracownicy wraz z wolontariuszami mieszkają wspólnie pod jednym dachem. Każdy jest integralną częścią społeczności, wspólnie dbają o ogród, o otoczenie, prowadzą warsztaty, zajęcia, terapię.

„We have this mentally disabled girl, who got really restless and agressive after one of our house keepers left. But when I arrived, we became friends. We talk, she teaches me greek language, she actually became a part of our community. Every day here surprises.”

Daphne (20) from Germany, works in Galaxidi, in the only one life sharing community for physically and mentally disabled people in Greece.

wolontariat dzieci z autyzmem

Daan

„Praca w centrum dla dzieci z autyzmem uczy mnie być wdzięcznym za moje życie. Poza tym, dzieci obdarzają nas taką miłością, że codziennie wychodzę z pracy z ogromnym uśmiechem!”

W Holandii zostawił pracę, żeby podjąć się wolontariackiej pracy na południu Peloponezu. Pracuje w centrum dla dzieci autystycznych w Kalamacie, dzięki czemu ma możliwość uzupełnienia swojej uniwersyteckiej wiedzy o doświadczenie zawodowe. Nie może zrozumieć, dlaczego na tak duży region przypada tylko jedna taka placówka.

„Working as a volunteer in a daycare centre for children with autism teaches me to be gratefull with my life. Besides that, children give so much love, that I leave center with a huge smile!”

Daan (24) from Netherlands, works in center for autistic children, based in Kalamata. To go on EVS he has quit his job. Center for autistic children in Kalamata is the only this kind of facility in the Pelopponese peninsula.

wolontariat ekologiczny

Giulia

„Niesamowite, jak się tutaj zmienia otoczenie. Codziennie rano biegam i zauważyłam, że latem prawie nie mamy ptaków. Teraz zimą, podczas ptasiej migracji, jest ich całe mnóstwo. Raz się natknęłam na kilkadziesiąt flamingów! Uwielbiam też ten moment, gdy wypuszczamy na wolność odratowane i wyleczone ptaki.”

Włoszka z pochodzenia, grafik z wykształcenia. Rodzimy Mediolan to dla niej za mało. Po wymianie studenckiej w Barcelonie oraz studiach w Indiach, zaangażowała się w działania ekologiczne na Samos.

„It’s amazing, how landscape is changing here. I go for jogging every day, and in the summer there were almost no birds. And now, in winter, birds are migrating and there’re a lot of them on the island. Once I saw tens of flamingos in one place! Also I love the moment, when we let free rescued and healed birds.”

Giulia (28), graphic designer from Italy. Milano is not enough for her. After Erasmus exchange and studies in Spain and India, she decided to do EVS in marine and terrestrial conservation project on Samos island.

wolontariusz w Grecji

Nuno

„W drugim tygodniu od mojego przyjazdu ekipa wolontariuszy była już świetnie zintegrowana. Świetne uczucie!”

Portugalczyk na południu Grecji, zaangażowany w artystyczny projekt. Pracuje z młodzieżą i uczy ich tworzenia graffiti.

„On the 2nd week of my stay in Greece volunteers’ integration was so good! It was really great feeling.”

Nuno (22) from Portugal. Works with young people on art project in Kalamata, teaches to draw graffiti.

polska wolontariuszka w przedszkolu

Agnieszka

„Największą frajdę w mojej pracy sprawia mi uśmiech dzieci. Uwielbiam poranki pełne uścisków i pozytywnej energii. Zabawne, jak dzieci uczą mnie nowych słówek po grecku, po czym kilka dni później sprawdzają, czy je pamiętam.”

Dla wolontariatu w Xylokastro zostawiła pracę w korporacji w Warszawie. Uwielbia góry, latem śpi na plaży, jest mistrzynią w pieczeniu ciasta marchewkowego.

„The best thing about my work is children’s smile. I love mornings full of hugs and good energy. Really funny, how children teach me new words in greek and after some time check, if I remember them.”

Agnieszka (26) from Poland, works in the kindergarten in Xylokastro. For EVS she has quit her job in Warsaw. Loves hiking, in the summer sleeps on the beach, her carrot pie is the best in the world.

Aitur wolontariusz EVS

Aitor

„Przygotowałem kiedyś wywiad z moim kolegą z Niemiec, uchodźcą z Iraku. Cieszę się, że mogłem przekazać jego głos na ważny temat szerszej publiczności. Kwestie uchodźców są obecnie dużym wyzwaniem dla Grecji.”

Hiszpan z pochodzenia, pracuje jako dziennikarz przy projekcie internetowego radia i telewizji w niewielkim Serres w pobliżu granicy grecko-bułgarskiej. Interesuje się tematem uchodźców, w Dniu Praw Człowieka, 10 grudnia, wraz z innymi wolontariuszami, przygotowuje całodobowy broadcast na żywo.

„Once I made interview for radio with my friend, a refugee from Iraq living in Germany. It’s great that I could pass his voice for big audience on this important topic. Refugee problems are the challenge now in Greece.”

Aitor (24) from Spain, works on media project in Serres, runs video/radio broadcasts about refugees. For Human Rights Day plans a 24 hour broadcast.

selfie na kanale isthmia

Już prawie od trzydziestu lat 5 grudnia obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Wolontariusza. Wszystkim zaangażowanym społecznie życzę mnóstwa energii, wytrwałości oraz samych cudownych ludzi dokoła!

Almost 30 years ago the 5th of December was designated as International Volunteer Day. Dear volunteers, I wish you lots of energy and meeting inspiring poeple on your way!

Gdynia: PPNT o zachodzie słońca

Przy okazji (długiego) wpisu o modernistycznej architekturze Gdyni, bardzo chciałam pokazać również budynek, który zupełnie zmienił krajobraz Gdyni Redłowa. To tutaj się mieści opisywane przeze mnie Centrum Experyment oraz działa Centrum Designu Gdynia.

PPNT

Po rozbudowie, Pomorski Park Technologiczno-Naukowy (ul. Aleja Zwycięstwa 96/98) został miejscem wielu wydarzeń, nie zawsze biznesowych (np. turnieje piłkarzyków lub spotkania dla młodzieży). Można tu przyjść, zabłądzić w korytarzach, zajrzeć do Experymentu, a na koniec na kawę do Eureki. I tym razem na tym kończę i zostawiam zdjęcia.

DSC_4045-1smPPNTpark technologiczno-naukowy w gdyni szklane domy Gdyni

Gdynia: szlakiem modernizmu

„Cześć, jestem Ana i jestem gotykiem. A jakim stylem architektury ty jesteś?”. Pytanie zupełnie z czapy? Chyba, że zadam je nie osobie, lecz… miastu. W przypadku Gdyni odpowiedź będzie więcej, niż prosta. Jasne elewacje śródmiejskich budynków, tak bardzo charakterystyczne dla międzywojennego polskiego modernizmu, przyniosły Gdyni miano „białego miasta”. 

Wspomniany gotyk nie jest przypadkowy. Tracę głowę przy średniowiecznych katedrach, demonicznych gargulcach, misternych witrażach. Pojęcie modernizmu miało więc dla mnie zupełnie abstrakcyjny charakter, aż do momentu przeprowadzki do Gdyni. Tutaj czekała na mnie przestrzeń, porządkująca nawet myśli.

Początki budowy Gdyni przypadły na okres powojennego rozkwitu modernistycznej myśli architektury. W tym czasie już od lat trwają dyskusje nad funkcjonalnością architektury, krytykuje się nadmiar zdobień i manieryczność. Gdynia, jako polskie marzenie i nowe „okno na świat”, dostaje niebywałą okazję stać się polem do popisu dla młodych polskich architektów i urbanistów. Tym sposobem, w latach trzydziestych w Polsce powstaje prawdziwe Le Corbusierowskie „słoneczne miasto”.

Plac Kaszubski

Plac Kaszubski oraz gdyńskie trolejbusy

Urok modernizmu od kilku lat przybliżają mi Gdyński Szlak Modernizmu, organizujący spacery po Gdyni oraz promujący wiedzę o modernizie poprzez spotkania tematyczne, konferencje i wystawy. A także Bartłomiej Ponikiewski, mój wieloletni kolega fotograf, który niespodziewanie wsiąkł w modernistyczną architekturę i poświęcił jej setki swoich zdjęć. Z niebywałym zapałem wyszukuje modernistyczne perełki, zwraca uwagę na szczegóły, odkrywa mało znane fakty z historii miasta, a kilka lat temu zdobył również nagrodę w konkursie „Gdyński modernizm w obiektywie”. Dlatego to właśnie jego poprosiłam o wprowadzenie mnie w modernistyczny klimat Gdyni.

Jednym z czołowych przykładów jest zespół mieszkaniowy Banku Gospodarstwa Krajowego, popularny „Bankowiec”. – opowiada Bartek. – Budynek znajduje się pomiędzy ulicami 10 Lutego, 3 Maja i Batorego. Był to typowy przedstawiciel nowoczesnych tendencji w architekturze. W bryle budynku znajdziemy liczne nawiązania do tzw. stylu okrętowego, na przykład bulajowe okna, wieżyczki, maszty. Ciekawostka: w okresie międzywojnia posiadał największą kubaturę wśród gdyńskich obiektów mieszkaniowych. A w skali kraju był pierwszym nowoczesnym apartamentowcem.

Od siebie dodam, że mieszkańcy tej kamienicy (ul. 3 Maja 27/31) stworzyli w budynku Mini Muzeum. Zebrali i udostępnili zwiedzającym oryginalne wyposażenie mieszkań, dokumentację nieruchomości, schron z wyposażeniem i unikatowe przedmioty, jak na przykład mosiężne tablice z listą lokatorów i numerami mieszkań czy wmurowane skrzynki na listy. Na stronie Gdyńskiego Szlaku Modernizmu znajdują się szczegóły dotyczące zwiedzania >>
DziennikBaltycki
O muzeum pisał, m.in. Dziennik Bałtycki
Wśród nietypowych przykładów architektury czasu modernizmu Bartek wymienia Dworzec Morski przy ul. Polskiej 1.
To zarazem jeden z moich ulubionych gdyńskich obiektów. Budynek miał spełniać określone funkcje względem podróżnych, a zarazem pełnić rolę reprezentatywną. Dopełnieniem tego miejsca były cumujące obok transatlantyki, które były jednym z punktów odniesienia dla nowoczesnej XX wiecznej architektury – opowiada. 

Obecnie Dworzec Morski zaczyna żyć nowym życiem – w budynku, po solidnym remoncie, otwarte zostanie Muzeum Emigracji. „Okno na świat” – Gdynia tę rolę spełniała dosłownie, żegnając w tym miejscu miliony polskich emigrantów przed ich morską podróżą za marzeniami.
dworzecmorski2

Dworzec morski kiedyś (fot. muzeumemigracji.pl) i dzisiaj 

Nie trzeba jakoś szczególnie zgłębiać tematu, żeby zauważyć modernistyczne oblicze Gdyni. Przecież już po wyjściu z pociągu, zarówno tego dalekobieżnego, jak i z sąsiedniego Gdańska, przyjezdnych wita jeden z najbardziej rozpoznawalnych przez mieszkańców Trójmiasta budynków. Ten nieco zaniedbany, a w zestawieniu z odnowionym dworcem głównym jeszcze bardziej szary, budynek również zasługuje na uwagę. Razem z resztą kompleksu stanowi przykład modernizmu powojennego, a tak jego wygląd (nie)zmienił się przez dziesięciolecia.

Dworzec podmiejski w Gdyni

Dworzec Podmiejski Gdyni w roku 1960 (fot. K. Woźniczko. Pocztówka RUCH) i dzisiaj

Zainteresowanych tematem zachęcam do odwiedzenia niezwykłej wystawy w Muzeum Miasta Gdyni – „Narodziny miasta”. Pisze o niej m.in. blog Róbmy dobrzewięc nie będę się powielać. Dodam tylko, że zrobiła na mnie ogromne wrażenie, zarówno zebrany materiał, jak i aranżacja przestrzeni oraz sposób oddziaływania na odwiedzających.

Gdynia ma wiele twarzy. Niektóre udało mi się przedstawić na blogu: mało znane gdyńskie plaże >> | rowerowa przejażdżka >> | pracownie artystyczne w Gdyni >> | gdyński skatepark >> | Centrum Experyment >> | teatr pod peronami >> | kreatywne inowacje w Gdyni >>

EXPERYMENTuj z Gdynią! [rozwiązanie konkursu]

Zanim opublikuję nowy gdyński odcinek, tym razem co nieco o architekturze miasta, spieszę ogłosić wyniki konkursu z Experymentem. Wiem, że niektórzy już przebierają nóżkami, tymi małymi, jak i całkiem sporych rozmiarów, żeby przetestować jak najwięcej eksponatów naukowej ekspozycji w PPNT!

Kto z was nie marzył siedząc za szkolną ławką sprawdzić niektóre zasady fizyki na własną rękę? Albo rzeczywiście zajrzeć do wnętrza człowieka, zamiast uczyć się z rysunków podręcznika biologii. Hej, a na przykład trzęsienie ziemi? Dopiero w Xylokastro przekonałam się, jakie to uczucie, gdy wszystko dokoła się chybocze. W Experymencie wszystko to można sprawdzić w bezpiecznych warunkach, z przyjaciółmi lub z pod okiem jednego z obecnych w Centrum edukatorów.

Centrum Experyment w Gdyni

Gdyński Experyment odwiedziłam już kilkukrotnie: z zagranicznymi gośćmi, rodziną, nawet z trójmiejskim Tweetupem (zdjęcie niżej). Najbardziej podobają mi się eksperymenty wyjaśniające prawa fizyki oraz działanie urządzeń elektrycznych. Dopiero tu się dowiedziałam, że światło naprawdę nie mieszka w lodówce.

tweetup w Experymencie

Poza stałą ekspozycją, w Eksperymencie można odwiedzać eventy dla dzieci oraz wystawy tematyczne. Obecnie, na przykład, warto odwiedzić wyjątkową wystawę „Poczuj Sztukę” – pierwszą w Polsce wystawę sensoryczną, przygotowaną z myślą o zmysłowym doświadczaniu sztuki. Multimedialną przestrzeń wystawy tworzą eksponaty o wiele mówiących nazwach: Wsłuchaj się w ruch, Zobacz niewidzialne, Muśnij wiatr, Dotknij dźwięku czy Powąchaj kolor.

Centrum Experyment w Gdyni

ekspozycja experymentu

ekspozycja eksperymentu

Ale, ale. Pora na wyniki! Parę tygodni temu poprosiłam was o podzielenie się swoimi ulubionymi miejscami w Gdyni. Z odpowiedzi wyłania się obraz Gdyni pięknej pięknem naturalnym (klif, plaże, ścieżki rowerowe) oraz lokalami (klub Ucho, Kontrast, Blues Club). Zaproszenia przekazuję na ręce Tadeusza Bisewskiego, Katarzyny Gajowskiej i Joanny Gwizdały. Szczegóły odbioru zaproszeń do Centrum Experyment przekażę mailowo. I czekam na wrażenia!

Gdynia: teatr pod peronami

Wieczorem, gdy słońce zajdzie i na niebie odcinają sylwetki dwóch wież Sea Towers, tuż przy plaży miejskiej niebieskim światłem świeci teatralna duma Gdyni – Teatr Muzyczny. Każdy też wie, jak dotrzeć do Teatru Miejskiego – wizualnie przeciwieństwo Muzycznego, ale w sezonie wychodzi poza własne mury i wystawia sztuki na plaży. Jest jednak jeszcze jedno miejsce, bez którego Gdynia Teatralna nie byłaby kompletna: Teatr Gdynia Główna.

Gdynia Główna

Teatr Gdynia Główna

„Spocznij, strudzony wędrowcze” – zdają się mówić afisze, rozwieszone w holu dworca Gdynia Główna. Obok turkoczą walizki na kółkach, ktoś klnie pod nosem słysząc zapowiedzi opóźnień, ktoś śpieszy na peron. A tuż pod nim ciągną się korytarze, do których zapraszają wspomniane afisze.

Na spektakl w podziemiach gdyńskiego dworca po raz pierwszy zabiera mnie kolega. Trochę się niepokoję, bo nie wiem czego się spodziewać – w sali nie ma widocznego rozgraniczenia na scenę i widownię. Za chwilę ktoś widzom proponuje herbatę, kawę, zaczynamy pogawędkę, atmosfera się rozluźnia. Podobnie, na luzie, jest na zapleczu Teatru, gdzie wpadam porozmawiać o Gdyni Głównej. Jestem niezwykle ciekawa, jak taki teatr wygląda „od kuchni”.

Ekipa administracyjna

na zapleczu teatru

Wszystko zaczęło się od przestrzeni na dworcu, którą miasto chciało przeznaczyć na działalność kulturalną. Reżyserki i aktorki Ida Bocian i Ewa Ignaczek miały wizję – wyjść do ludzi ze sztuką w miejscu, gdzie najmniej się tego spodziewają. W formie, nowoczesnej i interdycyplinarnej. Dlatego na poziomie -1 gdyńskiego dworca grane są nie tylko sztuki teatralne, ale funkcjonuje także galeria artystyczna.

galeria sztuki w teatrze

„Teatr Gdynia Główna to również Poczekalnia Idei” – opowiadają mi w biurze teatru. Co znaczy, że każdy młody artysta może przyjść tutaj ze swoim pomysłem i współtworzyć program. Teatr jest otwarty na dobre pomysły, dlatego czasami aktorzy sami decydują, co chcieliby pokazać widzom. Tak, na przykład, powstało „Wielkie Ciasto„.

Przy wejściu uwagę zwraca ściana z portretami – tutaj „wisi” cała siedmioosobowa ekipa Teatru Gdynia Główna. A raczej „wisiała”. „Zdjęcia zaczęły spadać i postanowiliśmy, że chcemy sprawdzić, kto się utrzyma najdłużej” – śmieją się moi rozmówcy. Taka właśnie jest Gdynia Główna – spontaniczna, pomysłowa, odważna.

kto spadnie ostatni

Droga do teatru

Teatr Gdynia Główna odwiedza bardzo zróżnicowana widownia. Podczas festiwalu Open’er wielu zmokniętych deszczem gości znalazło tu gorącą herbatę i miejsce na pogaduchy. Jest też coś dla dzieci: w niedzielę dla najmłodszych przygotowane jest i dobra zabawa i dobry teatr.

W Teatrze Gdynia Główna obejrzałam m.in. Epitafium dla władzy, sztukę inspirowaną myślą Cesarza Kapuścińskiego. Przyznam, że wciągnęła mnie tak bardzo, że ani razu nie spojrzałam na zegarek. Kiedy się przyjdzie nieco wcześniej, można sobie wybrać wygodną poduchę do siedzenia, a dzięki przesympatycznej ekipie Teatru, czuję się na widowni niemal jak w domu.

widownia teatru

Teatr Gdynia Główna jest świetną alternatywą dla tradycyjnego klasycznego teatru: sztuki grane na dworcu, balansują na granicy klasyki i sceny offowej. Jest to też miejsce, do którego można przyjść po prostu pobyć. Usiąść w cieniu reflektora, posłuchać dudnienie kroków na górze. Jest w tym szczypta magii, jakby odkrycie innego wymiaru tuż obok tego dworcowego śpiesznego życia.

Peloponez: po co do Patras? (cz. 1)

Czasami się zastanawiam, po co niektóre miejsca wnoszone do przewodników turystycznych. Szczególnie w Grecji, gdzie za każdym zakrętem czeka widok, z którym by się chciało drukować pocztówki i wysyłać w świat. Patras, w oryginale Πάτρα, byłoby miastem raczej pomijanym przez turystów. Ale ma coś, dla czego warto przejechać te paręset kilometrów z Aten.

Już na pierwszy rzut oka widać, że Patras jest jednym z największych miast Grecji. Życie tutaj toczy się szybciej, kierowcy są bardziej niecierpliwi, ale czas poobiedniej sjesty i tak jest święty. Miasto trochę cichnie, staje się bardziej senne, żeby wieczorem ponownie przyśpieszyć. Życie wieczorne w Patrze kręci się wokół głównego deptaku, na którym nie braknie restauracji i kawiarni, a sklepy są otwarte do późnego wieczoru. Z tego względu wiele mieszkańców północnego Peloponezu zjeżdża się na wieczorne zakupy – takie sieciówki jak Zara, Stradivarius czy od najbliższego czasu H&M, ma swoje sklepy tylko w Patrze. „Mogłabym jeździć do Aten, ale tutaj jest bardziej kameralnie i mniej turystów” – opowiada moja przyjaciółka Vlasia, z którą obserwujemy zachodzące słońce nad miastem.

Górne miasto Patras

Kilka godzin wcześniej pokonuję schody wiodące wprost do ul. Św. Mikołaja. Ulica prowadzi do portu (drugi co do wielkości w kraju), tak jak większość jej równoległych. Miasto ma prostą siatkę prostopadłych i równoległych ulic, tworzących kwartały, trudno jest więc się zgubić. Spacerując łatwo odnieść wrażenie, że jest to jedno z najbardziej zaniedbanych, brzydkich i brudnych miast – nawet w przewodniku czytam, że jednym z najpiękniejszych budynków jest teatr miejski „Apollo”.

teatr apollo w patrze

Architekt Ernst Ziller wzorował się na mediolańskiej La Scali. Jednak co z tego, gdy obok straszy wieżowiec w stylu PRL. Takie jest całe dolne miasto Patry – szare pudełka domów od czasu do czasu poprzetykane są ładniejszym fasadem. Tym bardziej zachwyca bazylika św. Andrzeja. I choć nie jestem wielką miłośniczką i znawczynią architektury sakralnej, wnętrze kościoła urzekło mnie ogromnie.

kolaz4

Bazylika w Patras

Po chwili wytchnienia w chłodnych murach świątyni, ruszam pod górę – do tzw. górnego miasta. Prowadzą tam liczne wąskie ścieżki i schody. Po pokonaniu połowy docieram do miejsc, które ukazują zupełnie inną twarz Patry. Ale o niej, a także o tym, gdzie zjeść i jak najlepiej dotrzeć do Patras – już wkrótce.

górna Patra

Pocztówka z raju: zachód słońca na serpentynach

Moje zamiłowanie do górskich serpentyn rośnie wraz z każdą nową wyprawą. A jak wyglądał ten pierwszy raz? Rzecz dzieje się w Andaluzji. Patrzę, jak zachodzące słońce zalewa pomarańczowym światłem cały taras i myślę o barwach nieba, w jakie prawdopodobnie teraz maluje niebo w górach. Najlepsze zwieńczenie dusznego dnia. 

Andaluzja

Tego dnia naszym celem była Ronda – malowniczo położone miasto, słynące m.in. z najstarszej areny walk byków. Polecane przez przewodniki, obowiązkowy punkt każdej wycieczki. Jednak to nie to miejsce zapadnie mi w pamięć.

Ronda

Może to upał, może zmęczenie. Ale zamiast architekturą miasta, zachwycam się czym innym. Kilometry krętej drogi zboczem gór. I niesamowity widok raz po prawej, raz po lewej stronie. To był chyba pierwszy raz, gdy żałowałam, że nie jestem pasażerem.

Ronda, Spain

Ronda, Hiszpania

road trip to Ronda

Nie śpieszyło nam się – zatrzymywaliśmy się prawie na każdym szerszym poboczu i wysepce. Gorzej szło z przestrzeganiem ograniczenia prędkości. O ile fajnie jest zjeżdżać pustą drogą, o tyle rosnący z tyłu ogonek samochodów czasami stresuje. Dobra szkoła opanowania, szczególnie, że Hiszpanie uwielbiają trąbić.

road trip Ronda

zachod slonca Andaluzja

Na prostą wyjeżdżamy gdy ostatnie promienie słońca żegnają horyzont. Idealny moment na myśl „to był udany dzień”.

Więcej JakMalowanej Hiszpanii >>

Gdynia – centrum myśli kreatywnej (KONKURS!)

Dwa budynki, w których dojrzewały ciekawe pomysły startupowców, kilka lat temu zaczęły się rozrastać, przepoczwarzać. Z kokonów rusztowań wyłoniły się metalowo-szklane motyle – nowy Pomorski Park Naukowo – Technologiczny. Miejsce, które kumuluje w sobie kreatywną energię i uwalnia w postaci udanych projektów i działań. Jednym z miejsc, którego działania w sposób kreatywny zmienia miejską przestrzeń, jest Centrum Designu Gdynia. 

Centrum poznałam parę lat temu poprzez Gdynia Design Days, doroczny festiwal designu promujący twórców i projektantów, przekuwających innowacyjne nietypowe projekty w przedmioty użytkowe. Festiwal odbywa się w pierwszej połowie lipca i wychodzi poza mury PPNT: w różnych lokalizacjach Gdyni organizowane są spotkania, warsztaty, targi oraz inne warte uwagi działania. Jednym z ciekawszych miejsc do odwiedzenia jest zazwyczaj wystawa prototypów. Zawsze w jakiś sposób korespondują z nadmorskim gdyńskim klimatem i w tym roku moim prywatnym hitem była ławka do moczenia nóg w Bałtyku >>.

Gdynia Design Days

Gdynia design days targ

Kolejnym projektem, którym się szczerze zachwyciłam, jest RE:DESIGN – efekt współpracy Traffic Design i Centrum Designu. W rezultacie warsztatów, pracy projektantów i grafików w Gdyni wprowadzono kilka wizualnych zmian. W tych projektach najbardziej lubię prostotę, taką z budynku YMCA. Przy okazji z fasady zniknęły tak znienawidzone przeze mnie kolorowe szpecące banery! Budynek YMCA z przełomu lat 40/50 znajduje się przy ul. Żeromskiego 26.

Re:design ymca

Zupełnie niedawno transformację przeszedł też przystanek SKM Gdynia Redłowo. Choć nie było to najbardziej zaniedbane miejsce (jestem szalenie ciekawa, czy ktoś podjąłby wyzwanie, jakim jest przystanek na Grabówku), nowe oblicze Redłowa bardzo mi się podoba. A najbardziej zaskakującym elementem jest chyba dymek przy kasie biletowej, który potrafi powiedzieć coś miłego dla każdej mijającej go osoby.

Gdynia Redlowo nocą

nowe kasy biletowe gdyni

redlowo po zmianie

peron redlowa

Centrum Designu Gdynia realizuje wiele innych, nietypowych projektów, na przykład spotkania i dyskusje pt. Tematy Trendowate czy konkurs Gdynia City Transformers. Wszystkie zwycięskie projekty zostały wdrożone w życie. Przetransformowane w konkursie kolorowe skrzynki energetyczne znajdują się na ul. Świętojańskiej, a stylowy pawilon handlowy do sprzedaży sezonowej gdyńskich pamiątek gości latem w okolicy Skweru Kościuszki. Projekt nowych śmietników trafił na plażę Śródmieścia – są na tyle estetyczne i pasują do tego miejsca, że zupełnie nie musiałam usuwać ich ze zdjęć do lookbooka, który robiłam latem.

Gdynia transformers i Mana Mana

Wszystkie działania i wydarzenia można śledzić na stronie Centrum. Co więcej, w przeważającej większości można brać udział zupełnie bezpłatnie – spotkania, dyskusje, wykłady na temat projektowania i ulepszania przestrzeni miejskiej zainteresują nie tylko urbanistów.

Na koniec tego długiego tekstu, w nagrodę dla najcierpliwszych, razem z miastem Gdynia przygotowałam niespodziankę. Konkurs!

Tydzień temu pisałam o gdyńskim Skateparku – miejscu, w którym spędza wolny czas coraz więcej młodzieży, dokąd przychodzą całe rodziny. Gdynia w zanadrzu ma jeszcze kilka miejscówek, gdzie fajnie przyjść z przyjaciółmi lub rodzicami. Na przykład EXPERYMENT. Ogromna przestrzeń wystawowa, łącząca zabawę z nauką, umożliwiające w sposób naturalny zrozumieć wiele na pierwszy rzut oka niezrozumiałych zagadnień z dziedziny fizyki, chemii, medycyny. Ostatnio centrum poszerza swoją ofertę również o wieczory tematyczne, warsztaty, pokazy filmowe i spotkania dla najmłodszych. Bardzo lubię to miejsce i chciałabym kogoś z Was zaprosić do EXPERYMENTU. 

experyment

Mam trzy zaproszenia dla 4 osób do Centrum Nauki Experyment – dla całej rodziny lub grupy przyjaciółAby je otrzymać, wystarczy zdradzić w komentarzu lub mi na maila (ana.matusevic[at]gmail.com) swoje ulubione miejsce do spędzania wolnego czasu w Gdyni. Wśród Waszych wiadomości wybiorę te miejsca, które zapragnę odwiedzić – i to zrobię, a autorów nagrodzę. Na wiadomości i komentarze czekam do 10 listopada.

Gdynia zdaniem blogerów >>

Peloponez: droga do Limni Doxas

Zupełnie tego nie świadoma, wpakowałam się na drogę prowadzącą do kotliny między najwyższymi szczytami Peloponezu. Nawigacja prowadziła nas na manowce, wybierając najwęższe i najbardziej niedorzeczne kierunki w górskich wioskach. A może brak świadomości, co mnie czeka, okazał się być zbawienny? 

Co jest lepsze od jednej baby w samochodzie? Bab kilka. A właściwie pięć. Bez dziewczyn nocowałabym w górach, w dodatku wcale nie jestem pewna, czy w jakimś cywilizowanym miejscu. Być może musiałabym pożegnać moją Ibizkę na skalistej ścieżce w wiosce, której teraz nie mogę nawet zlokalizować na mapie. Razem udało nam się jednak dotrzeć do celu i, tylko z lekkim poślizgiem, z powrotem na bezpieczne wybrzeże.

droga-doxas

Zgodnie z nawigacją, z Xylokastro do jeziora Doxa jest 65km. Najciekawiej zapowiada się środkowy odcinek i, przyznam szczerze, że chcę tam dotrzeć chyba bardziej niż do samego Doxa. Wyjeżdżamy w południe. Droga prowadzi ostro w górę już za autostradą, biegnącą wzdłuż północnego wybrzeża Peloponezu. W sumie, nie powinnam się temu dziwić, w końcu codziennie widzę góry z każdego niemal punktu w moim małym miasteczku.

Zatoka koryncka i góry

Najpierw więc mocno w górę, aby po chwili wyjechać na rozległą równinę – szachownicę upraw, w większości winogron. Solidnie na mapie nakreślona droga raz jest szerokim czarnym asfaltem, innym razem wąską, rozpadającą się betonową nawierzchnią. Błądzić zaczynamy w momencie, gdy trasa znowu prowadzi ostro w górę, tym razem nie na żarty utrudniając prowadzenie. Wąska jezdnia, przepaść po jednej stronie i ściana po drugiej, od czasu do czasu jakiś samochód z naprzeciwka i rozwidlenia. W prawo czy w lewo? Szerokie uliczki odchodzące w bok, nieraz kończyły się ślepo – jakimś zabitym dechami domem lub wymarłym podwórkiem. A drogi z kocich łbów, wyglądające jakby prowadziły do czyjegoś domu, okazywały się być skrótami między jedną wioską a drugą.

owce na drodze w gorach

dolina w gorach

W pewnym momencie czuję się jak w jakiejś grze. Muszę pokonać tak niespodziewane przeszkody, że bezwolnie się uśmiecham nawet w mało zabawnych momentach. Znienacka naprzeciw wyskakują pickupy obładowane ludźmi, raz drogę blokują owce, innym – trzy ciężarówki, stojące jedna przy drugiej. Czuję ogromną ulgę, gdy na horyzoncie widzę morze. Znak, że prawie wróciłyśmy do domu.

Jedno muszę przyznać – po drodze spotykamy same życzliwe osoby. Prawie nikt nie zna angielskiego, a my tylko podstawowe słowa po grecku, jednak każdy próbuje wytłumaczyć nam drogę jak najdokładniej. Aż ostatecznie, spytany o drogę mężczyzna, wsiada do swojej ciężarówki i pokazuje nam ostatnie kilka kilometrów do Doxa.

mgla nad limni doxas

Limni Doxas

Jezioro jest malowniczo położone między niemal najwyższymi punktami Peleponezu: Chelmos (2355m) i Ziria (2376m), znana też pod nazwą Kyllini, miejsce narodzin Hermesa, boga kupców i podróżnych.

Doxa jest zbiornikiem sztucznym, powstałym jako część systemu irygacyjnego okolicznego regionu. Dzięki temu w dolinach rozwija się rolnictwo, a okoliczna  przyroda jest niezwykle piękna. Jezioro jest w kształcie odwróconego serca z półwyspem, na końcu którego znajduje się mały kościółek. Stąd roztacza się cudny widok na okoliczne wzgórza i góry, a woda w jeziorze – niezwykle czysta.

bezpanskie psy w Grecji

kaplica sw phanouriosa

kapliczka na półwyspie

Nawet na tym odludziu spotykamy bezpańskie psy i koty. Muszę pamiętać, żeby wszędzie zabierać ze sobą jakieś smakołyki.

Pokonanie 65km zajmuje nam ok. 2,5h w jedną stronę i 1,5h powrót. Większości mijanych krajobrazów nie udaje mi się uwiecznić – uroki bycia kierowcą. Okolice Doxa polecam na takie krótkie wypady, również z namiotem. Warto też zatrzymać się w którejś z mijanych wiosek na kawę.

góry peloponezuselfie na kanale isthmia

Grecja prawdziwa, żywa, na wyciągnięcie ręki! Wkrótce więcej zdjęć i opowieści.

fot./tekst Ana Matusevic; kopiowanie i rozpowszechnianie tekstu oraz zdjęć bez mojej pisemnej zgody zabronione.

Grecja: dzień targowy w Xylokastro

Jest piątek, siódma rano. Moi współlokatorzy wpadają do domu z pełnymi siatami świeżych warzyw. Od świtu na krańcach Xylokastro rozkładają swoje stoiska lokalni rolnicy, towar zwożą na starych pickupach. W to przedpołudnie na bazarku pojawi się niemal każdy – aby zrobić zakupy na cały tydzień, przy okazji też porozmawiać, bo bez tego Grecy nie byliby Grekami.

greckie oliwki

Nie błądzę, trafiam na targ idąc w kierunku przeciwnym, niż obładowane siatkami rowery i skutery. Odkąd wielu Greków straciło pracę, a kryzys stał się dotkliwym doświadczeniem dla wielu rodzin, zakupy na bazarze ponownie nabrały na znaczeniu. Można tu sprzedać i kupić wszystko, co da się wyhodować pod greckim słońcem. Ekologiczne, domowe: warzywa, owoce, wino, miód. Świeżo złowione ryby. Jaja od szczęśliwych kur. Jest październik i stoiska aż kipią kolorami.

warzywa i owoce na greckim bazarze

Mój aparat wzbudza zainteresowanie, pytam, czy mogę zrobić kilka zdjęć. Nagle ląduję w samym centrum zgiełku – leciwi panowie wciągają brzuchy i zaczynają pozować. Jednocześnie przekrzykują się z innymi sprzedawcami, kierując mnie, komu jeszcze muszę zrobić zdjęcie! Niewiele rozumiem, angielski wcale nie jest pomocny, więc tylko się uśmiecham i powoli idę do przodu. Przy okazji zostaję poczęstowana rodzynkami, orzechami i już wiem, że będę tu wpadać częściej.

grecka kura

bazar na peloponezie

Sprzedawca fasoli

swieze ryby z grecji

W zależności od tego, czego szukasz, na bazar warto wybrać się z samego rana lub tuż przed końcem dnia targowego, czyli ok. 13. Z rana można mieć pewność, że niczego nie zabraknie, natomiast w południe zredukowane ceny zachęcają do wykupienia resztek.

kasztany z Grecji

sprzedawcy na bazarze xylokastro

selfie na kanale isthmia

 

Grecja prawdziwa, żywa, na wyciągnięcie ręki! Wkrótce więcej zdjęć i opowieści.

fot. Ana Matusevic; kopiowanie i rozpowszechnianie tekstu oraz zdjęć bez mojej pisemnej zgody zabronione.

Dziś obudziłam się w Grecji

Budzi mnie słońce, które wpada przez szczerbatą okiennicę. Za chwilę wychodzę, mijam kilka sklepów ze świeżą rybą, szereg kawiarni, w których od rana przesiadują panowie w starszym wieku, trzaskając w kości i domino, w końcu wychodzę na plac z bizantyjskim kościołem i prawie jestem. Wchodzę do biura, na biurku flaga Grecji, unijne gwiazdki, na ścianie plakat Erasmus+. Moje miejsce pracy na najbliższe pół roku!

Na instagramie padają pytania. Jak się tu znalazłam? Co będę robić? Dlaczego Grecja? Śpieszę z odpowiedzią, ale najpierw…

Kiedy kilka miesięcy temu rozmawiam w biurze Centrum Współpracy Młodzieży z Anią, oczami wyobraźni widzę małe miasteczko nad Zatoką Koryncką. Ania przez pół roku była wolontariuszką w jednej z organizacji pozarządowych w Xylokastro, a spotykam się z nią w celu omówienia zakończonego projektu. Słucham Ani i czuję, że choć idea wolontariatu i pracy społecznej jest mi niezwykle bliska od wielu lat, coś mnie w tym temacie ominęło.

Tak zaczyna się wykluwać pomysł. Początkowo tylko ogólne zarysy, które jednak dość szybko zaczynają się wypełniać konkretną treścią. Jadę!

selfie na kanale isthmia

Tak oto trafiam do Grecji, na Peloponez, do małego Xylokastro. Od kilku dni pracuję w biurze organizacji Orfeas i spędzę tutaj pół roku. Mój wyjazd jest możliwy dzięki programowi Erasmus+, w ramach którego młodzi ludzie z różnych krajów mogą włączyć się w realizację wielu ciekawych projektów w całej Europie. Jako wolontariusze pracują w przedszkolach, uniwersytetach trzeciego wieku, świetlicach środowiskowych, sprzątają parki narodowe, pomagają ratować zagrożone gatunki zwierząt i robią masę innych fajnych rzeczy.

Nowi ludzie, nowe miejsca, ahoj, przygodo!

Gdyński skatepark pełen pasji

Najbardziej rozbudowany bowl w Polsce, sekcja streetowa, mnóstwo dzieciaków na rolkach, chłopaków na deskorolkach, młodzież na BMXach. I wszystko to na 1500 metrach kwadratowych w centrum Gdyni. Pachnie tu jeszcze świeżą farbą, ale coraz więcej osób przychodzi przetestować – nie tylko z pobliskich bloków, ale również z dalszych okolic.

Moimi przewodnikami po skateparku zostają Alan i Piotr. Spotykamy się na skwerze Plymouth (nazwa zawsze mi się kojarzy z szantami o hiszpańskich dziewczynach) i zmierzamy ku skwerkowi Sue Ryder. Między ulicą Świętojańską a Bulwarem ciągnie się zielona przestrzeń, park, a w nim…

skatepark1

Kiedy parę lat temu padł pomysł zbudowania w tym miejscu skateparku, nie wszyscy byli zachwyceni. Obawy dotyczyły głównie hałasu oraz zniszczenia parku. Wyszło jednak wręcz odwrotnie – skatepark doskonale komponuje się z otoczeniem. A hałas… place zabaw dla dzieci również generują hałas. A miejsc, takich jak to, w Trójmieście nie ma.

Pytam Alana o początki jego pasji. „Fascynowała mnie deskorolka, która stała w domu kolegi i również zapragnąłem taką mieć” – śmieje się. A gdy już taką zdobył, to nie pozostawało nic innego, jak zrobić z niej użytek.

skatepark w Gdyni

skatepark

Chłopaki spotykają w skateparku znajomych i mam przyjemność obserwować mały konkurs popisów. Tuż obok jakiś tata uczy swoje dziecko wyczynowej jazdy na rowerze. Na ławkach siedzą gapie, rodzice, ktoś przez telefon umawia się na spotkanie. Skatepark i okolica tętni życiem, a miejsce znajdzie się dla każdego: zarówno tych, co potrafią zrobić użytek z chluby twórców skateparku, trzyczęściowej „misy”, jak i dla początkujących.

jak spedzac czas latem

Skatepark znajduje się w bardzo dobrym spacerowo miejscu – kilka kroków od ul. Świętojańskiej i w pobliżu morza. Poza tym, czuć tu pasję. Ci, co narzekają, że młodzież spędza wolny czas przed komputerem w domu, powinni częściej tu zaglądać!

zabawa w skatepark

skatepark przy swietojanskiej

Więcej wpisów „Gdynia zdaniem blogerów” >>

O czym warto pamiętać, wyruszając w podróż samochodem

Najsmutniejszym momentem mojej samochodowej podróży z Polski do Grecji wcale nie był mandat za brak opłaty parkingowej w Budapeszcie. To nie ruch drogowy w Belgradzie zostawił smutne wspomnienia. Ani nawet stan portfela po przejechaniu wzdłuż Grecji autostradą. Najgorsza była chwila, gdy uświadomiłam sobie, że to już koniec drogi. Gdy nawigacja bezdusznym głosem oznajmiła „jesteś u celu”.

szczęście to,..

Jednak na początku wcale nie byłam taka pewna, czy wszystko pójdzie gładko i zgodnie z planem. Czas również mieliśmy ograniczony – do Aten musieliśmy dotrzeć najpóźniej w nocy z 11 na 12 października. Była to też pierwsza moja tak długa trasa, którą musiałam pokonać za kierownicą samodzielnie, dlatego obaw było co niemiara.

Trasę zaczęłam planować, gdy tylko zapadła decyzja o tym, że jadę. Wybrałam, z mojego punktu widzenia, najłatwiejszą, przez Czechy, Słowację, Węgry, Serbię i Macedonię. Następnie sprawdziłam, czy nie potrzebuję wiz i co muszę mieć ze sobą przy przekraczaniu granicy samochodem. Takie praktyczne rady można znaleźć na forach internetowych oraz kilku blogach, jednak większość okazała się być sprzed kilku lat i tym samym informacje były przestarzałe (np. w Serbii kierowcy muszą mieć włączone światła mijania również w dzień).

Podróż jest zawsze dużą niewiadomą. Niespodzianki czekają na każdym kroku, ale tych niemiłych jest znacznie mniej, kiedy uczymy się na doświadczeniu innych. Dla wszystkich chętnych podjęcia autowyzwania, zebrałam kilka moich spostrzeżeń, które mogą się przydać.

1. Samochód. Przed wyjazdem poprosiłam mechanika o dokładne sprawdzenie stanu technicznego auta. Za radą przyjaciół, sprawdzone zostały również koła, w tym to zapasowe. Chciałam być pewna, że w czasie podróży nie ujawni się żadna niespodziewana usterka. Szczególnie, że to, co znajduje się pod maską, wciąż pozostaje dla mnie prawdziwą magią.

2. Zielona karta. Jeżeli trasa prowadzi poza granice Unii Europejskiej, poproś swojego ubezpieczyciela OC o tzw. zieloną kartę. Zielona karta sama w sobie nie jest ubezpieczeniem, lecz potwierdza posiadanie OC w nieunijnych krajach Europy. O jej pokazanie poproszono mnie na granicy serbsko-macedońskiej. Nie wiem, jak inni, ale w PZU zielona karta jest bezpłatna dla posiadaczy OC tej firmy.

3. Opłaty za drogi. Czechy, Słowacja i Węgry posiadają wygodny system winiet. Winiety można kupić na stacji benzynowej lub na granicy. Koszt winiet wyniósł mnie odpowiednio: 310 koron czeskich w Czechach, 10 euro w Słowacji i 13 euro na Węgrzech. W Serbii, Macedonii i w Grecji opłaty za autostrady wnosi się, podobnie jak w Polsce, na bramkach. Przejazd z Trójmiasta do Katowic autostradą (a właściwie płatna autostrada skończyła się ok. 100km przed Łodzią) kosztował mnie 30zł. W Serbii na bramkach wydałam 13 euro, w Macedonii 6 euro (ale po Skopje zboczyliśmy na górskie drogi w okolicach Ohrid), w Grecji bezproblemowa jazda z pięknymi widokami kosztowała 38 euro (od granicy z Macedonią aż do Koryntu).

samochodowa podroz po europie

4. Noclegi. Chciałam zostawić sobie wolną rękę, jeśli chodzi o czas przyjazdów i odjazdów do poszczególnych punktów na trasie, dlatego nie planowałam noclegów zawczasu. Najczęściej rezerwowaliśmy jakiś hotel lub pensjonat na booking.com niemal tuż przed przyjazdem do konkretnego miejsca. Dzięki temu udało nam się znaleźć fajne miejsca za okazyjną cenę (taki last minute). W Budapeszcie nocowaliśmy dwa kroki od starego miasta Budy, w Skopje w przesympatycznym apartamencie, a w Atenach w dizajnerskim pornohotelu (zainteresowaym przybliżę szczegóły!). Najbardziej nieudanym wyborem był przydrożny hotel w Serbii, gdzie za 40 euro mogłam słyszeć zza ściany każdy szmer i chrap, natomiast najbardziej udany nocleg znalazł nas w Ochrydzie. Zaczepił nas miły chłopak na rowerze, który zaoferował pokoje z widokiem na miasto, góry i jezioro za zawrotną cenę 20 euro. Cudowne miejsce.

5. Przekraczanie granic. Chyba nie muszę pisać o tym, że przekraczanie granic w Unii Europejskiej jest wręcz niezauważalne. W wielu miejscach nie ma nawet ani śladu po szlabanach. Trochę martwiłam się o czas, jaki przyjdzie spędzić na granicy węgiersko-serbskiej, serbsko-macedońskiej i później na wjeździe do Grecji. W każdym z wymienionych przypadków obawy były bezpodstawne: na każdej z nich spędziliśmy od 5 do maksymalnie 30 minut.

6. Dokumenty. Co się może przydać? Oczywiście paszport (w granicach Unii – dowód osobisty), prawo jazdy, dowód rejestracyjny, OC i wspomniana wyżej zielona karta.

7. Inne wydatki. Poza wydatkami na drogi i noclegi, musieliśmy też kilka razy zapłacić za parking oraz jeden mandat za brak opłaty parkingowej (ok. 20 euro w Budapeszcie). Ale wybieraliśmy (naszym zdaniem) bezpieczne miejsca do parkowania ze względu na sporą ilość bagażu w samochodzie i na parkingach nie oszczędzaliśmy. Wymagało to jednak czasami od nas lekkich akrobacji z kombinowaniem bilonu. Gdzieś w czeluściach internetu przeczytałam też, że Serbowie wymagają zapasowego kompletu żarówek samochodowych, więc takie nabyłam po drodze.

Jak widać, nie taki diabeł straszny, jak mogło się wydawać na początku. Jeżeli ktoś z was odbył podobną podróż, podzielcie się wrażeniami. Bo powoli zaczynam planować kolejną!

Droga jest celem

Najpierw na horyzoncie pojawia się lekka błękitnawa poświata. Po chwili niebo nabiera rumieńców, czuję, że za chwilę będę świadkiem czegoś niezwykłego. Całe to widowisko obserwuję we wstecznym lusterku. Więc kiedy mam okazję zjechać z autostrady, bez chwili namysłu zbaczam do małej wioski nad zatoką. 

wschod slonca nad zatoką koryncka

Najpiękniejszy wschód słońca, jaki dotychczas widziałam, staje się zwieńczeniem mojej dziewięciodniowej podróży. Za mną siedem państw, pięć stolic, prawie 2700 km. Kiedy kilka tygodni wcześniej wpadam na pomysł wybrania się w tę podróż samochodem, wszystko wydaje się być zupełnie nierealne. Perspektywa tylu kilometrów za kółkiem, milion pytań o to, z kim jechać? Dokąd? Jak uniknąć nieprzewidzianych komplikacji? Byłam bliska odstąpienia od tego zamiaru. Ale potem przyszła refleksja: dlaczego zawsze wybieramy zachowawcze i bezpieczne drogi? Dlaczego nie otwieramy drzwi, jeżeli nie wiemy, co za nimi się kryje? Dlaczego sami sobie odbieramy szansę na niezapomniane przeżycia?

zdrogi3

Tak oto trafiam na trasę, prowadzącą z Gdyni do Xylokastro, małego miasteczka nad Zatoką Koryncką. Ale to nie destynacja jest celem. Celem staje się sama droga. A ta niesie ze sobą wiele nieznanych mi dotychczas doznań.

zdrogi4

O praktycznych stronach samochodowej podróży po Europie chętnie opowiem w osobnym tekście. Dzisiaj chcę tylko podzielić się z Wami moją radością – choć podróż dobiegła końca, skumulowałam niesamowicie dużo pozytywnej energii i ciepłych wspomnień. Było warto!

zdrogi7

zdrogi6

zdrogi5

zdrogi2

zdrogi1

wchod slonca nad zatoka w grecji

Gdynia kreatywna: na tropie pracowni

Gdynia, jako miasto bardzo młode, nie dorobiło się jeszcze osobnej dzielnicy, w której przeważałyby pracownie młodych projektantów i artystów. Kreatywnym życiem tętni Śródmieście, ale trzeba wiedzieć, dokąd zajrzeć. Dziś chcę Wam pokazać pracownie trzech moich ulubionych gdyńskich projektantek. Chodźcie za mną!

Ulica Kilińskiego, przy której znajduje się butik i pracownia Misstery, łączy dwa światy. Z jednej strony jedna z głównych ulic Gdyni – Świętojańska, z drugiej – spokojne uliczki, prowadzące do parku lub nad morze. Butik Misstery jest dokładnie po środku, a odkryłam go kiedyś zupełnie przypadkowo.

butik misstery

„Kilińskiego to moja ulubiona ulica w Gdyni, ma w sobie to „coś”, ma duszę. – zdradza Beata Kołodziejska. To ona tu tworzy i rządzi w Misstery. Beata jest gdynianką od 30 lat. Opowiada, że swoją pracownię chciała otworzyć koniecznie w tym mieście i tak też się udało. W okolicy swoje pracownie mają kuśnierz, modystka, gorseciarka. Zawody, które odchodzą w zapomnienie, spotykają się w jednym miejscu. Przypadek?

Beata, choć sama nie jest zawodową modystką, kontynuuje najlepsze tradycje tego rzemiosła. Początki nie należały do najłatwiejszych. Artystyczna dusza po humanistycznych studiach, sztuki tworzenia nakryć głowy uczyła się się od podstaw samodzielnie, od czasu do czasu podglądając pracę innych.

pracownia Misstery

Dzisiaj sama pracuje nad konstrukcją, na własnych formach tworzy toczki. Ta praca nad formą jest najtrudniejsza, ale Beata przyznaje, że daje najwięcej satysfakcji. Nakrycia głowy wracają do łask – modne są kapelusze, czapki, natomiast toczki najczęściej panie kupują na specjalne okazje. Te z metką „Misstery” powstają od podstaw u Beaty. W pracowni pełno jest różnego rodzaju ozdób, wstążek, woalek, sprowadzanych specjalnie do projektów Beaty z zagranicy. Z kolei wełniane czapy powstają we współpracy z marką Prulla, twórcami dzianinowych dodatków i ubrań.

Misstery przy pracy

w pracowni misstery

Wszystkich, kto ma ochotę podejrzeć „od kuchni”, jak powstają autorskie nakrycia głowy, Beata zaprasza na Kilińskiego 8 – tej pracowni nie da się przegapić! Trochę inaczej jest z pracownią Marty Misiuro, autorki szklanych postaci o dużych smutnych oczach.

pracownia misiuro

Marta prowadzi mnie do pomieszczenia za grubymi stalowymi drzwiami. „Ta piwnica jest jednocześnie schronem” – tłumaczy. A ja zaczynam zastanawiać się nad tym, jakie jeszcze tajemnice skrywa Gdynia?

prace ze szkła Misiuro

Najbardziej charakterystycznymi pracami Marty są postaci wytapiane ze szkła w temperaturze 1600 stopni. Pracuje w technice, której nie stosuje nikt inny w Polsce. Do pracy potrzebuje specjalnego palnika, ten zajmuje honorowe miejsce w pracowni. Najpierw pod wpływem ognia powstaje szklana kulka, przypominająca bańkę mydlaną, a potem Marta nadaje jej kształt. Jelonka lub swojej autorskiej laleczki…

W pracowni Misiuro

Co ciekawe, każda laleczka jest inna i żadna nie ma imienia. Nadanie imienia Marta pozostawia tym, którzy zdecydują się je przygarnąć. A jest to bardzo łatwe, ponieważ tajemnicze dziewczyny można znaleźć nie tylko w biżuterii, lecz i na koszulkach.

koszulki Misiuro

naszyjniki misiuro

Marta mieszka w Gdyni „od zawsze”. Najpierw Kamienna Góra, przerwa na osiedle z blokami i teraz ponownie powrót w okolice Śródmieścia. „Codziennie bywam nad morzem. Gdynia jest dla mnie najlepszym miejscem na ziemi” – przyznaje. Podczas naszej rozmowy w pracowni okazuje się, że łączy nas nie tylko miłość do miasta, ale i… wspólne pochodzenie. Babcia Marty była wilnianką!

Pracownia Marty znajduje się przy ul. Słowackiego 58. Aby do niej trafić, należy skontaktować się z Martą mailowo lub telefonicznie.

Kolejną pracownią, którą koniecznie chcę pokazać, a której właścicielka również znalazła w Gdyni swoje miejsce na ziemi, jest torebkownia Mana Mana.

pracownia mana mana

Z Marceliną Rozmus miałam przyjemność pracować przy okazji kilku sesji fotograficznych  Naturalnie, podpytałam Marcelinę, dlaczego torebki? Czeka mnie zaskoczenie. Torebki są, jak sama Marcelina przyznaje, projektem ubocznym wobec tego, co rzeczywiście początkowo chciała tworzyć.

„Od wieków nie kupowałam sobie torebek, nic mi się w sklepach nie podobało. W końcu więc mogę sama wymyślić to, co chcę mieć. I dokładnie to samo dawać wszystkim moim klientom” – tłumaczy.

pracownia mana mana

Niedawno pracownia się powiększyła i z zaplecza wyszła na światło dzienne. Teraz każdy odwiedzający (bo, trzeba przyznać, Mana Mana noszą nie tylko kobiety) może zobaczyć, jak torebki powstają. Od pomysłu, szkicu, aż do ostatniego szwu. Tutaj też realizowana jest sprzedaż internetowa – kurier każdego dnia odbiera naręcze paczek.

O tym własnym miejscu na ziemi nie żartowałam. Mama Marceliny pochodzi z Węgier. I choć w dawnych czasach w jej kraju niczego nie brakowało, w odróżnieniu od Polski Ludowej, przyjechała tu za miłością. Nie znała języka ni w ząb, jednak z ogromnym zaangażowaniem i determinacją nauczyła się polskiego samodzielnie. „Trudno mi nawet wyobrazić, jak musiało być jej trudno sprostać temu wszystkiemu” – opowiada Marcelina. A ja wiem, po kim twórczyni Mana ma ten zapał do życia.

mana mana w internecie

Tradycyjnie, na koniec pytam też o ulubione miejsce w Gdyni. Okazuje się, że wcale nie jest to pytanie łatwe. Marcela do żadnych lokali nie chodzi, jada w mlecznym barze. Natomiast miasto lubi oglądać z zadartą do góry głową i snuć się po mniej nieznanych zakamarkach Śródmieścia. „Gapię się na balkony, okna i wyobrażam sobie, co jest za nimi, – zdradza. – Nawet, gdy z kimś jadę pociągiem lub gdy mijam kogoś obcego na ulicy, lubię doopowiadać o tych osobach różne historie. Zastanawiam się, dokąd taki ktoś jedzie, albo na czym się zna.”

moja nowa torebka mana mana

Może Marcelina i nie potrafi wymienić ulubionego miejsca w Gdyni, ja za to potrafię wskazać moją ulubioną Manę. A pracownię znajdziecie pod adresem ul. 3 Maja 20, w podwórku za żelazną bramą.

Znacie inne ciekawe pracownie warte odwiedzenia? Dajcie znać, a na pewno je odwiedzę i opiszę na JakMalowanym.

Gdynia na moim blogu: alternatywna trasa rowerowa | kolor, dźwięk, słowo | nieznane plaże | moje miasto 

Gdynia przemysłowa z perspektywy roweru

Babie lato potrafi namieszać w głowie. Kiedy budzi mnie słońce i rąbek błękitnego nieba, widoczny przez okno, rower zaczyna niespokojnie przebierać pedałami. Telepatycznie przekazuje kategoryczny sprzeciw schowania go do piwnicy. „To jeszcze nie pora” – woła. Nie mam więc wyjścia – jedziemy na wycieczkę!

ja na rowerze

Sąsiedztwo Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego daje pole do popisu. Można zaplanować krótkie rowerowe spacery lub podążyć jednym z dłuższych szlaków, wędrując na przykład do Wejherowa. Albo odwiedzić dalsze dzielnice miasta, docierając do nich leśnymi ścieżkami.

Przez miasto prowadzi kilkanaście ścieżek rekreacyjnych, a rowerowe ścieżki komunikacyjne w sumie liczą ponad 50km. Najdłuższa prowadzi od Warszawskiej aż do granic miasta z Rumią.

kolazrowerowy

Jednak moja ulubiona trasa wcale nie wiedzie przez malownicze pagórki. Nie ujrzysz tu dzików ani wiewiórek. Moja trasa w klimacie przemysłowym prowadzi przez jedną z głównych arterii Gdyni, zbacza do zaniedbanej części Pogórza, skręca na miłe oku blokowiska z wygodnymi ścieżkami rowerowymi, aż w końcu wyjeżdża na prostą wzdłuż ulicy Janka Wiśniewskiego.

rowerowa-mapka

Start – przy Akademii Morskiej w Gdyni. Wzdłuż Morskiej prowadzą ścieżki rowerowe – raz po jednej, innym razem po drugiej stronie ulicy. Po przejechaniu pod estakadą, skręcam w prawo na Chylońską. Tutaj ścieżka rowerowa się kończy, ale ten odcinek nie jest długi. Prowadzi między blokami i podwórkami, żeby po chwili skręcić w prawo – na jedyny w Gdyni wielotorowy przejazd kolejowy. Znienawidzony przez kierowców, dla mnie wydaje się być punktem must see. Szlabany tutaj opadają dosłownie co kilka minut, a po torach śmigają SKM-ki i pociągi dalekobieżne. Fajne miejsce do trainspottngu. Niezbyt dobry wybór dla tych, co się spieszą.

Przejazd przez tory

Rowerowa SKMka

Dalej ulicą Pucką aż do skrzyżowania z Unruga. Okolica przemysłowa, więc mało zachęcająca do dalszej eksploracji. Chyba, że ktoś ma fioła jak ja. Z przyjemnością przystaję przy składowanych tutaj kontenerach i wypatruję pociągów towarowych. Stukot kół pociągu kojarzy mi się z odległym dzieciństwem, gdy zasypiałam przy odgłosach niedalekiego od domu dworca kolejowego.

Pora wspominki odłożyć na bok, jedziemy dalej. Po prawej stronie majaczy czerwony komin elektrociepłowni gdyńskiej. Powietrze ma tu nieco inny smak, ale w przemysłowo-portowych dzielnicach trzeba się z tym liczyć. Od strony ulicy Puckiej podchodzę bliżej, choć wysoki płot uniemożliwia dłuższy spacer. Trzeba ruszać dalej.

Elektrociepłownia Gdyńska

Teraz jazda jest czystą przyjemnością. Wzdłuż ulicy Unruga, aż do Kwiatkowskiego, prowadzą nowe proste ścieżki rowerowe. Pod koniec ulicy skręcam w prawo na estakadę i już jestem w jednym z moich ulubionych miejsc. Pod estakadą znajduje się przystań promu Stena Line i składowiska kontenerów. Rozpościera się też widok na port Gdyni z zupełnie innej perspektywy. Suwnice, dźwigi – wszystkiemu można się przyjrzeć z bliska, podczas pracy. Ma to coś z portowego uroku.

Terminal Stena Line

DSC_4641-1sm

Ostatnia część trasy prowadzi wzdłuż Janka Wiśniewskiego – dość nużący odcinek. Jeżeli mam jeszcze sił, zbaczam w lewo w stronę Nabrzeża Belgijskiego. To tu powstaje Muzeum Emigracji, a latem przypływają ogromne wycieczkowce. Powrót na Wiśniewskiego jest szybki i prosty – ostatnie wyzwanie stanowi wniesienie roweru na wiadukt przy SKM Gdynia – Stocznia.

nabrzeze belgijskie

Za każdym razem, gdy przemierzam tę trasę, odkrywam coś nowego. Przemysłowe i portowe dzielnice mają w sobie niesamowity klimat. Tak jakby śpiące, a mimo to ciągle w ruchu. Jakby zaniedbane, a niezwykle ważne na mapie miasta. Jeżeli znacie podobne miejsca, do których łatwo dojechać rowerem, szepnijcie słówko.

P.S. Pamiętacie, że zarówno w SKM, jak i gdyńskiej komunikacji, przewóz roweru jest bezpłatny?

3x Gdynia >> || Nieznane plaże Gdyni >> || Moja Gdynia >>   

Gdynia: kolor, dźwięk, słowo

Wiatr, który potarga nawet najlepiej ułożoną fryzurę. Portowe światła, odbijające się w nocnej zatoce. Moja Gdynia pachnie morzem, brzmi jak krzyk mew, mruga rysowanym na ścianie okiem. 

ja na tle muralu

Gdynia jest koloru morskiego. Jak „Tchnienie Wschodu”, mural francuskiego artysty Hopare, którego do Gdyni sprowadziła idea Traffic Design. Piękny obraz powstał na ścianie budynku fundacji wspierającej osoby z autyzmem (Hallera 31A). Hipnotyzuje, przykuwa uwagę, uwodzi kolorystyką. Zanim powstał, najbardziej lubiłam zaglądać do podwórek na rogu Żeromskiego i Świętego Wojciecha. Tam, zza zieleni i osypujących murów, wygląda stoczniowy wąsacz i startują kosmiczne wahadłowce.

Tchnienie Wschodu mural

Gdynia brzmi jak bluesowe improwizacje. W poszukiwaniu muzyki kroki prowadzą do niepozornego Blues Club, gdzie w każdy wtorek w przytłumionym świetle odbywa się prawdziwa orgia dźwięków. Dla koneserów i laików. Dla ciekawskich również. Kilka kroków dalej – kultowy Klub Muzyczny UCHO. To tu, obuta w moje wysokie glany, poznawałam polską alternatywną scenę muzyczną.

Blues Club

Gdynia to również miasto słowa. Książki zagościły w różnych jej zakamarkach już na stałe. Początkowo nieśmiało, wraz z Nagrodą Literacką Gdyni, wychodziły w plener. Teraz zagościły na stałe m.in. na dworcu Gdynia Główna, skąd można je wypożyczyć w Biurze Dworca, pozostawiając w zamian inną książkę.

bookcrossing na dworcu

W kawiarniach i restauracjach zawsze wypatruję półki z książkami. Rozgościły się m.in. w Caffe Anioł, w Vademecum, Cafe Klaps. Ale najchętniej wracam do niezwykłego tytułu, dostępnego w Lavenda Cafe na Starowiejskiej.

ksiazka w Lavenda

Historia Gdyni w wycinkach z gazet. 75 lat bogatych w historyczne wydarzenia oraz fragmenty informacyjnych tekstów, przedstawiające tło społeczne i postęp w rozbudowie miasta. „Gdynia w gazetach” Małgorzaty Sokołowskiej (Verbi Causa, 2011) jest trudno dostępnym tytułem, ale idealnie nadaje się na slow reading przy herbacie. Okazuje się, że niektóre problemy, z którymi miasto boryka się dziś, zwracały uwagę również na samym początku swojego istnienia.

Gdynia w gazetach - fragment

czytanie w lavenda cafe

Moja Gdynia to wyrazisty kolor, dobre brzmienia i wciągająca książka. A wszystko możliwe do zlokalizowania na mapie.

Tekst jest częścią „Gdynia zdaniem blogerów”. O nieznanych plażach >> || O Gdyni Jak Malowanej >>

Armenia: na północ od Erywania

Światło w końcu tunelu zbliża się z prędkością większą, niż bym się tego spodziewała. Przymykam powieki, spodziewając się ostrych promieni słonecznych… Ale nic takiego nie następuje. Wyjeżdżamy spod masywnych wzgórz prosto na niezbyt szeroką drogę, która prowadzi przez las. Las z prawdziwego zdarzenia – pełen liściastych drzew. Zielonych drzew.

Odmiana krajobrazu za oknem jest zaskakująca. Z południa na północ Armenię przecina główna arteria komunikacyjna kraju: droga z Iranu do Gruzji. Prowadzi wśród czerwonych pól spalonych słońcem – głównie, ponieważ w pewnym momencie czerwony kurz i temperatura opada, ustępując miejsce typowo polskiej pogodzie. Z okna widać pola kapusty, pasące się bydło, porośnięte lasem góry.

Jedziemy marszrutką do prowincji Lorri. Stąd pochodzi m.in. najsłynniejszy ormiański poeta Tumanyan, tutaj urodził się projektant wojskowych MiGów – Mikoyan. Prawdę mówiąc, dotychczas sądziłam że „migi” mają swoją nazwę od dużej prędkości, tymczasem jest to skrót od nazwisk konstuktorsko-projektanckiego duetu „Mikoyan i Gurevich”. Lorri zapisało się w historii Armenii również trzęsieniem ziemi o bardzo silnej, jak na dany region, mocy. Choć do kataklizmu doszło w 1988 roku, w wielu miejscach do dziś straszą częściowo zburzone, nieodbudowane budynki.

zburzony trzęsieniem ziemi kościół

Armenia małych miasteczek i wsi to poruszający obraz. Jeżeli wydawało mi się, że w Erywaniu jeździ ogromna liczba starych moskwiczy, ład i wołg, to poza stolicą są one głównymi środkami transportu. Nasza marszrutka, w porównaniu z większością autobusów, kursujących na zamiejskich trasach, jest okazem wyjątkowo nowoczesnym. Pędzimy ponad stówkę na godzinę – zarówno po dwupasmowej „autostradzie” Iran – Gruzja, jak i po górskich serpentynach Lorri.

samochody w Armenii

wieś w Armenii

Za kierownicą siedzi Ando. Ando czasami się denerwuje, gdy nie może wyprzedzić wlokącego się przed nami grata. Ale generalnie ma wiele cierpliwości i empatii. Oferuje mi swoją bluzę, gdy zmarznięta wracam ze spaceru. Zagaja kilkoma słowami po polsku. „Służyłem w Polsce, pod Szczecinem” – kontynuuje już po rosyjsku i rozbrajająco przeprasza, że więcej polskich słów nie pamięta. Jako wojskowy spędził cztery lata przy granicy z Niemcami, żeby po rozpadzie bloku wschodniego wrócić do ojczyzny. Potem walczył za Górski Karabach, znowu wrócił do Erywania, aż usiadł za kółkiem busa, wożącego turystów na północ kraju.

Takich rozmów i spotkań przeżywam wiele. Za to uwielbiam prowincję – tutaj ludzie żyją własnym tempem, lubią opowiadać i słuchać. Na przykład Rozoczka. Codziennie ktoś z rodziny lub sąsiadów przywozi ją na ruiny twierdzy Lori, gdzie sprzedaje cienkie świece zapalane w intencji przy świętych obrazkach. Żegnając się, życzy miłego dnia.

Rozoczka Armenia

Ludzie i ich spracowane dłonie. Umorusani mężczyźni, naprawiający moskwicza na poboczu. Dzieciaki, przesiadujące przy małym lokalnym sklepiku. I bezpańskie psy. Tych jest dużo i wszędzie – na ulicach Erywania oraz w miejscach odwiedzanych przez turystów. Niektóre wyglądają tak, jakby jadły tylko to, co przyjezdni tacy jak my, im zostawią.

bezdomne psy w Armenii

pies i pomnik radziecki

Mijamy miasteczka, założone przez Ormian uciekających przed zagładą w Turcji. Mijamy doliny, wzgórza, góry. Kierujemy się do Stepanavan, bo w okolicy jest coś, co Anna (nasza ormiańska koleżanka) chce koniecznie nam pokazać. Park dendrologiczny, założony w latach trzydziestych przez Polaka, Leonowicza. Do dziś mieszka tu jego rodzina i bardzo o park dba. O park dba również Polska. Z funduszy pomocowych w ostatnich kilku latach zostały sfinansowane liczne prace renowacyjne. Spacer w cieniu swojskiej lipy tysiące kilometrów od domu jest przeżyciem nietypowym. Twórcy parku udało się u stóp armeńskich gór stworzyć tak dobrze znany, polski las.

dendropark stepanavan

stepanavan dendropark

kolaż z koniem i stoiskiem

widok na gory

Okolicę otula delikatna mgła. Na horyzoncie widać zarys gór. Tysiąc lat temu w tym miejscu kwitł handel i życie polityczne. Powstawały i upadały księstwa. O chwale minionych wieków przypominają ruiny twierdzy Lorri nad zapierającym dech w piersiach kanionem. Twierdza z przylegającym bogatym miastem, które wyrosło na głównym szlaku handlowym średniowiecznej Armenii, stanowiły łakomy kąsek dla najeźdźców: Persów, Turków, Mongołów.

twierdza Lorri

okolice twierdzy Lorri

twierdza Lorri

kanion w Lorri

kanion Lorri

Kanion w lorri

kanion Lorri

Echo niesie nasze ostrożne kroki, stawiane na zboczach kanionu. Wracamy na górę i ruszamy w drogę powrotną. Różnica temperatur tutaj a w Erywaniu jest ponad dwukrotna, znowu można otworzyć okno i cieszyć się ciepłym wiatrem. Ando puszcza jakąś lokalną muzykę, do miasta docieramy późnym wieczorem. Ulice tętnią życiem, zupełne przeciwieństwo tego, co widzieliśmy na północy. Pełna pięknych i niezwykłych kontrastów Armenia. Będę tęsknić.

gęsi na ulicy Armenia

owce na drodze

portret w armenii

 

fot. Ana Matusevic, powielanie i kopiowanie bez mojej pisemnej zgody jest zabronione.

Targ w Erywaniu >>   ||    Północ Armenii >>  || Tradycyjny ormiański chleb >> || Spacer po Erywaniu >>

Gdynia nieznana uwodzi plażami

Najpierw pokonuję paręset schodków. Albo idę ścieżką po porośniętym drzewami zboczu klifu, na skróty. Zza drzew wyłaniają się kolorowe rybackie barki. Wsłuchuję się w krzyk mew i szum fal, rozbijających się o kamienisty falochron. 

Gdynia po drugiej stronie portu, ta z Obłużem i Oksywiem, to wciąż Gdynia dla wielu nieznana, skrywająca niezwykłe zakątki, do których się chce wracać. Plaże, jakby dzikie, ale niezupełnie, bo w Babich Dołach i ratownik się znajdzie, a na Oksywiu wczesnym rankiem można się natknąć na powracających z połowów rybaków. Miejsce idealne na odpoczynek od zgiełku, na sesję zdjęciową, na spacer.

Oksywie plaza

Oksywie jest najstarszą osadą, wchodzącą w skład dzisiejszej Gdyni. Miejsce to zapisało się też w militarnej historii Polski, co znajduje odbicie także w najbliższym otoczeniu. Żeby dostać się do plaży, należy przejść z jednej strony obok koszar i jednostek wojskowych, z drugiej – cmentarz Marynarki Wojennej.

barki na oksywiu

Lodz w Gdyni

O świcie krzątają się tu rybacy, w dzień przechadzają nieliczni spacerowicze. Nawet w sezonie jest to miejsce wolne od tłumu i zgiełku, tak charakterystycznego dla plaży w centrum miasta.

ja w oksywiu

lektura na popoludnie

widok na Hel z Oksywia

Chwilę przed spacerem pada deszcz. Ostatnie ciepłe krople szybko wsiąkają w piasek, a na horyzoncie mogę dojrzeć zarys Helu. Po prawej, w oddali, widać torpedownię Formoza. Obiekt do dziś używany przez polską Marynarkę, w jej stronę prowadzi długi, kamienny i nieco zniszczony falochron. Po lewej – poniemiecka torpedownia w Babich Dołach, plan filmowy m.in. „Kryminalnych” i „Czterech pancernych i psa”.

Oksywie, widok na formoze

Lodzie rybackie

Lodz na Oksywiu

Zbliżająca się zima zapowiada równie niezwykły krajobraz. Skute lodem kamienie falochronu, ogołocone z liści zbocza klifów, morze w kolorze ołowiu. Nie mogę się doczekać, kiedy znad morza zawieje mroźny wiatr.

Tekst jest częścią serii „Gdynia zdaniem blogerów”. Część 1 >>

Erywań: miasto spalone słońcem

Wraz z ciepłym wiatrem przez okno wpada bliskowschodnia melodia. Kurz, podnoszony przez samochody na dole, osiada na rozgrzanej upalnym dniem skórze. W Erywaniu późny wieczór. 

Powietrze drga, a ja czuję się trochę jak we śnie. Za mną długa i męcząca podróż, zakończona nocną przejażdżką po śpiącym mieście. Neony przeglądają się w wodach rzeki Araks, po ulicach mkną ostatnie, a może już pierwsze tego dnia, taksówki. Stolica Armenii leży w dolinie Araratu, którego ośnieżony szczyt dumnie góruje nad miastem. Przynajmniej tak to wygląda na kartkach pocztowych. W rzeczywistości nie udało mi się dostrzec świętej ormiańskiej góry – kurz i smog otula Erywań niczym całun.

Mayr Hayastan - Matka Armenia

Widać za to monumentalną Mayr Hayastan – Matkę Armenię. Jest to ormiańska „statua wolności”, jeden z najbardziej rozpoznawalnych obiektów tego kraju. Trudno sobie wyobrazić, ale jeszcze w pierwszej połowie XX wieku w tym miejscu stał pomnik Stalina – jako symbol zwycięstwa narodu sowieckiego w drugiej wojnie światowej. Symbolika Matki Armenii pozostaje podobna. Rosyjska wikipedia wciąż podkreśla pamięć o „wojnie ojczyźnianej”, ale wśród Ormian bardziej jest rozpowszechniona interpretacja związana z obroną przed Turkami.

„Siła zapewnia pokój” – takie przesłanie ma twórca wojowniczej Ormianki. Jest to także hołd kobietom, które z ogromnym poświęceniem włączały się do powstańczych lub partyzanckich walk przeciwko osmańskim okupantom i kurdyjskim bojówkom. „Nigdy więcej” – zdaje się mówić postawa Matki Armenii. Nigdy więcej takiego przelewu krwi, jakie miało miejsce podczas ludobójstwa Ormian w okresie pierwszej wojny światowej. Zaplanowana eksterminacja chrześcijańskiej ludności, która w wyniku pokoju po wojnie turecko-rosyjskiej znalazła się w granicach Imperium Osmańskiego. Szacuje się, że w ciągu kilku lat konsekwentnie realizowanej akcji „ostatecznego rozwiązania” zginęło ok. 1,5 mln Ormian. Do dziś Turcja neguje ludobójstwo, co jest jednym z powodów braku stosunków dyplomatycznych między tymi krajami.

Republic quare yerevan

Sam Erywań jest monumentalnym pomnikiem Aleksandrowi Tamanianowi – twórcy współczesnej stolicy Armenii. Swoje dzieło życia rozpoczął na początku lat 20. ubiegłego wieku, kiedy za przyzwoleniem Moskwy postawił sobie za cel w miejscu prowincjonalnego miasteczka wybudować prawdziwe europejskie miasto. I, (nie)stety, udało mu się to. Dzisiejszy Erywań to miasto w stylu głównie neoklasycystycznym, wybudowane na z premedytacją zburzonym dawnym Erywaniu.

Kosciol i kaplica armenia

Plan Tamaniana jest realizowany nawet dziś, dzięki czemu miasto jest spójne stylistycznie. Spójności sprzyja też tufa – główny materiał budulcowy, kamień o charakterystycznym czerwonawym odcieniu. W centrum zauważalne jest też zamiłowanie do budowania kamiennych placów, które zupełnie nie sprawdzają się latem, gdy temperatura sięga 40 stopni.

Erywan Armenia

erywan armenia

Sytuację ratują liczne fontanny oraz miejsca z wodą pitną, zwane potocznie pulpulakami. Górska, bardzo dobra woda, jest więc dostępna za darmo dla wszystkich.

woda w pulpulakach

fontanna na placu republiki

miasto erywan

kiosk z gazetami Armenia

W planowaniu miasta o harmonijnej architekturze Tamanian nie przewidział dwóch rzeczy – czynnika ludzkiego i nieprzewidywalnego wiatru historii. Historia do przestrzeni miasta wniosła wiele siermiężnych elementów. Paradoksalnie, to one najbardziej przyciągają moją uwagę. Pozostałości po sowieckiej przeszłości jest wiele, choć nie tak dużo, jak poza stolicą. Z kolei ludzie wnoszą w tę uporządkowaną miejską planszę dużą dozę chaosu: między domami rozpościera się plątanina kabli, oligarchowie z zacięciem budują kiczowate wille, po ulicach jeżdżą auta, które swój żywot miały zakończyć co najmniej dziesięć lat temu. Erywań tonie w kurzu i spalinach.

stare auto na ulicy erywania

stary trolejbus armenia

zaparkowane auto

Życie w Erywaniu odmierzane jest weekendami. Choć w powszednie wieczory tarasy knajpek i ogródki kawiarni są również zapełnione, to piątek wyzwala w erywańczykach gorączkę imprezowej nocy. Ulice zapełniają pięknie ubrane Ormianki, z przejeżdżających aut głośno gra muzyka, impreza trwa do rana. Sobotnie przedpołudnie mija w bardzo leniwym tempie, żeby wieczorem znowu przyśpieszyć – jest nawet głośniej, intensywniej, bardziej. Kac moralny pomagają wyleczyć ekipy porządkowe, o świcie zamiatające wczorajsze grzeszki stylowymi miotłami.

sobotni poranek

Wielu Ormian ma ogromny sentyment do sowieckiej przeszłości oraz sporo sympatii do Rosji. Któregoś wieczoru prowadzę zajmującą rozmowę z młodym Ormianinem. Przekonuje mnie, że Polska wiele traci na nienawiści do Putina, a Unia w skutek licznych embargo szybko zbankrutuje. W przeciwieństwie do swoich najbliższych sąsiadów, Gruzinów, tutaj Rosja nie jest postrzegana jako agresor. Armenia zdecydowała się przerwać dotychczasowy eurointegracyjny kurs i przystąpić do Unii Celnej z Rosją. Unia Celna nie jest jednak tworem typowo gospodarczym. Przed akcesją, władze w Erywaniu powinny spełnić szereg wymagań Moskwy, co skutkuje gospodarczym i politycznym uzależnieniem kraju. Choć język rosyjski jest w mieście obecny wszędzie, niektórych niepokoją na nowo wywieszone tablice informacyjne po rosyjsku na rządowych budynkach.

rzad armenii

rząd armenii po rosyjsku

roze w erywaniu

ornamenty ormiańskie

meczet w erywaniu

DSC_3571-1sm

Upalny Erywań. Fascynujący, ale na dłuższą metę trochę męczący. Żeby zaczerpnąć świeżego powietrza, warto wybrać się za miasto. W góry. W podróż na północ, gdzie pogoda jest bardziej zbliżona do polskiego chłodnego lata, a zamiast spalonych słońcem pól oczy cieszą zielone lasy.

portret w armenii

fot. Ana Matusevic, powielanie i kopiowanie bez mojej pisemnej zgody jest zabronione.

Targ w Erywaniu >>   ||    Północ Armenii >> || Tradycyjny ormiański chleb >>

Armenia: rzut okiem do kuchni

Facet w czapce z daszkiem przechyla się przez krawędź murowanego okrągłego pieca i wygląda, jakby za chwilę do niego miał wpaść. Raz po raz zanurza się tak w gorących czeluściach, sprawnym ruchem przyklejając kawałki białego ciasta do ściany pieca. Po chwili chleb jest gotowy. W kolejce czeka kilkanaście osób.

wypiek matnakaszu

piekarnia matnakaszu

Tonir, lub tondir, to tradycyjny piec do wypiekania ormiańskiego chleba. Okrągłe chrupiące placki to matnakasz – najbardziej powszechny chleb, który podaje się do wszystkiego. Buchający od pieca żar i ogólny gorąc w piekarni nie przeszkadza kupującym. Tłoczą się przy ladzie w oczekiwaniu na swoją kolej zamówienia karabachskich placków z pietruszką i lawaszu. Pietruszka jest dla mnie największym zaskoczeniem – dodaje się ją do wszystkiego.

Matnakasz i lawasz towarzyszy nam niemal przy każdym posiłku. Do zupy, do szaszłyków, do jajecznicy. W sposób tradycyjny lawasz – cienki pszenny placek – piecze się w tonirze zakopanym w ziemi. Z mąki pszennej na zakwasie rozwałkowuje się cienki placek, umieszcza go na twardej „poduszcze”, przy pomocy której przykleja się go do ściany pieca. Lawasz piecze się błyskawicznie, gotowy do spożycia od razu po wybraniu z pieca.

tradycyjny lawasz

piekarnia lavash lawaszu

piekarnia lawaszu

W produkcji mniej tradycyjnej lawasz piecze się w specjalnych praskach. Mam okazję obserwować cały ten proces w jednej z piekarni. Duże, gotowe już placki, pakuje się w foliowe woreczki. Lawasz szybko wysycha i staje się mało elastyczny, dlatego warto go przechowywać w folii. Jedni jedzą go bez niczego, inni zwijają z mięsem i warzywami w coś w rodzaju tortilli.

Kaukaska kuchnia fastfoodowa obfituje w placki i pierożki z nadzieniem. Chinkali, gruzińskie pierogi z mięsem, w wersji ormiańskiej smaży się na głębokim oleju. W smaku zbliżone do moich ulubionych tatarskich czebureków, których tutaj nie udało mi się znaleźć, a dostępne są (jak się później okazało) w budach w przejściach podziemnych i dworcowych. Z ormiańskich smaków na uwagę zasługuje również suszona wołowina – my jedliśmy ją pokrojoną w cienkie paski w sałatce z warzywami i kurczakiem.

food-armenia

Kuchnia ormiańska jest tak bogata w smaki, że dla spróbowania wszystkich specjałów nie wystarczy jeden turystyczny wyjazd. Trzeba jednak się przygotować na dużą ilość mięsa i białego chleba. Armenia może też się pochwalić wielowiekową tradycją produkcji wina. W okolicy Areni niedawno odkryto winnicę, której wiek archeolodzy szacują na kilka tysięcy lat. Specjałem są wina z owoców granatu, natomiast dla miłośnicy mocniejszych trunków mogą sięgnąć po koniak. W czasach radzieckich 45 proc. wypijanego w całym ZSRR koniaku pochodziło z Armenii. Dzisiaj najbardziej rozpoznawalną marką w tej branży jest brandy (a jakże) Ararat.

portret w armenii

 

fot. Ana Matusevic, powielanie i kopiowanie bez mojej pisemnej zgody jest zabronione.

Targ w Erywaniu >>   ||    Północ Armenii >>

Armenia: dzień targowy w Erywaniu

Na Wernisażu w dzień targowy takie słyszy się rozmowy: „Krasiwyj suwenir dla krasiwoj dewuszki!”, „Ruskaja, szto pakazat?”, „Dewuszka, dioszewa atdam!”. Niedzielny targ w okolicy erywańskiego Placu Republiki to miejsce, gdzie kupisz wszystko.  

Powoli suniemy alejkami, z tłumem. Bramę targowiska stanowią zwały starych książek. Sowiecki atlas samochodowy, radziecka historia Górskiego Karabachu, Mały Książę po ormiańsku. Dużo podręczników – właśnie ruszył nowy rok szkolny i troskliwe rodzicielki okupują stoiska z używanymi pomocami naukowymi.

Erywan stare ksiazki

Wernisaż – nazwa dumna. Tak naprawdę jest to duży pchli targ, taki z prawdziwego zdarzenia. Wyroby tradycyjnego rzemiosła, np. rzeźba w drewnie czy dywany, starocie, ubrania z drugiej ręki, biżuteria i plastikowa chińszczyzna. Wszystko czego dusza zapragnie, doprawione lekkim kaukaskim kiczem. Wzbudzamy zainteresowanie prawie przy każdym stoisku. Blada cera sugeruje, że mamy kasę, a słowiańska uroda – że ceny należy przeliczyć na ruble. Czasami prowadzi to do nieporozumień, ponieważ 10 tys. ormiańskich dram to ok. 1 tys. rosyjskich rubli. A więc, gdy przychodzi do płacenia, można lekko się zdziwić…

na rynku w armenii

Nie zawsze jednak głównym celem jest upchnięcie towaru. Sprzedawcy się nie nudzą – grają w karty, szachy, zagadują, rozmawiają. Tak poznajemy Lucy. Pyta, skąd jesteśmy, opowiada, że niedawno była w Polsce, odwiedzała znajomych z wolontariatu we Włoszech. Wymieniamy się kontaktami – moja towarzyszka podróży, Natalia, koniecznie ma się odezwać, kiedy wróci do Erywania w październiku na swój projekt.

Lucy EVS

Tacy, jak nasza nowa koleżanka, stanowią mniejszość. Dla większości jesteśmy Rosjankami, ewentualnie Ukrainkami. Kiedy żalę się jednemu ze sprzedawców, ten wyjaśnia: wy, słowianki, wszystkie jesteście podobnej urody. Nie obrażam się więc, ale przy następnych stoiskach upewniam się, że cena jest na pewno w dramach.

Rosjanie to najliczniejsza grupa narodowa, która odwiedza Armenię, turystycznie lub w innych celach. Polacy również bardzo chętnie przyjeżdżają do Erywania. Niestety, infrastruktura turystyczna nie jest rozwinięta. Jeżeli ktoś nie zna ormiańskiego lub rosyjskiego, podróżowanie po tym kraju na własną rękę będzie znacznie trudniejsze. Ale ma to też swoje dobre strony – Ormianie chcą rozmawiać, opowiadać i pomóc, a nie tylko czerpać zysk z turysty. Kelner w knajpie z uśmiechem odsyła nas do konkurencji, kiedy dowiaduje się, że szukamy chinkali. Sprzedawca na targu cierpliwie wyjaśnia, do czego służą sprzedawane przez niego przedmioty. Przypadkowo spotkany mężczyzna napełnia nam butelkę wodą, inny radzi, co jeszcze musimy jeszcze zobaczyć.

Wyjątek mogą stanowić Azerowie i Turcy. Granice z tymi dwoma krajami są zamknięte, Armenia jest w stanie wojny z Azerbejdżanem, niedawno ponownie zaognił się konflikt o Górski Karabach. Młoda Ormianka z hostelu przekonuje, że Azerowie i Turcy są traktowani jak każdy inny turysta, ale docierają do nas informacje, że nie zawsze tak jest. Podobnie Ormianie unikają podróży do Azerbejdżanu. Na braku oficjalnych kontaktów handlowych i dyplomatycznych zyskuje Gruzja – to na jej terytorium dochodzi do wielu spotkań i kontraktów między azerskimi i ormiańskimi firmami.

Wróćmy jednak na nasz targ. Ormiańska sztuka ludowa to m.in. miniatury manuskryptów. Sto lat od przyjęcia przez Armenię chrześcijaństwa jako religii państwowej (pierwsza w świecie!), zostaje opracowany alfabet ormiański. Mnisi zaczynają więc przepisywać święte księgi w ojczystym języku. Piszą na pergaminie, a miniaturzyści zdobią je iluminacjami: postacie biblijne, fantastyczne stworzenia, ornamenty roślinne, bogato zdobione inicjały. Dzisiaj podobne wzory są powielane na tkanych lub wyszywanych obrazkach i obrusach.

DSC_3581-1sm

Inną tradycją narodową jest tkanie dywanów. W tej materii czeka mnie lekki zawód – dywany, sprzedawane na Wernisażu, wyglądają na przykurzone, brudne i niechlujne. Za to panowie o podobnej aparycji, wykazują dużą dawkę energii i wigoru. „Dewuszki, jesli ustali, sadites tut!” – wołają do nas, kiedy zmęczone upałem przysiadamy na murku. Nie wykazujemy zainteresowania propozycją, ale pytamy, jak się nazywają tkane ormiańskie czapki. „Armianskij szapka” – pada odpowiedź. Rozczarowane opuszczamy gościnny zaułek dywaniarzy.

sprzedaz dywanow Armenia

dywany i czapki Armenia

Ormianie na bazarze

Ormianie wykazują ogromne zamiłowanie do tzw. durnostojek, choć niektóre wykonują z polotem. Wiele pamiątek wykonywane jest ręcznie, o czym można się przekonać na miejscu, obserwując pracę np. rzeźbiarza w drewnie. Drewniane ryciny przedstawiają wszystko: od Araratu i chaczkary po portrety polityków. Wśród instrumentów na uwagę zasługują bębny oraz duduk – tradycyjny instrument dęty, który od Ormian przejęli Turcy, Azerowie i Gruzini. W Armenii funkcjonują specjalne uczelnie wyższe, nauczające gry na tym instrumencie.

osiolek w armenii

rycina w drewnie

bebny ormianskie

ormianska dziewczyna

Obok targowiska z wyrobami artystycznymi, dużo miejsca zajmuje handel starociami. Tutaj można spędzić cały dzień na poszukiwaniach perełek. Naczynia, aparaty fotograficzne, różnego rodzaju gadżety, nawet instrumenty medyczne. Wernisaż jest też chyba jedynym miejscem w mieście, gdzie można kupić ciuchy secondhand. Typowych lumpeksów nie ma.

handel starociami

militaria starocie armenia

DSC_3612-1sm

ubrania secondhand erywan

stare militaria zsrr

Ormianki przyciągają uwagę swoją niezwykłą urodą. Zawsze zadbane, w pełnym makijażu, o figurze modelki. Rzadko się uśmiechają, przez co wydają się być wyniosłe i niedostępne. Jednak przy bliższym poznaniu często okazują się być ciepłymi i serdecznymi osobami. Najbardziej skorzy do rozmowy są panowie. Bez oporów taksują kobiety od głowy do stóp i zaczepiają w mniej lub bardziej, choć częściej jednak w mniej, wymyślny sposób.

ormianska dziewczyna portret

Targ na Wernisażu odbywa się w każdą niedzielę. Oprócz staroci, pamiątek i tradycyjnych wyrobów, znajdzie się też coś dla ekscentryków. Bogato rzeźbiony w drewnie rosyjski dwugłowy orzeł, duże plastikowe trójwymiarowe obrazy, futra, części samochodowe, nawet pół tablicy Mendelejewa w butelkach po coca coli. Szukasz ciekłego azotu, formaliny, kwasu? Proszę bardzo.

wernisaz erywan armenia

kiczowate obrazy erywan

futra armenia

Po zakupach idziemy na szaszłyki. Słońce wciąż praży niemiłosiernie, więc napełniamy butelki wodą z pulpulaków i zalegamy w cieniu. Na spacer będzie czas wieczorem.

portret w armenii

fot. Ana Matusevic, powielanie i kopiowanie bez mojej pisemnej zgody jest zabronione. 

Armenia, cz. 1 >>

Armenia: widok z urwiska

Ruiny. Tego dnia stają się tematem przewodnim naszego wypadu na północ Armenii. Najpierw zniszczony przez trzęsienie ziemi kościółek we wsi, w której byliśmy chyba jedynymi turystami od dłuższego czasu, potem Tormakavank, z którego zostały tylko fundamenty i trochę muru, aż w końcu docieramy do Saghmosavank. 

Ormianie są dumni ze swojej chrześcijańskiej przeszłości. Anna, która towarzyszy mi tego dnia, może godzinami opowiadać o dawnych klasztorach, kaplicach i kościołach rozsianych po całym kraju. „Po prostu uważam, że każdy z nas powinien znać swoją historię” – odpowiada zapytana, skąd tyle wie. Pochodzi z niedużej wsi w górach, ma około dwudziestu pięciu lat i jestem niezwykle zaskoczona jej podejściem. Szczególnie, że na twarzach młodzieży spotykanej w mijanych miasteczkach i wsiach, nie maluje się głód wiedzy.

Saghmosavank Armenia

Ciepłe mury. Pół Armenii jest wybudowana z tufu, kamienia o specyficznej czerwonawej barwie. Po długim upalnym dniu grube mury nagrzewają się na tyle, że można się przy nich ogrzać jak przy lekko ciepłym piecu. W środku wilgoć, też ciepła. Kiedy oczy przyzwyczają się do półmroku, zauważam, jak bardzo ta świątynia różni się od znanych mi kościołów katolickich. Półpuste pomieszczenia, oszczędne ozdoby, całość o wyglądzie niemal antycznym, a przecież do dziś tutaj regularnie odprawiane są modły.

DSC_3558-1sm

DSC_3554-1sm

Historia Saghmosavank sięga XIII wieku – w tych dawnych czasach duchowni mają niebywałego nosa do dobrych lokalizacji. Kościół wybudowano na skraju wąwozu rzeki Kasach. Gdzieś w oddali można dostrzec Aragac – najwyższy szczyt Armenii w obecnych jej granicach. W późniejszych wiekach, szczególnie pod panowaniem Turków, takie kościoły jak ten często pełnią dwojaką rolę. Z jednej strony, pozostają dobrze zorganizowanym miejscem kultu, z drugiej – prowadzą tajne szkoły dla Ormian. Książki przechowuje się w specjalnych tajnych skrytkach w ścianach w obawie przed konfiskatą i zniszczeniem ich przez Turków.

DSC_3545-1sm

Dzisiejsza Armenia to miejsce, w którym majaczy duch komunizmu oraz odczuwalna jest bliskość kultury tureckiej. Jednak mimo nie zawsze szczęśliwych zrządzeń losu, Ormianom udało się zachować swoją religijną i narodową tożsamość. Są, na przykład, niezwykle dumni ze swojego wyjątkowego języka i alfabetu. Na erywańskim rynku można kupić breloki, ramki do zdjęć w kształcie liter, litery się wyszywa na obrusach, na małych krzyżykowych obrazkach, haftuje złotą nicią… Co ciekawe, funkcjonują dwa ormiańskie dialekty – jeden, to ten, który da się słyszeń na ulicach Erywania, drugim natomiast posługują się Ormianie z diaspory. Choć ten drugi powoli zanika i, jak się okazuje, często jest niezrozumiały dla Ormian mieszkających w Armenii.

DSC_3559-1sm

Chaczkary, czyli kamienne krzyże – niebywale ciekawy wytwór ormiańskiej kultury. Od dawien dawna mniej lub bardziej pomysłowo i bogato zdobione w ornamentami wykute w kamieniu krzyże funduje się z okazji ważnych okoliczności. Stawiane są dla upamiętnienia wydarzeń lub w określonej intencji. W Armenii są ich tysiące, poza granicami kraju również się pojawiają – wszędzie tam, gdzie zawędrowała ormiańska diaspora. Podobno jeden znajduje się przy kościele św. Piotra i Pawła w Gdańsku (do sprawdzenia!).

DSC_3549-1sm

Armenia to kraina górzysta. Nawet dziecko zna kształt świętej góry Ararat. Choć obecnie znajduje się na terenie Turcji, zarys jej wierzchołka widnieje na alkoholu, słodyczach, na pamiątkach, kartkach pocztowych, kiczowatych obrazkach. Góry to naturalne środowisko dla Ormian, o czym przypomina mi Anna. Akurat w momencie, gdy z zachwytem przysiadam na skraju wąwozu. Zamiast w góry, chce nas zabrać do ogrodu dendrologicznego w Stepanavan, założonego przez Polaka. Ale to już historia na osobną opowieść.

DSC_3531-1sm

 DSC_3541-1sm

fot. Ana Matusevic, powielanie i kopiowanie bez mojej pisemnej zgody jest zabronione. 

ZdjęciaL Nikon D7000, Tamron 17-50 f/2,8

Gdynia: jaka jest zdaniem blogerów?

Żółte kolonijne czapki chowają się na dnie szafy, ostatnie meldunki z Operacji Żagle lądują w archiwum, pluszowe foki i pirackie flagi spakowane czekają na nowy sezon. Czy to koniec? Bynajmniej.

W miejscu sezonowej smażalni ryb parkuje foodtruck. Morze jakby poważnieje, kolory nabierają głębi. Wysypuję z butów złoty piasek, oglądam zachód słońca otulając się ciepłym swetrem i tym razem chcę opowiedzieć o mieście, które znam tylko ja. Gdynia z perspektywy trochę nie-turysty. Taka do chłonięcia zmysłami, do oglądania obrazami. Gdynia Jak Malowana.

zachod slonca w gdynskim porcie

Gdy słyszę „Gdynia”, to oczyma wyobraźni widzę, przede wszystkim, te najbardziej obfotografowane i najczęściej odwiedzane miejsca. Bulwar Nadmorski, Skwer Kościuszki. Tymczasem z bulwaru tylko chwila do Polanki Redłowskiej, skąd rozpościera się widok na Zatokę. I skąd ręką sięgnąć do prawie dzikiej plaży. Ze Skweru Kościuszki prosta droga do murali, poukrywanych w często zaniedbanych podwórkach. Krótki spacer i widać kontenery, starannie poukładane ogromne kolorowe lego. Tak jakby tuż pod powierzchnią dobrze widocznej miejskiej skorupy pulsowało zupełnie inne życie, jakże warte poznania.

Dla wielu nieznany, a przecież zupełnie przez Gdynię nie skrywany, jest na przykład fakt, że Gdynia to najbardziej górzyste miasto w Polsce. No, prawie, bo palma pierwszeństwa należy do Zakopanego. Dla wielu niespodzianką jest też, że gdyńskimi ulicami jeżdżą trolejbusy. Być może to właśnie one sprawiły, że czuję się tu jak w moim rodzinnym Wilnie, jak w domu. Gdyńskie wąsacze – jedne z najbardziej cichych i ekologicznych w Europie – to harmonijne połączenie nowoczesności z dbałością o środowisko naturalne.

Wydaje mi się, że właśnie takie wizjonerskie podejście wyróżnia Gdynię na tle Trójmiasta. Każda składowa nadmorskiej metropolii ma w sobie coś niepowtarzalnego. Gdyni, zbudowanej z marzeń o wolnym dostępie do morza, od pierwszych dni przyświeca motto „jutro buduje się dziś” i że każdy z nas jest budowniczym przyszłości. Brzmi górnolotnie? Niech tak zostanie. Temu miastu sięganie po gwiazdki z nieba weszło w nawyk.

kwiaty gdyni

Jeżeli Gdynia dumnie nosi metkę „made in Poland”, to kilka wspaniałych inicjatyw powinno przypiąć „made in Gdynia”. Jakiekolwiek losy spotkają znany wszystkim Opener Festiwal – zawsze będzie dzieckiem Gdyni. Trochę niszowy, ale niezwykle klimatyczny Ladies Jazz Festival, nadaje miejskim muzycznym wydarzeniom rumieńców. A z takich bardziej przyziemnych „produktów” na uwagę zasługuje Cafe Strych – domek rybacki, który stał tutaj jeszcze zanim pierwszy nurek zszedł na dno budowanego gdyńskiego basenu portowego. Tego samego, przy którym dzisiaj zbierają się tysiące ludzi podziwiać żaglowce z różnych zakątków świata.

Żagle – tak właśnie wygląda moja pocztówka z Gdyni. Wysłałam ją m.in. na Ukrainę w ramach postcrossingowej wymiany pocztówkami. Trójmasztowy polski żaglowiec śmiało może być wizytówką swojego macierzystego portu – zaprojektowany przez Polaka, zbudowany w polskiej stoczni, zwycięzca Cutty Sark, zdobywca Antarktyki, bohater książki Kazimierza Robaka. Bo choć sama jestem typowym szczurem lądowym i dostaję choroby morskiej nawet na molo, duch morskiej przygody rozpala moją wyobraźnię od dzieciństwa.

pocztowka z gdyni

Być może dlatego moim ulubionym miejscem w Gdyni jest port. A do zbierania portowych historii najlepsze jest Nabrzeże Portowe koło pl. Gombrowicza. Z jednej strony drzemią okręty Marynarki Wojennej, z drugiej wiatr przynosi odgłosy pracy portowych dźwigów. Na tle nieba odbijają się stoczniowe żurawie, ogromne suwnice, hałdy węgla czy innego ładunku. Przy odpowiedniej kalkulacji czasu można trafić na moment, gdy przez wąskie gardło portu w świat wypływa ogromny prom. Sunie tuż obok, prawie na wyciągnięcie ręki. Z pokładu machają turyści, najczęściej tak energicznie, że nie można się oprzeć – też zaczynam machać.

port w gdyni

Szczególnego klimatu port nabiera wieczorową porą. W Gdyni nie ma chyba lepszego miejsca na oglądanie zachodu słońca. Uwodzi grą kolorów i cieni, a odbicie w wodzie odsłania inny, fantastyczny świat. Tego nie opiszą żadne słowa ani zdjęcia. To trzeba zobaczyć samemu.

Gdynia rozmawia. Szepcze: „fajnie, że jesteś, chodź, pokażę ci coś fajnego”. Dlatego ucieszyłoby mnie, gdyby w Gdyni turyści i mieszkańcy częściej korzystali z alternatywnych pomysłów na spędzenie czasu w mieście. Tak wiele jeszcze czeka na odkrycie! Niniejszym chcę więc zachęcić do poznania mojego Miasta widzianej okiem blogerów. A będzie co czytać. Kulinarną Gdynię przedstawi Klaudia Sroczyńska, kulturalną – Michał Nowakowski, turystyczne szlaki zaprezentuje Ewa Kowalska, a sportową formę Gdyni – Włodek Machnikowski. Mi przypadło poruszenie tematów life-stylowych, więc chcę pokazać, czym się żyje w Gdyni. Do ponownego poczytania niedługo!

Szampan na plaży

Trwa moja edukacja sportowa. Zasady gry poznaję „na gorąco” – tym razem przygotowując fotoreportaż z Turnieju Siatkówki Plażowej Niesłyszących.

puchar

Na gdyńskiej plaży spotkali się zawodnicy z kilku miast Polski. Organizatorem turniejów (zorganizowano już cztery) jest Klub Sportowy Niesłyszących MEWA. Rozgrywane mecze były okazją nie tylko do popisów sprawności, ale przede wszystkim do integracji i rozmów. W mojej pamięci dzień turnieju zapisze się głównie ze względu na to ostatnie. Moja nieznajomość języka migowego nie stanowiła problemu dla większości poznanych osób. Tam, gdzie brakowało nam słów lub gestów, z pomocą przychodził uśmiech i kreatywność.

Szczególnie niezwykły był to dzień dla Magdy i Maćka. Kibicowałam więc nie tylko zawodnikom, a wręczenie pucharów nie stało się kulminacyjnym momentem turnieju. I szampan – ten najlepiej smakuje na plaży. Ale zobaczcie sami – na zdjęciach.

siatkowka plazowa

sedzia zadowolony

zawodnik i siatka

usmiech siatkarza

narada sedziow

kolaz

rozmowa na plazy

siatkowka plazowa nieslyszacych

siatkowka plazowa w gdyni

biuro zawodow

puchary

zakonczenie turnieju

gratulacje finalistom

wreczenie medalu

oświadczyny na plazy

wzruszenie

szampan

Turniej Siatkówki Plażowej Niesłyszących

Więcej zdjęć i informacji na facebooku MEWY >>

Na wschodzie bez zmian

Grigorij, dla swoich Grisza. Onże Mustang Wanted – niespokojny duch, nieustraszony „rufer”. Od niedawna również bohater Ukrainy. Z okazji Dnia Niepodległości swojego kraju, na iglicy 176metrowego budynku zawiesza niebiesko-żółtą flagę. Prowokacyjnie, ponieważ rzecz dzieje się w Moskwie, niewiele ponad kilometr od Kremla. 

mustang

Media obiega zdjęcie radzieckiej gwiazdy pomalowanej na niebiesko i żółto, ale nikt jeszcze nie wie, kto jest sprawcą bezczelnego „aktu wanalizmu”. Moskiewska policja szybko znajduje podejrzanych, mieszkańcy stolicy mogą spać spokojnie – w mieście nie grasują krwiożercy banderowcy. Aż do przedwczoraj, gdy Grisza na swoim profilu publikuje oświadczenie, w którym przyznaje się do winy. W zamian za uwolnienie niewinnych chce sam oddać się w ręce rosyjskiego wymiaru sprawiedliwości. „Powszechnie znanego ze względu na swoją uczciwość” – przekornie dodaje.

Jeżeli w tej chwili zastanawiasz się, kim do cholery jest Grisza, to prawdopodobnie nie oglądałeś jego filmów z podniebnych spacerów. Szybko nadrabiaj na kanale youtube >>. Ale to nie wszystko. Jeżeli już rzucamy trochę światła na postać naszego bohatera, warto opowiedzieć więcej.

Co jest bardziej straszne: wspinaczka na dach czy strzelanina na Majdanie? 

Ani dach, ani Majdan nie jest straszny. Po prostu żal było patrzeć, jak giną ludzie. Trafiłem akurat w momencie, gdy rozstrzelano Niebiesną Sotnię, byłem z ludźmi podczas tego ataku. Bestialstwo. Nie bałem się, że trafią we mnie, chociaż kule trafiały dość przypadkowo. Siedzę za drzewem, obok biegnie człowiek, kula trafia mu w pierś i ten od razu pada martwy. Obok mnie zginęło kilka osób, ktoś dostał, ja nie dostałem. Wszystko działo się bardzo szybko. *

Gwoli wyjaśnienia: Niebiesną Sotnią, czyli „niebiańskim oddziałem”, Ukraińcy nazywają poległych w walkach na Majdanie. Do największego pogromu dochodzi podczas działań snajperów. Rozstrzelanie walczących po stronie Majdanu staje się symbolem bezduszności państwa Janukowycza oraz punktem zwrotnym w procesie upadku byłego prezydenta.

Doświadczenie na Majdanie wzmacnia nacjonalistyczne poglądy Grigorija, w nowej Ukrainie przystępuje do batalionu ochotników Azow. Azow składa się głównie ze skrajnie prawicowych ukraińskich formacji (Prawy sektor, Patrioci Ukrainy). Tych separatyści ze wschodu nawet nie biorą do niewoli – kulka w tył głowy na miejscu. Żołnierze Azowa są najbardziej niebezpieczni, często torują drogę regularnej ukraińskiej armii na zajętych przez separatystów odcinkach. Ale wróćmy do Griszy.

Podejrzewam, że ujawnienie mocno nacjonalistycznych zapędów Grigorija nie przysporzy mu sympatii w Polsce, mimo, że wielu z nas chętnie dzieliło się informacją o „prztyczku w nos Putina”. Jednak ja poznając kulisy tej historii czuję ogromną ulgę. W jakim komforcie żyjemy, jeżeli kwestie patriotyzmu możemy już przenieść do poziomu społecznej odpowiedzialności, segregacji śmieci, udziału w wyborach. Bo tuż za miedzą do tego jeszcze długa droga, dla ojczyzny (niezależnie od strony barykady) niektórzy zaglądają śmierci w oczy.

Dzisiaj Ukraina obchodzi Dzień Niepodległości. Życzę, aby barykady padły, strzały ucichły, a pokój zagościł w domach i sercach.

ja

 

* Z wywiadu dla Radio Svoboda (tłum. wł)

zdjęcia: www.mustangwanted.com

 

O tym, jak nie zwiedziłam Växjö

Pieniądze szczęścia nie dają. Ale za pieniądze można kupić pięknego Jaguara, a czy widział ktoś nieszczęśliwego człowieka w takim Jaguarze? Ten wpis dedykuję wszystkim miłośnikom motoryzacyjnych ślicznotek!

Tydzień w lesie spowodował, że na samą myśl o wypadzie do miasta już z wieczora przebieram nogami. Szwecja! W końcu zobaczę, jak wygląda skandynawska ziemia obiecana! Biwakujemy pod Växjö, 60-tysięcznym miasteczkiem na południu. Już wiem, że w szwedzkich lasach nie ujrzysz śmieci, a ludzie, których spotykamy po drodze nad jezioro, uśmiechają się i nie stronią od rozmów. Wiem też, że prawie połowa energii w tym kraju pochodzi ze źródeł odnawialnych, a segregacja śmieci napędza komunikację publiczną w pobliskim mieście (odpady organiczne – kompost). Na pewno więc będzie fascynująco i edukacyjnie! I jest…

auta-kolaz

…do momentu, aż trafiam na zlot lokalnego klubu właścicieli sportowych aut. Wychodzi więc na to, że kobietą prostą i w obsłudze nie wymagającą. Już na widok klasycznego czerwonego Porsche 911 w mgnieniu oka zapominam o zielonej energii, rowerach i ropie Putina. A gdy w bocznej uliczce trafiam między stare Jaguary – wiem, że zabawię tu dłużej.

W starych dobrych samochodach urzekają mnie najbardziej szczegóły. Zresztą, sami zobaczcie.

Zielona Cortina

Ford Lotus Cortina, rocznik 1965. Seria ta została zaprojektowana jako wygodne i niedrogie w eksploatacji auto, jednak ten konkretny model niemiecko-brytyjskiej produkcji zapisał się w historii sportów i wyścigów samochodowych. Osiągał prędkość do ok. 170km/h i spalał ok. 10l/100km.

Jaguar E-type

Jaguar z tylu

Najpiękniejsze. Jaguary E-Type serii I. Roczniki 1965-67, spójrzcie tylko na te filigranowe szprychy. I stylowe wnętrze. Enzo Ferrari w dniu premiery pierwszego modelu E-Type przyznał, że jest to najpiękniejsze auto, jakie kiedykolwiek powstało. Pozostawiam bez polemiki, ukłony projektantowi Malcolmowi Sayerowi, który też jako pierwszy w projektach Jaguarów zaczął stosować zasady aerodynamiki.

Jaguar felgi

Red Jaguar

Oldschool car

Usmiech Jaguar felgi

Jaguar kierownica

Jaguar Morgan

I perełka. Morgan Motor Company słynie z ręcznej produkcji aut – obowiązują zapisy, a czas oczekiwania obecnie wynosi ok. pół roku. Plotki głoszą, że kiedyś na swoją ekskluzywną wersję Morgana trzeba było zaczekać nawet 10 lat! Projekty tych aut nawiązują do stylu edwardiańskiego i czuć w nich ducha przygody w stylu Jamesa Bonda. Nawet współczesne modele Morganów wyglądają jak połączenie Aston Martin ze steampunkowym „Nautilusem”.

Morgan

Morgan wnetrze

Zachwycić się, dotknąć, zachwycić się ponownie. I tak przy niemal każdym z kilkunastu obecnych aut. Sorry, Växjö, że nie doceniłam twojego piękna. Następnym razem!

Szwedzka flaga

ja

 

fot. Ana Matusevic;

sprzęt: Lumia 630; Nikon D7000, Tamron 17-50 f/2,8;

miejsce: Växjö, Szwecja

Gdynia: w cieniu żagli

Przy gdyńskiej kei cumuje żaglowiec z banderą w barwach wolnego świata. Jego załoga po raz pierwszy odwiedza kraj zza żelaznej kurtyny i nie może się doczekać zejścia na ląd. Zresztą, nie tylko ich zżera ciekawość. Burta w burtę cumują tutaj jednostki z państw, które nie utrzymują ze sobą stosunków dyplomatycznych. Uścisk spracowanych na długich morskich rejsach dłoni, bez muru, bez zasieków. Jest rok 1974, rusza Operacja Żagiel, bezprecedensowe spotkanie żeglarskiego zachodu ze wschodem. 

Czterdzieści lat później, do tego samego portu zawija kilkanaście żaglowców z Polski, Portugalii, Rosji, Niemiec, Szwecji, Francji, Litwy i Łotwy. Polityczny klimat się zmienił, ale atmosfera podobna – feta i zabawa do białego rana. Po wodzie niesie się muzyka i gwar zwiedzających, niebo rozświetlają fajerwerki.

insta6

Na Operację Żagle Gdyni ruszamy w ekipie #3miastoTweetup – comiesięcznego spotkania użytkowników Twittera. Nie tylko z Trójmiasta, bo często wpadają do nas goście z innych miast. Tym razem jest to m.in. moja przyjaciółka Agnieszka z Poznania. Żartujemy, że za każdym razem, gdy odwiedza Gdynię, zabieram ją na jakieś soszialowo-blogerskie eskapady. Tym razem nie było inaczej, ale taki mamy klimat!

insta1

Spotykamy się pod Darem Młodzieży, trzymasztową polską fregatą, bratem-bliźniakiem Daru Pomorza, który na stałe cumuje w gdyńskim porcie i cieszy oko turystów. Zawinięcie Daru Młodzieży zawsze jest dużym świętem. Zbudowany w Stoczni Gdańskiej częściowo za składki społeczne jest dziś w tzw. wieku chrystusowym, a jest pierwszym polskim żaglowcem wybudowanym w polskiej stoczni.

W basenie portu gdyńskiego wśród imponującej wielkości jednostek cumują też mniejsze. Może mniejsze, ale równie ładne i z równie fajnymi załogami. Wśród nich wypatrzyłam litewską banderę – Odiseja.

insta2

insta3

Czarny jak kruk Kruzenshtern. Prawdziwa legenda, rówieśnik Gdyni, bo wybudowany w 1926 roku. Początkowo kursuje jako statek handlowy na trasie Ameryka Południowa – Europa – Australia i niespodziewanie staje się ostatnim statkiem żaglowym, wybudowanym do celów przewozu towarów. W tamtym czasie bowiem po oceanach kursują już wydajniejsze statki parowe.

Historia jednostki jest naprawdę niezwykła. Z ojczystego Hamburga trafia do Związku Radzieckiego, gdzie w latach 60. zostaje stuningowany i odbywa hydrograficzne rejsy badawcze. Stąd też jego imię, ku czci dowódcy pierwszej rosyjskiej wyprawy dookoła świata. Wraz z rozpadem ZSRR macierzystym portem Kruzensherna staje się Kaliningrad i pływa pod rosyjską banderą.

insta5

insta7

To, rzecz jasna, nie wszystkie jednostki, które można było zobaczyć i odwiedzić. Operacja Żagle Gdyni kończy imponujący pokaz fajerwerków, natomiast ekipa trójmiejskich twitterowiczów zostaje uhonorowana własnym miejscem w miejskiej paradzie załóg żaglowców. I niespodzianka od FlowCoach.pl: zobaczcie, jak wyglądała nasza przejażdżka motorówką!

Zobacz też jak wyglądał Tweetup na lotnisku im. Lecha Wałęsy >>

oraz muralowy spacer w Gdyni >>

Summer Romance

Mówią mi, że lato dobiega końca. Odpowiadam im, że lato, to stan duszy – otwartej na gorące uczucia i z rozmarzeniem wypatrującej świtu na horyzoncie. Poznajcie Agnieszkę i Filipa, parę jak malowaną, dla których słoneczna pora roku trwa wiecznie.

spojrzenie przez ramie

zakochana para

plaza w oksywiu

Oksywie. Najstarsza osada w tej okolicy, obecnie część Gdyni. Rybackie łodzie, jakby niedbale porzucone na morskim brzegu, kamienny falochron, wąska, ale pusta plaża. I klify w tle.

romantyczna para

Summer Romance

uscisk dloni

zalotne spojrzenie

morska bryza

Agnieszka jest fotografem ślubnym, prowadzi pracownię fotograficzną Ti Amo Foto oraz bloga o pozytywnym nastawieniu do życia Flow Coach. Jak to u mnie najczęściej bywa, poznałyśmy się przez internet, a połączyła nas pasja do zdjęć. Chwilę potem gościłam ją razem z siódemką koleżanek w Gdyni i od tego momentu minęły równo trzy lata. Sesja zdjęciowa na plaży dojrzewała więc od dłuższego czasu, aż się pojawił on – ten jedyny – i droga sama poprowadziła nas nad morze.

Agnieszka i Filip w morzu

ja

 

Zdjęcia: Ana Matusevic; Edycja: Ana Matusevic, Ti Amo Foto – Agnieszka Werecha; sprzęt: Nikon D7000, Tamron 17-50 f/2,8, Nikkor 50 f/1,8.

5 mądrości Stulatka

Długo nie myślał. Otworzył okno, wspiął się na parapet i zniknął. Podróż rozpoczął od miejsca, w którym nie było nic. Nie planował, nie kalkulował. Zresztą, jak zwykle. Może nie grzeszy inteligencją, a jego życie jest komedią pomyłek, jednak Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął mógłby mnie nauczyć kilku bardzo ważnych rzeczy. 

stulatek

I

Przede wszystkim, nigdy nie jest za późno na zmiany. Za chwilę zdmuchnąłby sto świeczek na urodzinowym torcie i dalej siedziałby w czterech ścianach, w skórzanych klapkach z napisem „Allan”. Zamiast tego pije wódkę z nowym najlepszych przyjacielem i ląduje na drugim końcu świata z walizką wypchaną pieniędzmi. Nie wiesz, co cię czeka za zakrętem, dopóki w ten zakręt nie wejdziesz i jeżeli myślisz, że w twoim wieku wypada podążać tylko prostą drogą, równie dobrze możesz już teraz wykupić miejsce w domu spokojnej starości.

II

Oddaj się pasji. Pasja zaprowadzi cię do miejsc, o których nawet nie marzyłeś. Nierozgarnięty urwis, wysadzający dynamitem matrioszki i wychodki, czterdzieści lat później znajduje się w centrum najważniejszych wydarzeń XX wieku. Życie nawet z najbardziej nietypową pasją jest najlepszym sposobem na niezmarnowanie swojego talentu i energii życiowej. Pomyśl o tym.

III

Rozmawiaj z ludźmi. Ludzie zaprowadzą cię do miejsc, o których nawet nie śniłeś. Poświęć komuś jedną minutę – czasami to wystarczy. Rozmawianie z obcymi ludźmi jest u nas niezrozumiałym tabu. A przecież tuż obok mijają cię niesamowite historie, niezwykle osobowości. Od przygody, przyjaźni, miłości dzieli cię tylko kilka słów. I jeszcze to: <<Cudowność>>

IV

Jedna z trudniejszych do opanowania mądrości – nic na siłę. Wsłuchuj się w swoje pragnienia i nic nie rób wbrew sobie. Dbaj o innych, ale o siebie dbaj najbardziej. Odłóż na chwilę to, co ci nie wychodzi i wróć do tego w momencie, gdy znowu będziesz na to gotowy.

V

Ciesz się chwilą, tym co masz teraz. Ten moment już nie wróci. Nigdy więcej nie będziesz w tym samym miejscu. Uzmysłowienie tego, że wszystko przemija było dla mnie jednym z najsmutniejszych i jednocześnie najpiękniejszych momentów. Nie wiesz, jak bardzo jesteś szczęśliwy, dopóki nie zobaczysz tej chwili z perspektywy czasu.

Chciałabym w wieku stu lat usiąść na plaży i przypomnieć te kilka najfajniejszych zwrotów w moim życiu. I nie żałować ani jednej podjętej decyzji. Chodź, posiedzimy na tej plaży razem.

Summer, I’m in Love!

Tyle słońca w tym mieście dawno nie było! Tłumy ciągną na plażę już od wczesnego ranka, fale z szumem rozlewają się po piaszczystym brzegu, a my… a my z kilkudziesięcioma torebkami tworzymy nowego lookbooka marki Mana Mana. Premierowo, z piękną Weroniką i sukienkami Vanessa, prosto z gdyńskiej plaży.

Mana Mana lookbook marina

Mana Mana torebka z sercem

Mana Mana lookbook niebo

Mana Mana lookbook paryski szyk

Mana Mana lookbook muszelka

Mana Mana torebka z rowerem

Mana Mana torebka z autobusem

Mana Mana lookbook na jachcie

Mana Mana lookbook

Mana Mana (ul. 3 maja 20, Gdynia, www.manashop.pl)

 

Pocztówka z raju: sen Estepony

Główna ulica straszy popsutymi szyldami pozamykanych lokali. Szarobura plaża też nie zachęca. Nieduże miasteczko Estepona wygląda na wyludnione. Jakby wszyscy zapadli w sen. Jakby nagle zniknęli. Złudzenie?

Estepona3

Błądząc w poszukiwaniu lodów trafiam do małej, niepozornej lodziarni, w której sprzedawca, rzecz jasna, ani słowem po angielsku. Turyści są tu rzadkością, większość wybiera przyjemniejsze dla oka i bogatsze kurorty. Muszę więc szybko przypomnieć podstawy hiszpańskiego, którego się uczyłam w dzieciństwie z telenowel.

W lokalu siedzi tylko jeden klient. Na ulicach też pustki, ale gdy trafiam do ulicę Santa Ana wiem już, że miasto śni. Biel ścian, kolor kwiatów i wspomnienie brzydkiej plaży szybko blednie.

Estepona1

Jak we śnie przemierzam zaułki, śmieję się do dzieciaków, które od czasu do czasu wysypują się zza starych drewnianych drzwi, zgaduję, jaki kolor doniczek będzie za następnym zakrętem.

Estepona kids

Estepona4

Estepona jest dla cierpliwych. Dla tych, co nie odchodzą po pierwszym złym wrażeniu. Dla tych, co gotowi są przejść pół miasta, żeby ostatecznie zjeść w zupełnie nieturystycznej knajpie. Dla tych, co nie boją się rozmowy, nawet jeżeli znają tylko kilka słów. Dla nich miasto ma coś specjalnego – sen o słońcu i niewidzialnych mieszkańcach.

Estepona: little model

Estepona2

Bibliocamp 2014: krótko i na temat

Wszystkim spotkaniom tegorocznego Bibliocampu, realizowanego przez Wojewódzką i Miejską Bibliotekę Publiczną w Gdańsku, towarzyszy fajny informator. 

Bibliocamp1

Fajny z kilku powodów – przede wszystkim zawiera kilka ciekawych i inspirujących artykułów, związanych z tematami, poruszanymi w tym roku na Bibliocampie. Fajnie jest też wydany, za oprawę graficzną odpowiada bowiem Ewa Piątkowska, trójmiejska projektantka. A poza tym, informator zilustrowany jest portretami autorów tekstów w moim wykonaniu.

Bibliocamp2

Grzegorz D. Stunża, autor portalu edukatormedialny.pl przybliża m.in. swój projekt i tłumaczy, co znaczy być świadomym odbiorcą treści medialnych. W ramach Bibliocampu, razem z Anną Miller, prowadzili warsztaty dla dzieci.

Grzegorz Stunża

Anna Miller

O swoim debiucie pisarskim, wydanym dzięki społecznościowemu finansowaniu, tj. crowdfundingowi, na łamach informatora opowiada Jarosław Kowal. Fotografowanie Jarka było dla mnie dużą radością – jestem w trakcie lektury jego książki „Zły człowiek”.

Jarosław Kowal

Na łamach informatora bardzo ciekawymi uwagami o inicjatywach społecznych dzieli się Grażyna Knitter ze stowarzyszenia „WAGA”. Podczas spotkania z Ewą Kowalską i Marcinem Dybukiem dyskutowała o tym, jak rozkręcić fajny pomysł na działania społeczne i co powoduje, że czyjaś inicjatywa jest naprawdę istotna.

Grażyna Knitter

Przed moim obiektywem stanął też Paweł Braun, dyrektor Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Biblioteki Publicznej im. Josepha Conrada Korzeniowskiego. W specjalnym wywiadzie opowiada o przyszłości bibliotek i o tym, jak powinny się zmieniać.

Paweł Braun

Wszystkie zdjęcia zostały wykonane w Gdańsku, specjalnie dla bibliocampowej publikacji. Zainteresowanych lekturą kieruję TUTAJ >>.

Pocztówka z raju: Marbella

Nie ma nic piękniejszego, niż nocne lądowanie przy bezchmurnym niebie. Przynajmniej w tej chwili. Pajęczyny świateł łączą się w większe i mniejsze skupiska, rysując pode mną magiczne iluminacje. Za chwilę ląduję w Maladze, skąd dobrą do pozazdroszczenia drogą śmigniemy przez andaluzyjskie wybrzeże do okolic Estapony. Tutaj, wśród wzgórz, palm i marmurowych willi czeka na mnie kilka dni słońca i błogiego lenistwa.

Po raz pierwszy spędzam urlop bez pośpiechu i konkretnych planów. Codziennie rano wita mnie chór ptaków za oknem, ogromne stonogi pod prysznicem i słońce na tarasie. Przez pół dnia próbuję wylęgiwać się przy basenie, czytać, spać. Popołudniami jednak wyjeżdżam trochę się zgubić w najbliższej okolicy. W słonecznym raju.

Marbella, Hiszpania

Intensywne pod każdym względem ostatnie miesiące i niepewność jutra powoduje, że ogarnia mnie dziwne uczucie lekkiego wyobcowania. Rozglądam się dokoła i widzę ulotne chwile. I, co najciekawsze, większość z nich chcę zachować dla siebie. Upajam się kolorami, które w tym miejscu łączą się w niezwykłe konfiguracje, ciepłem, którego tak bardzo mi brakuje przez większość roku w naszym klimacie. Słoneczny raj.

DSC_9864-1sm

Marbella jest niedużym miasteczkiem w andaluzyjskiej prowincji Malaga. Położone na Słonecznym Wybrzeżu, czyli Costa del Sol, słynącego z ponad 300 słonecznych dni w roku, jest jednym z wielu kameralnych kurortów. Wprawdzie plaże nie uwodzą urokiem, są wąskie i dość zatłoczone, ale Marbella ma do zaoferowania coś zgoła innego.

Marbella

Długa i bogata historia Andaluzji dziś pozwala cieszyć się niesamowitym klimatem. Spacerując po wąskich uliczkach najstarszej dzielnicy, pamiętającej rządy Kalifatu Kordoby, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że nagle znalazłam się we Włoszech. Z powrotem sprowadzają mnie jednak szczegóły: zdobione w mauretańskie wzory ściany domów, tapas bary i wszechobecne „Hola!”.

Marbella Vespa

DSC_9877-1sm

Poza słońcem, jest jeszcze coś, czego zazdroszczę Hiszpanom – umiejętności spędzania czasu na pozornej bezczynności. Wiedzcie, że można przesiadywać godzinami na krzesełku przed domem. Można też godzinami grać w domino w malutkim barze z jednym oknem. Można zapomnieć o szumie drewnianego wentylatora i uciąć drzemkę w ramach popołudniowej sjesty.

DSC_9906-1sm

Marbella detail

Marbella doors

Marbella kot

Można. Bez pośpiechu i żadnego „trzeba”.

Patrzę z góry

Patrzę z góry. Na stonogi samochodów, sunące powoli arteriami miasta. Na kłęby chmur, przewalające się tuż nad dachami poustawianych jak z klocków domów. Wiatr, który uderza w okno chyba specjalnie robi to z taką zaciekłością. Nie będzie mi szkoda wymienić ten widok z okna na andaluzyjskie słońce.

Warszawa w deszczu

Wczoraj jednak stolica uraczyła mnie pięknym słonecznym dniem i nie mniej cudnym zachodem słońca. Moje powroty do Warszawy stają się coraz przyjemniejsze. Ciekawe, jak szybko obiekty, które jeszcze niedawno nie istniały, zupełnie wpasowały się w miejski krajobraz.

widok z gory

zniszczona kamiennica

Stadion Narodowy

zachod slonca nad warszawa

Zachod nad palacem kultury

 

Ten smak. Ten zapach.

Ostatni miesiąc jest jakimś szalonym kołowrotkiem, który turkocze, buja się na boki, podskakuje, ale wciąż jeszcze jest na tyle solidny, żeby nie zrywać nici. Potrzebuję wyciszenia. Dystansu. Odczuwam ogromny deficyt czasu na ciszę. Na milczenie. Na siebie. Tym bardziej staram się więc łapać ulotne myśli, chwile, które nadają temu światu sens.

DSC_9376-1sm+

Stoję na poboczu drogi. Po raz pierwszy zepsuło mi się auto, czuję się trochę zagubiona. Obok z rykiem przemykają dziesiątki, setki innych zadowolonych z siebie samochodów. Jestem sama, bateria w telefonie mi umiera, czas na panikę. Ale staje się. Spoglądam w górę i czas zwalnia.

Widzę, jak nad drogą, na tle zielonych drzew, unosi się puch z topoli. Białe okruchy szybują wraz z porywami wiatru. Czuję, że to piękno jest dla mnie, że widzę je tylko ja. Przypominają mi się białe podkolanówki i spacer aleją lipową, z mamą. W innej rzeczywistości, lata świetlne temu. Te dwa różne światy coś łączy – uczucie, że się jest w odpowiednim miejscu i w odpowiedniej chwili. Uczucie, które czyni cuda.

Tegoroczna wiosna jest bardzo szczodra. Stałam się smakoszem uczuć i emocji. Wiem już, jak smakuje poczucie bezpieczeństwa. Nawet jeżeli chwilowe, wnosi tyle spokoju, że można w nim się zatracić. Wiem, jak pachnie wzruszenie. Wiem, że przez przymknięte powieki widzi się więcej.